A więc iPad….

2010/01/27, środa

Trzeba by dotknąć, wygląda na taki trochę wyrośnięty iPod touch. Wolę chyba stare dobre czasy:

Nowy (nie)ład globalny. Pytania dla Polski

2010/01/27, środa

Trudno ciągle ocenić konsekwencje szczytu klimatycznego w Kopenhadze. Zwłaszcza, gdy chodzi o analizę jego politycznej wymowy. Widać już jednak wyraźnie, że miał on podobne znaczenie dla krystalizacji nowego ładu światowego, jak ustalenia z 1989 r. stanowiące Konsensus Waszyngtoński. Karty zostały rozdane na nowo, przy czym najgorzej na tym rozdaniu wyszła Unia Europejska, która jeszcze kilka miesięcy temu liczyła na bycie liderem w nowym, zielonym świecie. Dziś pojawiają się coraz głośniejsze pytania, czy Unia w ogóle przetrwa?

To nie jedyne pytanie strategiczne, na jakie musimy szukać odpowiedzi również w Polsce, przynajmniej  w przerwach pracy hazardowej komisji śledczej. Jak chcemy się rozwijać, w oparciu o jakie zasady? W oparciu o jaką energię społeczną? W poniedziałek 25 stycznia rozpoczęła się dyskusja nad tymi tematami. Wspólnie z Przemkiem Sadurą z “Krytyki Politycznej” organizujemy cykl debat na temat pomysłów na dalszy rozwój Polski, regionu i Unii Europejskiej. Jednocześnie pojawiać się będą publikacje książkowe, podejmować będziemy prace badawcze. Robotę tę chcielibyśmy zwieńczyć szerszą debatą o wizji rozwoju, roboczo nazywamy to przedsięwzięcie Polskim Zielonym Okrągłym Stołem. Jesteśmy przekonani, że w 30. rocznicę Solidarności warto spróbować zastanowić się, co jeszcze zostało z jej ducha.

Głównym celem tego projektu jest wprowadzenie do głównego nurtu debaty publicznej tematów, które strukturyzują debatę publiczną na świecie. Zdumiewające, lecz w Polsce wypowiedzi dotyczące spraw genderowych, wartości mających towarzyszyć rozwojowi, spraw środowiska traktowane są jako przejaw lewackiego ekofeminizmu, podczas gdy np. w Wielkiej Brytanii za mainstreamowe traktuje je “The Economist”, pismo konserwatywno-liberalne. Zgodnie ocenami wielu naszych mainstreamowych publicystów i polityków do grona ekolewaków należałoby włączyć Margaret Thatcher, Angelę Merkel, Benedykta XVI, Nicolas Sarkozy’ego.

Poniżej nagranie wideo z pierwszego spotkania, podczas którego dyskutowaliśmy konsekwencje geopolityczne szczytu klimatycznego ONZ w Kopenhadze.

Umysł polityczny George’a Lakoffa

2010/01/22, piątek

George Lakoff znany jest polskim czytelnikom z książki “Metafory w naszym życiu” (PIW 1988), napisanej wspólnie z Markiem Johnsonem. “The Political Mind” jest kontynuacją refleksji nad metaforą i myśleniem metaforycznym. Książka ciekawa, bo łączy warstwę naukową (zdaje relację z najnowszych badań lingwistycznych) i polityczne zaangażowanie (Lakoff wziął na cel konserwatywnych polityków i punktuje administrację Busha pokazując w jaki sposób konserwatyści zdobyli władzę przejmując najpierw kontrolę nad językiem).

Lakof wyjaśnia na czym polega praca “framingu”, czyli budowy dyskursu dominującego. Dowodzi, że nie jest to tylko niewinna gra językowa. Odwołując się do najnowszych badań neurokognitywistycznych pokazuje, że metafory mają zakorzenienie neurologiczne, działają bo wywołują aktywność odpowiednich obwodów neuronalnych. Framing polega w tym kontekście na przejęciu władzy nad umysłem odbiorców za pomocą użycia w komunikacji politycznej metafor, które pobudzają i intensyfikują pracę odpowiednich ośrodków mózgu.

Książka warta lektury ze względu na jej warstwę polityczną (choć zapewne czytelnicy o nastawieniu konserwatywnym będą się irytować), jak i poznawczą. Do Lakoffa odwołuje się Manuel Castells w swej najnowszej “Communication Power”. Orwell przy tym wszystkim to drobnostka. W poniższym wideo Lakoff tłumaczy pracę metafory.

