Złoto dla Polaków na olimpiadzie World Cyber Games

2009/11/15, niedziela

Poniżej komunikat prasowy o zwycięstwie polskiej ekipy podczas World Cyber Games. Pod komunikatem film z relacją z rozgrywki:

Polska reprezentacja zdobyła w dniu dzisiejszym Złoty Medal na Finale Światowym olimpiady World Cyber Games do Chengdu w Chinach.

Przeglądarka może nie wspierać wyświetlania tego obrazu. Nasza reprezentacja w drużynowej grze Counter-Strike w składzie:

  • Filip “Neo” Kubski - Counter Strike
  • Łukasz “LUq” Wnęk - Counter Strike
  • Wiktor “TaZ” Wojtas - Counter Strike
  • Jakub “Kuben” Gurczyński - Counter Strike
  • Mariusz “Loord” Cybulski - Counter Strike

zdobyła w dniu dzisiejszym, ok. godz. 8.30 czasu polskiego, złoty medal na Finale Światowym WCG w Chengdu (Chiny). Tym samym Reprezentacja Polski może się poszczycić dwoma medalami, bowiem już wczoraj brąz wywalczył Piotr ?Pio? Zajkowski w dyscyplinie FIFA 09. Za I miejsce nasi zwycięzcy otrzymają 35.000 USD w gotówce oraz ponad 2000 USD w nagrodach rzeczowych.

World Cyber Games (WCG) to największy na świecie turniej gier komputerowych. Organizowany od 2000 r., w świecie e-sportowym postrzegany jest jako odpowiednik Igrzysk Olimpijskich. Turniej jest nie tylko platformą rywalizacji, ale przede wszystkim festiwalem cyberkultury, pozbawionym ograniczeń językowych, religijnych czy narodowościowych ? to połączenie zabawy z wykorzystaniem najnowocześniejszych rozwiązań technologicznych.

Turniej robotów, First Lego League w Warszawie

2009/11/15, niedziela

Kilka miesięcy temu zachwycałem się klockami Lego Mindstorms. Umożliwiają one budowę i programowanie robota. Klocki kupiłem  synowi pod choinkę uznając, że trudno o lepszy sposób nauki informatyki w szczególnym wymiarze - poznawania, jak operacje na softwarze’a przekładają się na realne działanie maszyny. Nie zawiodłem się, syn połknął bakcyla - najpierw zaliczył kursy programowania Mindstormsów, a potem wystartował w zawodach First Lego League. Rozgrywki odbyły się wczoraj na Wydziale Mechatroniki Politechniki Warszawskiej. Wystartowało 9 ekip dzieciaków, które przez ostatnie tygodnie rzeczywiście ciężko pracowały, żeby nauczyć swoje maszyny wykonywać różne skomplikowane zadania. Wygrała drużyna o nazwie “ó-boty” (sponsor - Hala Banacha; trener Adam Cellary, student Wydziału Mechatroniki PW zbudował zwycięski zespół w ciągu zaledwie trzech tygodni), która pojedzie walczyć dalej do Paderborn w Niemczech, tym razem w rozgrywkach środkowoeuropejskich (ó-botom towarzyszyć będzie drużyna RoboBUSTERS Atena, która zwyciężyła finał regionalny w Gdańsku).

First Lego League zawitała do Polski, najpierw do Gdańska, a od tego roku także do Warszawy za sprawą gdańskiej fundacji “Fabryka talentów”. Polecam tę fundację uwadze wszystkich Czytelników, bo robi dużo dobrego, lecz niestety narzeka na trudności finansowe (to ciekawe, że w czasach, kiedy co drugi minister mówi o konieczności rozwoju kapitału intelektualnego i inwestycjach w talenty organizacje zajmujące się tym w praktyce muszą walczyć o przetrwanie - Krajowy Fundusz na rzecz Dzieci, organizacja o wielkich zasługach dla wspierania dzieci szczególnie uzdolnionych znajduje się na skraju bankructwa).  Organizacja zawodów to wielki wysiłek, z kolei wysłanie dwóch ekip do Niemiec to spory koszt. Poniższy filmik zrealizowany pod kierownictwem mojego syna próbuje oddać choć nieco z atmosfery rozgrywek First Lego League w Warszawie.

