Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2

3.10.2012
środa

Powolny rozkład systemu szkolnego

3 października 2012, środa,

Wzmocnić rolę państwa czy odpaństwowić? Pod takim hasłem od jakiegoś czasu toczy się dyskusja na łamach „Gazety Wyborczej”. Zainicjował ją Adam Leszczyński, w sobotnim wydaniu pojawił się tekst Wojtka Orlińskiego. Podpisuję się pod nim – Wojtek przypomniał, w jaki sposób krzepła w Polsce idea powszechnego szkolnictwa, z inicjatywami takimi, jak tysiąclatki. W tym samej  „Gazecie” opublikowała artykuł Ola Pezda doskonale ilustrujący, co się dzieje, gdy państwo traci kontrolę na szkolnym systemem.

Samorządy w poszukiwaniu oszczędności „prywatyzują” system, tzn. przekazują szkoły w administrację różnym organizacjom. Odpada wówczas Karta Nauczyciela, co kończy się najczęściej, jak opisuje Ola, degradacją – nauczyciele muszą pracować więcej za mniej, pozbawieni, jak cała reszta polskiego prekariatu, jakiejkolwiek ochrony i stabilizacji. Budżet gminy ma się na pewno lepiej, jakość edukacji niekoniecznie. Samorządowcy działają jednak racjonalnie – wraz z niżem demograficznym maleje polityczn znaczenie edukacji, a rośnie koszt. Proces destrukcji będzie więc postępował, mogłoby go zatrzymać państwo.

Wojtek Orliński podaje jeszcze inne argumenty za rolą i znaczeniem państwa dla powszechnego systemu edukacji – kluczowym jest równościowa i integracyjna funkcja szkoły. Obok podatków to jedyny w rękach państwa instrument aktywnego zmniejszania nierówności. Gdy jednak państwo, tak jak w Polsce, ze swych prerogatyw w tym obszarze de facto rezygnuje, zaczyna się rozkład. Niestety, trudno go będzie powstrzymać – powszechny i całościowy system edukacyjny, ostatnia już pozostałość po nowoczesności, można było stworzyć tylko w czasach, gdy zarówno prawica, jak i lewica nie miały wątpliwości, że taki system jest potrzebny. Dla jednych, by formować obywatela państwa narodowego. Dla drugich, by zmniejszać nierówności. Dla jednych i drugich, by budować więź społeczną i integrować.

Dziś problem ze słabością państwa, nie tylko w obszarze edukacji, wynika z brakiem legitymizacji dla takich całościowych projektów. O wiele łatwiej odwoływać się do racjonalności rynku, mitu wolnej konkurencji, etc., niż odpowiedzieć z przekonaniem, że potrzebujemy powszechnej szkoły, w której państwo jest gwarantem zarówno dostępu do wiedzy, jak i do podstawowych wartości. Kiedy jednak minister edukacji mówi, że to sprawa dyrektora szkoły i rodziców, gdy inauguracji roku szkolnego w szkole publicznej towarzyszą obrzędy religijne, zaczyna być źle. Chwilę później rozpocznie się nie tylko spór o kanon lektur, lecz również pojawią się protesty, dlaczego uczyć teorii ewolucji, a nie kreacjonizmu.

O kryzysie legitymizacji piszę więcej w najnowszym numerze kwartalnika KIK „Kontakt”. Poniżej fragment tekstu:

Spory o nauczanie historii, o kanon literatury wynikają właśnie z załamania dawnego ładu, kiedy z jednej strony kultura, z drugiej nauka, z trzeciej w końcu polityczna wizja dobra wspólnego umożliwiały zbudować wizję informacji i kompetencji, jakich powinien w toku kształcenia nabyć człowiek stający się na wyjściu z systemu obywatelem i pracownikiem.

Legitymacja dla takiej konstrukcji przestała istnieć, nie można jej odtworzyć odwołując się do polityki, bo tu także na skutek przemian społecznych coś się zmieniło. Przestała istnieć sfera publiczna. Paradoksalnie, w społeczeństwie które jak nigdy wcześniej ma do dyspozycji najbardziej demokratyczne środki komunikowania się, umożliwiające każdemu udział w debacie publicznej, straciło zdolność prowadzenia takiej debaty.