Świat kobiet, czyli nowa ekonomika małżeństwa (badania Pew)

2010/01/20, środa

Żegnaj, macho! To wnioski jakie można wyczytać w ogłoszonym wczoraj raporcie amerykańskiego Pew Research Center zatytułowanym “New Economics of Marriage”. O zmianach w strukturze i roli rodziny, zwłaszcza w krajach rozwiniętych mówi się od dawna. Jedną z głównych przyczyn tych zmian jest ekonomiczna emancypacja kobiet - w tradycyjnym modelu małżeństwo było formą ekonomicznej ochrony kobiety. W ciągu ostatniego ćwierćwiecza sytuacja jednak radykalnie się zmieniła (o niektórych z tych zmian już pisałem w “Antymatriksie”). Przekształcenia gospodarki i postindustrializacja wykreowały olbrzymi rynek usług, z dużą liczbą niskopłatnych miejsc pracy. Wiele z nich szybko zajęły bezczynne wcześniej kobiety.

Szybko jednak okazało się, że sama praca o niskiej jakości (i płacy) nie wystarczy, kobiety szybko zrozumiały na czym polega przewaga konkurencyjna w gospodarce opartej na wiedzy i zaczęły się kształcić. Jak już pisałem, blisko 60 proc. dyplomów studiów wyższych w krajach rozwiniętych zdobywają kobiety. Pew Resarch zbadał, jak to wszystko przekłada się na kondycję amerykańskiej rodziny. Okazuje się, że już w 22 proc. rodzin kobiety zarabiają więcej niż mężczyźni (w 1970 ten odsetek stanowił zaledwie 4 proc.). Jednocześnie szybko przybywa rodzin, w których kobiety dominują pod względem wykształcenia: w 28 proc. przeważa wykształcenie kobiet, tylko w 19 proc. mężczyzn (w 1970 r. proporcje były odwrotne).

Wyniki te należy analizować w kontekście oraz też patrząc na trendy na rynku pracy. Kontekst jest taki, że kobiety, nie tylko w USA (New York Times opublikował ostatnio na ten temat serię artykułów) mają coraz większe kłopoty ze znalezieniem odpowiednich partnerów. Jak pisze NYT, umawiając się na randkę nie patrzą już na wielkość mięśni i grubość portfela, tylko pytają o kartę biblioteczną. Nie znajdując ich, decydują się często na życie single’a, z czym sobie podobno radzą lepiej, niż mężczyźni. Rośnie więc liczba sfrustrowanych loserów, którym dodatkowo przyłożył ostatni kryzys (jak pisałem, to głównie mężczyźni w krajach rozwiniętych tracili pracę). Amerykańscy socjologowie obawiają się, że tak szybka zmiana ról genderowych może doprowadzić do buntu mężczyzn, choć głębokość przemian jest tak duża, że żaden bunt niewiele pomoże.

W Polsce sytuacja jest nieco odmienna, bo o ile rzeczywiście obserwujemy podobne trendy jak w innych krajach rozwiniętych, to jednak kryzys uruchomił ujawnione już kilka lat temu w World Value Survey utrwalone w kulturze wartości, z których jedna mówi, że praca w pierwszej kolejności należy się mężczyznom. Dlatego m.in. w Polsce pracę traciło więcej kobiet niż mężczyzn (oczywiście, przy okazji też znaczenie miała zacofana struktura polskiej gospodarki, bardziej ciągle potrzebująca mięśni, niż mózgów). Jeśli jednak chodzi o przemiany ról w rodzinach, to oczywiście Polska jest wdzięcznym polem badań, bo po upadku wielkiego przemysłu pojawił się problem ze sfrustrowanymi górnikami na wcześniejszych emeryturach, żyjących wraz z rodzinami na utrzymaniu kobiet pracujących często za granicą, by związać koniec z końcem. Nie znam dokładnych, jakby ktoś z Czytelników znał, będę wdzięczny.

Nowy (nie)ład globalny. Świat po Kopenhadze - zaproszenie na debatę

2010/01/19, wtorek

Serdecznie zapraszam w imieniu Ośrodka Badań nad Przyszłością Collegium Civitas i Krytyki Politycznej na debatę:

Nowy (nie)ład globalny. Świat po Kopenhadze.