Opowieść o realnym kapitalizmie

2009/11/11, środa

9 listopada, rocznica upadku Muru Berlińskiego (i Kristallnacht, co przypomnieli sobie sami Niemcy) znajduje się niepokojąco blisko w kalendarzu 11 listopada, kiedy my Polacy świętujemy odzyskanie niepodległości i pasowałoby nam zrobić w owym kalendarzu mostek, który łączyłby 9 z 11. Ile energii poszło w polskiej medialnej oprawie rocznicy upadku Muru, by dowodzić, że nie upadłby on gdyby nie my, Polacy.

Czas podejść poważniej do historii, czyli pozbyć się postkolonialnego kompleksu. To on nakazuje z jednej strony przekonywać, że pępek świata leży gdzieś między Warszawą a Łodzią lub Gdańskiem a Krakowem (ustalenie tego miejsca jest rzecz jasna powodem ostrego politycznego sporu - vide obchody rocznicy 4 czerwca), z drugiej zaś strony odgrywać rolę dziadowskiego mocarstwa, cośmy pokazali podczas negocjacji w sprawie funduszu adaptacyjnego (pieniądze na pomoc dla państwa rozwijających się zagrożonych skutkami zmian klimatycznych).

Argument jest prosty - jesteśmy zbyt biedni by pomagać jeszcze biedniejszym, a bieda nie jest naszą winą, lecz historyczną zaszłością. Bogatsi, mający lepszą historię nie mają prawa przerzucać na biedniejszych kosztów swego wygodniejszego, uprzywilejowanego w historii życia. To się właśnie nazywa mentalność postkolonialna, nie musi być w niej nic złego, wszak pomaga nam osiągać negocjacyjne sukcesy. Na pewno jednak nie pomaga osiągać sukcesów wizerunkowych, bo postkolonializm jest mało seksowny i słabo sprzedaje się - bajka o biedaku, który 20 lat po wyrwaniu się z niewoli (nawet jeśli przy okazji pomógł wyzwolić się  całemu światu) nadal jest zbyt biedny, by ponosić za świat odpowiedzialność brzmi mniej interesująco, niż bajka o Kopciuszku. Rolę Kopciuszka doskonale odgrywają Niemcy, więc na nich kierują się kamery.

Przy okazji rocznicy 9 listopada Slavoj Žižek napisał świetny tekst do “The New York Times” - “20 Years of Collapse”. Zastanawia się w nim między innym nad fenomenem zmęczenia transformacją, które jednak w ostatnich latach nabiera ciekawego zabarwienia, bo polega na eskalacji nastrojów antykomunistycznych. W Polsce, Słowenii, na Węgrzech, Litwie do głosu dochodzą ugrupowania, które konstatują, że po dwóch dekadach budowy kapitalizmu ciągle nie spełnia on oczekiwań. Ludzie zadają sobie pytanie, “skoro kapitalizm jest o wiele lepszy od socjalizmu, to dlaczego żyje się tak ciężko?”. I wielu znajduje odpowiedź: ciągle nie mamy jeszcze prawdziwego kapitalizmu:

It is because, many believe, we are not really in capitalism: we do not yet have true democracy but only its deceiving mask, the same dark forces still pull the threads of power, a narrow sect of former Communists disguised as new owners and managers ? nothing?s really changed, so we need another purge, the revolution has to be repeated …

Kto jest temu winien? Rzecz jasna komuniści przebrani w maskę postkomunistów, to ich układ jak ośmiornica spowija struktury postsocjalistycznych społeczeństw. Tu jednak słoweński filozof dostrzega rzecz kapitalną:

What these belated anti-Communists fail to realize is that the image they provide of their society comes uncannily close to the most abused traditional leftist image of capitalism: a society in which formal democracy merely conceals the reign of a wealthy minority. In other words, the newly born anti-Communists don?t get that what they are denouncing as perverted pseudo-capitalism simply is capitalism.

Cóż, po dwudziestu latach budowy kapitalizmu czas pogodzić się, że osiągnęliśmy cel: mamy realny kapitalizm wraz ze wszystkimi jego konstytutywnymi cechami, jak wyzysk, rozwarstwienie, chciwość, korupcja. Ten realny kapitalizm można uczłowieczać, lecz na pewno nie pomoże w tym dziele ani antykomunistyczna krucjata i tępienie postkomunistów do trzeciego pokolenia, ani też postkolonialne cierpiętnictwo przerzucające odpowiedzialność na historię. W miejsce jałowych debat potrzebna jest solidna krytyka i praca nad takimi fundamentalnymi pojęciami, jak solidarność, sprawiedliwość, uznanie, redystrybucja. Ciekawe, że prace podejmujące te tematy powstają głównie na Zachodzie. Pewno im się w głowach przewraca z dobrobytu.

Odnaleziona rewolucja. Polityka, konsumpcja, seks w Polsce lat 70.

2009/11/10, wtorek

Zapraszam do “Salonu Polityki” w najbliższy wtorek, 17 listopada o 18.00 (Warszawa, ul. Słupecka 6, siedziba “Polityki”). Tytuł spotkania:

Odnaleziona rewolucja. polityka, konsumpcja, seks w Polsce lat 70.

a tematem dyskusji będzie książka Łukasza Rondudy “Sztuka polska lat 70. Awangarda”. Moimi gośćmi będą:

Magda Raczyńska, socjolożka, teoretyczka sztuki;
Zbigniew Libera, artysta sztuk wizualnych;
Karol Sienkiewicz, historyk sztuki, krytyk;
Łukasz Ronduda, historyk sztuki, kurator.

Lata 70. XX wieku, dziwna dekada. Na świecie hasła rewolucji 1968 r. zaczynają kostnieć w szkielet ideologii nowego kapitalizmu. W PRL podjęta zostaje ostatnia próba socjalistycznej modernizacji, zakończona klęską przypieczętowaną eksplozją Solidarności, innowacją społeczną która zafascynowała cały świat. Polacy szukają języka na wyrażenie nowych doświadczeń, polityka, konsumpcja i seksualność przestają służyć jedynie reprodukcji prostej substancji Narodu, lecz stają się obszarami emancypacyjnych eksperymentów, nad którymi władzę symboliczną traci zarówno Partia, jak i Kościół. Znaczną część tej władzy przejmują artyści - sztuka polska lat 70. w swym awangardowym wymiarze to wielkie laboratorium, w którym dziwna rzeczywistość epoki ulega twórczej destrukcji oraz wykuwane są projekty jej alternatywnej modernizacji. To laboratorium, którym pojawiają się radykalne polityczne i społeczne projekty przemiany rzeczywistości. Procesy te śledzi z pasją Łukasz Ronduda i dokumentuje w niezwykłym opracowaniu “Sztuka polska lat 70. Awangarda” przygotowanym we współpracy z artystą Piotrem Uklańskim. Ronduda odsłania historię, na którą nie ma miejsca w zideologizowanych politykach historycznych, a która jest przecież niezwykle ważnym składnikiem społecznej samowiedzy. Tytuł spotkania to punkt wyjścia do dyskusji. Jednym z jej wymiarów będzie próba odpowiedzi na pytanie czy w polu sztuki w Polsce w latach 70 nie dokonało się coś na kształt emancypacyjnej rewolucji 68 roku?