Spotkanie odbędzie się w poniedziałek, 25 stycznia o godz 18.00 w Auli A Collegium Civitas, Pałac Kultury i Nauki, p. XII.

Międzynarodowy proces klimatyczny to próba stworzenia globalnego ładu politycznego, gdzie stawka wyzwania przekracza bezpośredni cel, jakim jest ochrona atmosfery i klimatu przed   przed skutkami działań człowieka. W istocie chodzi bowiem o wypracowanie sposobów politycznej koordynacji polityki międzynarodowej wobec globalnych wyzwań nowego rodzaju. Bezprecedensowy eksperyment, którego kulminacją był grudniowy szczyt klimatyczny ONZ w Kopenhadze, zamiast doprowadzić do nowego globalnego porozumienia zakończył się de facto fiaskiem.

Jaki świat wyłania się z fiaska negocjacji w Kopenhadze? Dlaczego tak się stało i co to oznacza dla globalnej polityki i Polski?
Jak wykorzystać wiedzę naukową w uruchamianiu i moderowaniu globalnych procesów politycznych takich, jak międzynarodowe negocjacje w sprawie polityki klimatycznej, walki z ubóstwem itp. Co decyduje o powodzeniu takich procesów?
Jaki wpływ na prowadzenie międzynarodowej debaty ma zróżnicowanie systemów ekonomicznych, politycznych i społecznych krajów biorących w nich udział? Jaka jest rola aktorów międzynarodowych (organizacje międzynarodowe, koncerny) i krajowych (rządy, partie polityczne, ruchy społeczne)?

Udział w debacie wezmą:

Małgorzata Snarska -  specjalizuje się w międzynarodowych aspektach polityki klimatycznej i komunikacji, szef organizacji i promocji COP14, członek zespołu COP15
Robert Cyglicki - Dyrektor Greenpeace Polska

Wawrzyniec Konarski - politolog, profesor Uniwersytetu Warszawskiego i Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie.

Spotkanie poprowadzą Przemysław Sadura (Krytyka Polityczna) i autor tego bloga (zapraszam do najbliższej “Polityki”, gdzie piszę o konsekwencjach niepowodzenia szczytu kopenhaskiego).

Spotkanie będzie pierwszą debatą z cyklu, który ma zainicjować prace nad Zielonym Okrągłym Stołem, którego idea została naszkicowana w najnowszym przewodniku “Krytyki Politycznej” -”Ekologia”, w moim posłowiu (plik z tekstem publikowałem w “Antymatriksie”) oraz podczas spotkania w “Nowym Wspaniałym Świecie” z udziałem poświęconym książce “Miłość, wojna, rewolucja. Szkice na czas kryzysu”. W spotkaniu (17 grudnia 2009 r) uczestniczyli Michał Boni, Przemysław Sadura, Maciej Gdula i autor tego bloga. Poniżej nagranie fragmentu dyskusji. Tu link do pliku mp3.

Go To FileFactory.com

Avatar, opowieść o Jamesie Cameronie

2010/01/18, poniedziałek

Dyskusja wokół “Avatara” była, nie ukrywam, żywa i często stanowiła dla mnie wyzwanie. Są więc oczekiwania, bym zawiedzionym widzom, którzy pod wpływem mojej fascynacji poszli na film zwrócić pieniądze. Inni oczekują, bym zmienił pracę, bo podobno ujawniłem zakończenie filmu (a za to, jak mówią wtajemniczeni, Kain zabił Abla). I tak, jak sugeruję jeden z komentarzy, wszystko pokryje mgła niepamięci, wieczny jest bowiem sam “Avatar”.

Nie będę podsumowywał dyskusji, w zamian opowiem historię o Jamesie Cameronie, bo właśnie przeczytałem jego biografię “The Futurist. The Life and Films of James Cameron” autorstwa Rebekki Keegan. Biografia twórcy “Avatara” jest wynikiem niezwykle żmudnej dziennikarskiej pracy. Keegan dotarła do wszystkich osób mogących podzielić się informacjami pozwalającymi lepiej zrozumieć skomplikowaną i bogatą osobowość Camerona. Dziennikarka rozmawiała więc z wszystkimi żonami reżysera (obecnie konsumuje on piąty związek), jego dziećmi (ma ich piątkę), aktorami, w tym obecnym gubernatorem Kalifornii, Terminatorem Arnoldem Schwarzeneggerem.