O książce:
Książka Łukasza Rondudy “Sztuka Polska lat 70. Awangarda” opowiada o otwarciu polskiej awangardy lat 70. na rzeczywistość. Efektem otwarcia i przekraczania dyskursu czysto awangardowego w stronę różnego rodzaju mariaży sztuki z rzeczywistością była niezwykła pluralizacja postaw i gestów artystycznych narastająca od początku lat 70. i niespotykana wcześniej w polskiej sztuce. Książka opowiada o owej pluralizacji, o niezwykle różnorodnym środowisku artystycznym pozostającym w twórczej interakcji z otaczającym światem. Opisywane w tej książce strategie artystyczne lat 70. są świadectwem pewnego niezwykłego ?wydarzenia? (w znaczeniu Alaina Badiou) ? zmiany, która dokonała się w polskiej sztuce w wyniku jej radykalnego otwarcia się na rzeczywistość. Zmiany, której do dziś pozostajemy wierni. Wydarzenie to polegało na pozornie samobójczej próbie pozbawienia sztuki jej autonomicznej i neutralnej esencji, a zarazem na marzeniu o synchronizacji, powiązaniu sztuki z codziennym życiem, egzystencją, z nauką, polityką etc. Poszczególne rozdziały dotyczą najważniejszych reprezentantów i reprezentantek tego otwarcia sztuki na rzeczywistość: Marka Koniecznego, Pawła Freislera, Ewy Partum, Zbigniewa Warpechowskiego, Andrzeja Partuma, Krzysztofa Zarębskiego, Natalii LL, Andrzeja Lachowicza, Krzysztofa Zarębskiego, KwieKulik, Zbigniewa Dłubaka, Jana Świdzińskiego, Krzysztofa Wodiczki, Henryka Gajewskiego, Anastazego Wiśniewskiego, Zygmunta Piotrowskiego, Pawła Kwieka, Jana S. Wojciechowskiego, Grzegorza Kowalskiego, Elżbiety i Emila Cieślarów, Wiktora Gutta, Waldemara Raniszewskiego, grup artystycznych Warsztat Formy Filmowej (a w szczególności jego głównych członków: Józefa Robakowskiego, Wojciecha Bruszewskiego, Pawła Kwieka, Ryszarda Waśki) oraz Akademia Ruchu.
Autorem koncepcji wydawniczej książki jest Piotr Uklański. Tym, co wydaje się szczególnie istotne w koncepcji Uklańskiego, jest propozycja ?przepisania? polskiej sztuki lat 70. na poziomie wizualnym, chęć dekonstrukcji obrazu tej sztuki jako pełnej zimnych, czarno-białych kalamburów konceptualnych i ukazania jej jako rezerwuaru wyrafinowanych, przewrotnych, pełnych humoru strategii intelektualnych łączących się płynnie z fascynacją pięknem, estetyką, erotyzmem, fetyszem, wizualnością polityczną, najbardziej fundamentalnymi pytaniami egzystencjalnymi etc. Projekt artysty stanowi w pewnym sensie konkurencję dla tekstu Łukasza Rondudy. Uklański staje w obronie artystów - broni wizualności ich prac przed nadmiernym ich tekstualnym uwięzieniem, unieruchomieniem, stara się dać obrazom prezentowanym na łamach tego albumu szansę generowania wciąż nowych i niezależnych od tekstu tej książki interpretacji.

Konferencja “Konstytucja Polski cyfrowej”

2009/11/10, wtorek

W najbliższy poniedziałek, 16 listopada b.r. zapraszam na konferencję “Konstytucja Polski cyfrowej”. Głównym organizatorem wydarzenia jest stowarzyszenie “Projekt: Polska” przy współpracy Ośrodka Badań nad Przyszłością Collegium Civitas i “Polityki”. Konferencja rozpoczyna się o 10.00, przewidywane zakończenie o 17.00, szczegółowy program dostępny pod adresem Stowarzyszenia.

Umberto Eco, Jean-Claude Carriere - opowieść o czytaniu

2009/11/2, poniedziałek

Niedawno dzieliłem się wrażeniami z pierwszego kontaktu z czytnikiem Kindle. Nie ukrywam, jak każda nowa zabawka pochłonął mnie niemal całkowicie. Fantastyczna jest opcja umożliwiająca przeczytanie za darmo fragmentu książki przed decyzją o jej zakupie. Przy okazji nabyłem też sobie zaległy, od dawna czekający na lekturę “Crash” J.G. Ballarda. Piękna sprawa - klik i po minucie książka przed oczyma. Aż palec świerzbi, by kupować dalej, kurs dolara także zachęca, stan konta mniej.

By jednak nie przejść całkowicie na cyfrową stronę mocy, równolegle wziąłem na warsztat książkę analogową, wydaną pod koniec października  w wydawnictwie Grasset rozmowę-rzekę Umberto Eco i Jean-Claude Carriere’a, “N’esperéz pas vous débarrasser des livres”. Obaj panowie, obok rozlicznych zasług dla kultury są wielkimi bibliofilami. Księgozbiór Eco liczy 50 tys. tomów, w tym ponad tysiąc starodruków i inkunabułów. Francuski rozmówca Eco ma niewiele mniejsze osiągnięcia bibliofilskie. O czym rozmawiają? Rzecz jasna, o książkach i lekturze. Rozmawiają z wielkim znawstwem i z miłością jednocześnie, z erudycją i wielkim poczuciem humoru. Kapitalny jest rozdział w którym analizują czym różni się kretyn od idioty, idiota od głupka oraz co charakteryzuje imbecyla.

Najbardziej jednak ucieszyło mnie, że Eco potwierdza bliską mi diagnozę, że kultura Internetu nie jest przedłużeniem telewizyjnej kultury obrazkowej, lecz powrotem do Gutenberga i kultury tekstu.

Avec internet, nous sommes revenus a l’ere alphabétique. Si jamais nous avions cru etre entrés dans la civilisation des images, voila que l’ordinateur nous réintroduit dans la galaxie de Gutenberg et tout le monde se trouve désormais obligé de lire. (Wraz z Internetem wróciliśmy do epoki alfabetu. Nawet jeśli kiedykolwiek wierzyliśmy, że wkraczamy do cywilizacji obrazkowej, komputer przywrócił nas galaktyce Gutenberga zmuszając wszystkich do czytania).

Czytamy i piszemy dziś więcej, niż kiedykolwiek w historii. Z tego też względu Eco nie obawia się o przyszłość książki, bo kultura tekstu wymaga wielu nośników. Książka jest ciągle jest nośnikiem najdoskonalszym, zarówno pod względem estetycznym, jak i ergonomicznym. Jest jak koło, raz wynaleziona nie zniknie, tak jak nie sposób zapomnieć kola.  Książka ma jednak także swoje wady - książki epoki masowego druku zaczynają się po prostu rozsypywać. Rozwiązaniem wcale nie jest cyfryzacja, bo jak świetnie dostrzegają Eco i Carri?re, w okresie zaledwie kilkunastu lat już wielokrotnie zmieniły się standardy i nośniki, powodując że niektórych zapisów sprzed zaledwie dwóch dekad nie sposób już dziś odczytać. Próbkę rozmowy można przeczytać w witrynie “Nouvel Observateur“.

Amazon Kindle - wyznania gadżeciarza

2009/10/31, sobota

Dziś rozpakowałem Kindle’a. Amazon zna mnie dobrze, bo kupuję w tej księgarni książki niemal od początku jej istnienia. Gdy więc tylko pojawiła się w poniedziałek oferta (ilustracja poniżej), że  Kindle, e-czytnik jest dostępny również w Polsce, kliknąłem od razu.

Stylistyka, od opakowania rozpoczynając, bardzo nawiązuje do pomysłów Apple. Ma być jak najprościej i zupełnie intuicyjnie. Najtrudniej otworzyć samo pudełko, potem wystarczy wyjąć urządzenie, podłączyć do zasilania i przesunąć suwak przełącznika, a potem wszystko idzie jak z płatka. No, prawie. technologia e-ink powoduje, że urządzenie reaguje z pewnym opóźnieniem na komendy, trzeba się przez chwilę przyzwyczaić.