Keegan przytacza dowcip, jaki w telewizji opowiedział o Cameronie  Quentin Tarantino: “Zmarł jeden z hollywoodzkich aktorów i poszedł do nieba. Stoi przed rajskimi wrotami i widzi faceta bujającego w górze na dźwigu z kamerą. Pyta więc św. Piotra: Co, Cameron zmarł? Nie, to Bóg udaje, że jest Cameronem.” Uzupełnieniem dowcipu są słowa samego Camerona wypowiedziane, gdy odbierał Oskara za “Titanika”: “Jestem królem świata”.

Mistrz skromny nie jest, nie jest jednak jak wynika z opowieści aroganckim bufonem - ciągle bawi go to co robi do tego stopnia, że podczas castingów sam obsługuje kamerę i ustawia światła. Ma natomiast niewątpliwie fioła na punkcie technicznej doskonałości, jego produkcje są tyle wyrazem twórczej wyobraźni, co technicznej i naukowej pasji. Ich realizacja wymaga iście przemysłowych instalacji - kolejne produkcje Camerona były kolejnymi najdroższymi filmami w historii: “Terminator”, “Titanic”, w końcu “Avatar”. Tylko taki rozmach może zaspokoić eschatologiczną wyobraźnię reżysera: Keegan odsłania kluczowy, formacyjny moment, kiedy w wieku 8 lat przyszłego mistrza Hollywood opanowała wizja zagłady termojądrowej.

Wystarczy poczytać “Podziemia” Dona deLillo, by zrozumieć że w Stanach Zjednoczonych przełomu lat 50. i 60. nietrudno było wpaść w nuklearną psychozę: dzieci chodziły do szkoły z nieśmiertelnikami, ludzie budowali prywatne schrony atomowe, a gdy doszło do kryzysu kubańskiego, wydawało się, że zagłada jest tuż. Ta katastroficzna świadomość towarzyszy Cameronowi podczas pracy nad każdym filmem, nawet komedią “Prawdziwe kłamstwa”, gdzie  scenę happy-endu, czyli całujących się bohaterów rozświetla wybuch bomby atomowej.

Książka Keegan to nie tylko świetny przewodnik po wyobraźni Camerona i jego, trzeba przyznać, niezwykłej biografii (stanowiącej doskonałą ilustrację amerykańskiego mitu o możliwości nieograniczonej kariery nawet gdy zaczyna się od zera, i to z kanadyjskim akcentem). “The Futurist” opowiada o kilku dekadach współczesnego kina, pokazując jak zmieniała się jego wrażliwość i sposób konstrukcji bohaterów (Keegan zwraca uwagę na rolę Camerona w wykreowaniu kobiet jako głównych bohaterek kina akcji). Polecam. Nie zabrakło oczywiście rozdziału o “Avatarze”.

Jaron Lanier, “You Are Not a Gadget. A Manifesto”

2010/01/16, sobota

Obawiałem się, że biorę do ręki książkę podobną do “Kultu amatora” Andre Keena. Lanier od lat nie ukrywa swego sceptycyzmu wobec kierunku, w jakim rozwija się cyfrowy świat i cyfrowa kultura. Dałe temu wyraz w eseju “Digital Maoism. The Hasards of the New Online Colletcivism“.  W “You Are Not a Gadget” argumenty rozwija, przekonując że pewne aspekty cyfrowej kultury zabijają humanizm i zamieniają człowieka w przedmiot, redukując go do trybu, czy może raczej bezimiennego ogniwa w sieci.

Na pierwszy rzut oka Lanier używa podobnych argumentów, jak Keen, którego wielokrotnie krytykowałem: kultura web 2.0 niszczy sprawdzone formy i instytucje kultury, nie oferując nic lepszego zamiast. Lanier użwa jednak znacznie lepszej argumentacji, bo nie broni na siłę starego ładu, tylko przemiany analizuje w szerszym kontekście, czyniąc wiele ciekawych spostrzeżeń.