Najważniejsze jednak jest zupełnie bezproblemowe wchodzenie Kindle’a do sieci. Nie wiem, z jakim polskim operatorem ma Amazon umowę, w każdym razie Whispernet włącza się automatycznie i bez bólu, więc od razu można połączyć się z księgarnią Amazona. Na razie, na próbę ściągnąłem próbkę nowej książki Malcolma Gladwella oraz Green Metropolis. Jak się spodoba, można kupić. Do tego pobrałem testową prenumeratę Financial Times i kupiłem sobie egzemplarz International Herald Tribune. Wszystko działa jak w zegarku. Podobne uczucie, że dostałem dokładnie to, czego potrzebuję miałem, gdy ponad rok temu rozpakowałem Nokię E71.

Kindle’a mogę porównać z Cybookiem, pierwszym moim czytnikiem e-booków. To różnica cywilizacji, podobna do różnicy między kiepskim, przeciętnym notebookiem a komputerem Apple’a. Kwestia nie tylko klasy wzornictwa, jakości materiałów i wykonania. Chodzi głównie o sam pomysł. Kindle nie jest czytnikiem, lecz w istocie bardzo poręcznym kluczem do wielkiej, szybko rosnącej przestrzeni cyfrowego tekstu. Z punktu widzenia Amazona Kindle jest skutecznym Kluczem do duszy (i portfela) e-bibliofila.

Etyka solidarności i duch postmodernizmu

2009/10/21, środa

Serwis Tischner.pl opublikował krótką notę recenzyjną o mojej książce “Miłość, wojna, rewolucja”, a wraz z nią rozdział “Etyka solidarności i duch postmodernizmu”. Pierwszą wersję tego tekstu publikowałem w 2005 r, na 25. rocznicę Solidarności w “Przeglądzie Politycznym”. Co zostało z fenomenu ruchu Solidarności, który w 1980 r. zachwycił zarówno socjalistów, jak i konserwatystów. Alain Tourraine w doskonałej analizie “Solidarności” dopatrywał się nowej formuły dla ruchów społecznych, “Solidarność” była niewątpliwie jednym z nielicznych polskich wynalazków o uniwersalnym znaczeniu. Kluczem do tej uniwersalizacji była filozoficzna praca Józefa Tschnera, który m.in. w “Etyce solidarności” sformułował nowoczesną etykę pracy na czasy rewolucji postindustrialnej. W swym tekście stawiam tezę, że poprzez odkrycie dialogicznego wymiaru pracy Tischner bardzo zbliżył swą refleksję do współczesnej refleksji nad pracą, rozwijaną przez Philippe’a Zarifiana czy Pekkę Himanena.

Tischnera “Etyka solidarności” jest zbieżna z zaproponowaną 20 lat później “etyką hakerską”. Założenia tej etyki Himanen wyłożył w książce “The Hacker’s Ethic”,  apotem zaaplikował w napisanej wspólnie z Manuelem Castellsem książce “Społeczeństwo informacyjne i państwo dobrobytu”, by wyjaśnić tajemnicę fińskiego cudu modernizacyjnego. Jak bowiem wytłumaczyć, że w kraju socjalistycznym, zetatytozowanym i mało przedsiębiorczym udało się uzyskać tak wspaniałe rezultaty i wydźwignąć go na czoło globalnych rankingów innowacyjności, jakości życia, konkurencyjności? Finowie po prostu “zhakowali” swój system, czego doskonałym symbolem jest rozkwit ruchów wolnego oprogramowania na początku lat 90., który dał Linuksa, pierwszą przeglądarkę, a potem Nokię itd. Cała sztuka polegała na tym, że ta hakerska etyka została uwznioślona, weszła do szerszych praktyk społecznych jako sposób na rozszczelnianie sztywnego systemu (włączanie uczniów do tego, by uczyli swoich rodziców i nauczycieli Internetu, etc.).