Po pierwsze, już na początku zwraca uwagę, w jaki sposób technokultura (czyli kultura rozwijająca się w symbiozie z rozwojem technologii) staje się zakładnikiem niewinnych pozornie wyborów technicznych. Muzyka cyfrowa na zawsze została obciążona wyborem standardu MIDI, który choć ułomny, zniewala dziś muzyków tworzących z użyciem cyfrowych instrumentów niczym twarde prawa fizyki.

One day in the early 1980s, a music synthesizer designer named Dave Smith casually made up a way to represent musical notes. It was called MIDI. His approach conceived of music from a keyboard player’s point of view. MIDI was made of digital patterns that represented keyboard events like “key-down” and “key-up”. That meant it could not describe the curvy, transient expressions a singer or a saxophone player can produce. It could only describe the tile mosaic world of the keyboardist, not the watercolor world of the violin.(…) In spite of its limitations, MIDI became the standard scheme to represent music in software. MIDI became entrenched, and despite Herculean efforts to reform it on many occasions by a multi-decade-long parade of powerful international commercial, academic, and professional organizations, it remains so.

Potem Lanier zastanawia się nad ideologią świata Web 2.0, zwracając uwagę, że wbrew zachwytom nad ukrytym w niej potencjale innowacyjności, nie wydała ona nic innowacyjnego: wolne oprogramowanie i Linuc, to owszem innowacja społeczna polegająca na odkryciu, że ludzie są w stanie współpracować, lecz efektem tej współpracy nie jest wcale żadna radykalna innowacja, lecz co najwyżej proces nieustannego kopiowania i powolnego poprawiania starego rozwiązania, jakim jest Unix. Unix zaś niczym doskonałym nie jest, ma w siebie wpisane ograniczenia, podobnie jak MIDI, które trwałym piętnem odciskają się na kolejnych generajach systemów informatycznych, tym razem rozwijanych z pomocą wolnych programistów.

Lanier przekonuje, że nie tylko Linux jest de facto wtórny, lecz również Wikipedia i większość form kultury Web 2.0. Nic radykalnie nowego nie powstało, a jeżeli już, to w modelach produkcji premiujących indywidualną twórczość. To ciekawa teza, która wymaga dokładnej analizy w dwóch przynajmniej aspektach: faktycznym, czyli jak to rzeczywiście jest z podażą radykalnych innowacji. Drugi aspekt wymagałby analizy z punktu widzenia teorii procesów innowacyjnych. W każdym razie nie da się zbyć argumentów Laniera prostym stwierdzeniem, że jest sentymentalny.

Lanier pisze także o zjawisku, które w ujęciu krytycznym określane mianem wewnętrznej sprzeczności kapitalizmu kognitywnego. Otóż w wyniku rozwoju form Web 2.0 w kulturze, technice, nauce najbardziej tracą na tym ludzie, którzy stanowić powinni rdzeń społeczeństwa wiedzy: twórcy, bo źródła ich dochodów podkopywane są przez produkcję społeczną. W rezultacie klasa twórcza ulega szybkiej pauperyzacji, z wyjątkiem jedynie supertwórczego rdzenia, czyli ludzi pracujących w głównych ośrodkach kapitalizmu kognitywnego, jak Google.

Przez całą książkę przewijając się także aspekty metafizyczne, dotyczące refleksji nad istotą ludzkiej osoby i humanizmu. Lanier przekonuje, że koncepcji osoby nie da się zredukować do ciągu bitów, człowiek nie podlega digitalizacji - nigdy nie będzie możliwości odtworzenia człowieka in silico i na dowód przytacza doświadczenia z prac nad wirtualną rzeczywistością. Bez problemu można rekonstruować te wrażenia zmysłowego, które można wyrazić w postaci prostych elementów składowych, jak obraz lub dźwięk. Inaczej jest zupełnie z zapachem. Zapach nie poddaje się symbolizacji, a dalej digitalizacji - jest doświadczeniem ucieleśnionym, zapośredniczanym bezpośrednio przez cząsteczki chemiczne.

To jedno z cenniejszych przypomnień Laniera: całej rzeczywistości nie da się zdigitalizować, informacja jest tylko aspektem materialnego wymiaru świata, nie jest jego substancją. Ciało, podobnie jak kształty cząsteczek chemicznych nie są jedynie emergentnymi skutkami działań informacyjnych, są nośnikami i procesorami informacji. W naturze nie ma podziału na software i hardware, materia stanowi nieredukowalną jedność.