Marzy mi się, o czym pisałem już kiedyś w “Krytyce Politycznej” i piszę do najnowszego numeru, byśmy odzyskali “etykę solidarności”, etykę wielkiego ruchu hakerskiego, do tego by zmodernizować współczesną Polskę.

Polska transformacja

2009/10/20, wtorek

Najcenniejszy aspekt “Kongresu Obywatelskiego”, który opisywałem w poprzednim wpisie, to możliwość spotkania w jednym miejscu wielu ciekawych osób. Spotkani z prof. Tadeuszem Kowalikiem zakończyło się nie tylko rozmową, wyniosłem z niego więcej, bo najnowszą książkę Profesora, “Polska transformacja”. Tadeusz Kowalik słynie z konsekwentnej krytyki “terapii szokowej” zaaplikowanej Polsce przez prof. Leszka Balcerowicza. Nie zgadzał się z nią od samego początku, tzw. Plan Balcerowicza szybko jednak stał się nie tylko doktryną ekonomicznej modernizacji, lecz również podstawą ideologii transformacji. Opinie takich ludzi, jak Kowalik, jawnie sprzeciwiających się argumentom o bezalternatywności, koniecznych i nieuniknionych kosztach, krytykującym metafizyczne wręcz uwielbienie dla wolnego rynku zdumiewające nawet ekspertów MFW i Banku Swiatowego i religijną wiarę w wyższość własności prywatnej nad innymi  formami własności traktowane były jako lewackie dziwactwa.

Najnowsza książka Tadeusza Kowalika dobrze rekonstruuje czas kształtowania się transformacyjnej filozofii i narastanie atmosfery przyzwolenia na radykalny kurs zmian bez liczenia się z kosztami społecznymi, a w dalszym efekcie także ekonomicznymi. Kowali podkreśla, że już w założeniach bardzo drastyczny program reform w realizacji został znacznie przestrzelony: poziom bezrobocia i jego długotrwałość daleko przekroczyła założenia, wysoka inflacja utrzymywała się dłużej niż przewidywano. Jeśli porównać Plan Balcerowicza do pierwszego Planu Trzyletniego, a potem Sześciolatki realizowanej przez komunistów w PRL, to widać że transformacji do kapitalizmu towarzyszyła olbrzymia nieudolność i nie mniejsze doktrynerstwo oraz ideologiczne zaślepienie. Zabawne, kiedy Tadeusz Kowalik przywołuje Friedricha Hayeka, świętego neoliberałów, którzy po II Wojnie Światowej ostrzegał, że gospodarki typu wojennego (a taką była centralnie planowana gospodarka realnego socjalizmu) należy transformować do czasów pokoju i rynku powoli i rozważnie, a nie w pośpiechu.

Trop polegający na porównywaniu transformacji od socjalizmu do kapitalizmu z wcześniejszą “rewolucją socjalistyczną” zaczyna pojawiać się w literaturze krajów pokomunistycznych. Podczas ostatniego wypadu na Słowację wpadła mi w ręce książka czeskiego socjologa  Jirzego Kabele “Z kapitalismu do socialismu a zpet”, czyli “Z kapitalizmu do socjalizmu i na odwrót”, porównująca obie historyczne transformacje. Cóż, efekt na wyjściu cokolwiek inny, to jednak struktury tych projektów, ich ideologiczne umocowanie i metody wdrażania bardzo były podobne.

Książce Tadeusza Kowalika towarzyszy witryna “Polska transformacja” zawierająca odnośniki do licznych dokumentów, na której powołuje się Profesor. Niezwykle ciekawa lektura. Po 20 latach czas najwyższy odmitologizować proces żegnania się z realnym socjalizmem, bo widać że wiele popełnionych w jego trakcie błędów, jak masowa i trwała dezaktywizacja pracowników długo jeszcze będzie blokować rozwojowe szanse w przyszłości. Trochę więcej o tym piszę do najbliższego numeru “Krytyki Politycznej” w analizie projektu “Polska 2030″.

Tadeusz Kowalik, “Polska transformacja”, Muza S.A., W-wa 2009 r.

IV Kongres Obywatelski

2009/10/19, poniedziałek

Kongres trwał przez cała sobotę, do końca utrzymywała się dobra frekwencja i atmosfera. Nie zamierzam jednak sprawozdawać, bo relacje i materiały dostępne są na witrynie Polskiego Forum Obywatelskiego. Ciekawsze jest pytanie,  czym w istocie jest Kongres? Jan Szomburg, szef Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową, inicjator pomysłu wspólnie z Radą PFO stara się jak może, by Kongres był z jednej strony jak najdalszy od bieżącej walki politycznej, z drugiej jednak strony miał wymiar polityczny w klasycznym, arystotelesowskim znaczeniu polityki jako troski o polis, podstawowej kompetencji zoon politikon, wyróżniającej człowieka z reszty gatunków biologicznych.

To rzecz jasna niezwykle trudne zadanie, chyba dopiero ta edycja Kongresu najbliżej dotarła do zamiaru, gdzie rzeczywiście ostre i polemiczne debaty dotyczące polaryzujących polskie społeczeństwo kwestii, jak choćby tożsamość i historia ujawniały nie tylko ową polaryzację, lecz także pragnienie znalezienia porozumienia. W tym sensie Kongres staje się niejako opisywaną przez Habermasa sferą debaty publicznej, w której o sprawach publicznych debatują zaangażowani obywatele. Jeśli jednak przytaczać Habermasa, to warto przypomnieć, że jego zdaniem idealnym wyrazem sfery publicznej w działaniu był burżuazyjny salon, który spajała wspólna burżuazyjna kultura, pełniąca jednocześnie funkcję ideologii.

Rzeczywiście, widać z jednej strony w Kongresie pragnienie, czy może raczej marzenie o przestrzeni debaty wolnej od brudu codziennej polityki i partykularnych interesów. I pewno spora część uczestników Kongresu, jeśli nie ich większość decyduje się na udział w jego pracach, odczuwając przynależność do… No właśnie, do czego: klasy średniej? Burżuazji? Społeczeństwa obywatelskiego? Wszystkie te pojęcie mają coraz mniej wyraźne socjologicznie desygnaty, z czego już dawno zdał sobie sprawę sam Habermas, a dziś bezwzględnie demaskuje utopię sfery publicznej Manuel Castells w “Communication Power”.

Co wynika z tego, że sobie przez cały dzień porozmawialiśmy o najważniejszych dla kraju problemach? Czy musi jednak coś wynikać? Może ważniejsze, jak zauważył jeden z uczestników, że przestrzeń debaty podczas Kongresu była o wiele szersza, niż dopuszczają dziś głównonurtowe media (w tym kontekście polecam poprzedni wpis). A to już sporo, bo jak obserwuję z perspektywy kilku lat zaangażowania w ten proces, stworzenie możliwości rzeczywistego spotkania i dyskusji między przedstawicielami różnych wrażliwości ideowych, zawodowych, kulturowych daje szansę na naukę języków. To ciekawe obserwować, jak ultraliberałowie zaczynają modyfikować swój język wzbogacając go o takie pojęcia, jak kultura i wartości. Ciekawe obserwować, jak rozsypuje się monolityczna, konserwatywna konstrukcja tożsamości narodowej poddana krytyce przez pryzmat innych doświadczeń historycznych. Nawet jeśli więc Kongres jest wyrazem utopii, to jakże sympatycznej i potrzebnej. Bo utopia, jak definiował ją Ernst Bloch, wyraża marzenie o lepszym świecie, marzenia potrzebnego by widzieć dalej, niż atakujące codziennie donosy (bo już nie doniesienia) o prawdziwej i rzekomej korupcji kolejnych elementów rzeczywistości.