W sumie, książka Laniera przeczytałem z dużą przyjemnością, bo dostrzega argumentów, nad którymi inaczej, niż w przypadku książki Keena, nie sposób łatwo przejść do porządku dziennego.

Google, Chiny (z Francją w tle) - wojna imperiów

2010/01/15, piątek

Google zagroził, że wycofa się z Chin. Choć początek w 2006 r. dla Google’a był doskonały (z wyjątkiem PR, bo trzeba było się tłumaczyć, co znaczy w praktyce reguła Don’t Be Evil, skoro dopuszcza współpracę z cenzurą). Potem jednak na rynek wszedł Baidu i “wykosił” amerykańskiego konkurenta. Sherman So i J. Christopher Westland w książce “Red Wired” tłumaczą przyczyny biznesowej porażki Google w Chinach: z jednej strony winić należy arogancję menadżerów przekonanych, że na bardzo specyficznym rynku sprawdzą się “uniwersalne” rozwiązania działające w innych krajach. Z drugiej strony trudno rywalizować z konkurentem, który nie stosuje praktycznie żadnych reguł: umożliwia ściąganie pirackich plików, sprzedaje reklamodawcom wyniki wyszukiwania, etc. Na pocieszenie, nie tylko Google’owi szło źle, również eBay musiał się poddać. Czary goryczy dolały jednak ataki hakerskie, których celem była korporacyjna infrastruktura Google oraz konta użytkowników zaangażowanych w działalność wrogą wobec chińskiego reżimu.

Ataki były na tyle wyrafinowane (i nie tylko na Google), że trudno zakładać, by były dziełem hakerów amatorów. Hillary Clinton zarządała więc oficjalnie od chińskich władz wyjaśnień. Google zaś złożył coś w rodzaju ultimatum, uznając że nie będzie już szedł na kompromisy, jeśli chodzi o ograniczanie swobody dostępu do informacji. W praktyce oznaczać to tylko może wycofanie się z rynku. Oceny takiej decyzji, gdyby doszła do skutku, są niejednoznaczne. Wiele organizacji zajmujących się prawami człowieka chwali Google’a, a Jonathan Zittrain twierdzi, że w końcu zagraniczne korporacje dostaną jakiś sygnał, że można łączyć biznes i wartości. Inni twierdzą, że najbardziej ucierpią chińscy internauci, dla których Google, choć cenzurowany i tak był o niebo lepszym źródłem informacji, niż jawnie kolaborujący z rządem Baidu (z Google korzysta w Chinach śmietanka internetu, ludzie najlepiej wykształceni i komunikacyjnie kompetentni). Chińczycy niechętni amerykańskiemu kolosowi twierdzą, że Amerykanie chcą po prostu polityczną wrzawą zamaskować biznesową porażkę.

Ostatnio trudno otworzyć jakąkolwiek zagraniczną gazetę, by nie wyskoczył z niej Google. Potyczka z Chinami zdominowała doniesienia, równolegle jednak trwa spór Google z Francją dotyczący kwestii digitalizacji francuskich bibliotek. Francuski sąd zabronił Google’owi skanowania dzieł chronionych prawem autorskim, a z kolei ogłoszony 12 stycznia raport dla ministra kultury dotyczący digitalizacji zaleca współpracę z Amerykanami, jednak na francuskich warunkach. Chodzi m.in. oto, by Google nie mógł zawierać porozumień na wyłączność z bibliotekami, lecz by współpracował z narodowym programem digitalizacji, na który państwo francuskie przeznaczy 750 mln euro.

W przypadku chińskim, podobnie, jak francuskim dochodzi do konfrontacji zasad z życiem. Francuzi najchętniej pogoniliby Google (choć obsługuje 80 proc. wyszukiwarkowych zapytań), przynajmniej z obszarów związanych z kulturowym dziedzictwem. Widzą jednak, że sami niewiele są w stanie zrobić - narodowy projekt Gallica polegający na digitalizacji dzieł znajdujących się w domenie publicznej jest raczej źródłem wstydu, niż dumy - podczas prezentacji wspomnianego raportu dla ministra podawano przykład, że jak ktoś chce przeczytać “Czerwone i czarne” Stendhala, nie znajdzie wersji elektronicznej w Gallice, lecz w Google książki.

Spory o Google, w których w zależności od kontekstu jawi się o jako obrońca wolności słowa i komunikacji lub jako Wielki Brat kontrolujący informacyjne przepływy siłą swego monopolu pokazują, że nadchodzi czas istotnych przewartościowań. Pojawiają się już zapowiedzi, że Departament Sprawiedliwości USA przygotowuje się pracowicie do wszczęcia postępowania antymonopolowego. W istocie nie chodzi tu o sam proces przeciwko firmie, ile przygotowania do ewentualnego starcia, wymagające rozwinięcia aparatu ekonomicznego, na co potrzeba kilku lat. Tak samo było pod koniec lat 90. XX wieku podczas starcia rządu USA z Microsoftem. Wówczas pracującymi dla rządu ekonomistami kierował znakomity ekonomista Hal Varian, dziś jest on głównym ekonomistą Google. Coraz częściej także pojawia się postulat, by wprowadzić jako prawny obowiązek regułę “search neutrality”, zabraniającą firmom wyszukiwarkowym dyskontowanie dla własnych celów komercyjnych kontrolę  algorytmu wyszukiwarki.

W sporze Google z Chinami sympatia skłania się w naturalny sposób w stronę Google, w istocie jednak oba imperia, Google i chińskie są symptomami współczesnego zglobalizowanego kapitalizmu. Niby nie chcemy, lecz musimy (a przynajmniej wmawiamy to sobie), korzystać z ich usług, bo tak podpowiada wygoda, rozsądek lub rachunek ekonomiczny. Dobrze ilustruje tę prawdę postawa Francji, która już dawno zdała sobie sprawę, że nie można  obrażać się na Chiny, a dziś odkrywa, że trudno również obrazić się na Google. Co mają powiedzieć zwykli konsumenci, wyszukujący w Google najtańszych ofert? Wszak najprawdopodobniej wyszukiwarka w pierwszej kolejności wskaże im chińskie produkty.

Zbigniew Libera i “Ukryta dekada”

2010/01/14, czwartek

Wczoraj w Zachęcie ciekawe spotkanie ze Zbigniewem Liberą, a prowadzone przez Piotra Krajewskiego z Wro Art Center. W Zachęcie trwa akurat wystawa twórczości Libery (do 7 lutego). Spotkanie poświęcone było projektowi “Ukryta dekada. Polska sztuka wideo lat 1985-1995″. To niezwykle ciekawy okres, kiedy twórcy odkryli nowe medium - kamerę wideo. Piotra Krajewski, autor projektu zgromadził 400 prac z tamtego okresu, dokumentujących niezwykle ciekawy okres zarówno dla sztuki, jak i całego społeczeństwa. Jak stwierdził wczoraj Libera: rzeczywistość była ponura, życie kiepskie a my czuliśmy tak duża nieistotność, że dzięki temu zyskaliśmy pełną wolność. To był wielki czas dla polskiej sztuki, która w latach 80. eksplodowała różnymi formami, od malarstwa przez wideo po muzykę. Dziś, choć zachwycamy się osiągnięciami polskiej sztuki powinniśmy raczej mówić o kryzysie”. “Ukrytą dekadę” można posmakować w realu, obecnie w krakowskim Bunkrze sztuki trwa wystawa, można także obejrzeć dokumentację zgromadzoną na 4 płytach DVD, 8 godz. nagrania. A kto chce się spotkać ze Zbigniewem Liberą, niech wpadnie dziś (czwartek, 14 stycznia) na 18 do Zachęty. Poniżej jedne z filmów z projektu “Ukryta dekada”:

Ó-boty w Centrum Zdrowia Dziecka

2010/01/13, środa

W grudniu pisałem w Polityce.pl o zawodach First Lego League. Poniżej filmik przedstawiający drużynę Ó-botów z warszawy, która reprezentowała Polskę (wraz z drużyną RobBUSTERS Atena z Gdańska) na zwodach First Lego League w Paderborn w Niemczech. Na filmie wizyta Ó-botów w Centrum Zdrowia Dziecka, gdzie członkowie zespołu opowiadają o zawodach i prezentują swoją maszynę.

Przy okazji w imieniu drużyny podziękowania wszystkim, którzy wspomogli start: Hale Banacha, PLL LOT, Klub Seniora PKPS przy ul. Filtrowej, Gimnazjum nr 14, Władze Dzielnicy Warszawa-Ochota.