Sfera publiczna uległa fragmentacji i trybalizacji, miejsce sfery publicznej zajęła sieć plemion, często wręcz sekt nie szukających porozumienia lecz potwierdzenia dla swoich sekciarskich przekonań. W Polsce proces ten pogłębił się po tragedii smoleńskiej, badania blogosfery pokazują wyraźnie, jak głębokie są społeczne i polityczne podziały. To nie Internet jest winny, zanim to medium stało się popularne, już w latach 80. ubiegłego stulecia socjologowie dostrzegli proces  indywidualizacji. Internet stał się po prostu medium zindywidualizowanego społeczeństwa.

Gdy jednak przestaje istnieć sfera publiczna, a w związku z tym nie można nawet wynegocjować wizji dobra wspólnego, sens traci także pojęcie obywatelstwa. Miejsce obywatela zajmuje konsument, bo rynek staje się ostatnią przestrzenią racjonalności łączącą ponad podziałami za pomocą neutralnego medium pieniądza. Przedstawiciele klasy średniej, którzy wściekli się na jeden z banków, że oszukał ich na kredycie skrzyknęli się ponad politycznymi podziałami i wystąpili przeciwko wspólnemu wrogowi. Podobnie przeciwko państwu wystąpili obrońcy maluchów, czyli rodzice walczący z pomysłem obniżenia progu obowiązku szkolnego.

Dotychczasowy wywód prowadzi do wniosku, że neoliberalna modernizacja systemu szkolnego była jedynym sposobem, by uratować sens istnienia systemu w jego totalnym wymiarze. Tyle tylko, że źródłem legitymacji dla jego istnienia jest racjonalność rynku i logika ekonomicznej efektywności, a produktem konsument i pracownik dostosowany do potrzeb rynku. Bez zrozumienia istoty tej zmiany systemowej cała dalsza dyskusja o szkole i o tym jak i czego ma uczyć  nie będzie sensowna.

W niedzielę z kolei miałem okazję dyskutować na temat przyszłości edukacji podczas seminarium zorganizowanego przez Towarzystwo Inicjatyw Twórczych „ę”. Dyskusja niezwykle żywa i gorąca dobrze doilustrowała problemy, o jakich pisałem w „Kontakcie”. Jesteśmy niezadowolenie z szkoły za jej totalność i skostnienie, gdy jednak w imię wolności i różnorodności zaczynamy przy systemie majstrować, na scenę wkraczają siły destrukcji.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 13

Dodaj komentarz »
  1. Zgadzam się co do trybalizacji i uwiądu systemu państwowego. I co do zagrożeń ‚siłami destrukcji (nie znam całości tekstów, przydałby się dostęp online). Ale Gospodarza niepokój jest dla mnie tym samym, co niepokój obywateli XIX-wiecznego Paryża o wzrost ilości końskiego nawozu na ulicach – idzie (już jest!) zmiana systemowa, która unieważnia te obawy, w zamian darowując nam nowe wyzwania i zagrożenia.
    W sąsiadującej z naszą, podkarpackiej gminie, radni, którym bankrutujące państwo zrzuciło na głowę problem malutkiej szkoły (54 uczniów, ale działająca od kilku pokoleń), postanowili ja zlikwidować, uczniów posłać do sąsiedniej gminy, a w budynku urządzić prywatne przedszkole.
    Oburzeni mieszkańcy zawiązali stowarzyszenie, przejęli szkołę i teraz ją prowadzą sami. A FreeLab – w zamian za żywność i opał dla naszej siedziby – będzie tam prowadził dodatkowe zajęcia artystyczne i hackersko-techniczne.
    Jak w soczewce widać tu proces trybalizacji, ale też tworzenie się warstwy międzyplemiennej. Utrzymywana przez miejscową populację szkoła nie zamyka się. Jeśli nasza współpraca się sprawdzi, będziemy mogli spełniać rolę ‚listonosza’ pomiędzy społecznościami-plemionami i w ten sposób działać na rzecz tworzenia wspólnych, metaspołecznościowych wartości. Kiedyś, być może, ustabilizuje się w ten sposób oddolnie utworzony model szkolnictwa.
    A państwo? Przekaz wychowawczy państwa to przemoc,presja na wszystkich szczeblach, prymat instytucji nad człowiekiem – łagodzony nieco korupcją, agresja słowna i fizyczna, wreszcie klientyzm i uprzedmiotowienie „obywatela”. W dodatku to wszystko realizowane niekompetentnie i nieskutecznie. Ktoś jeszcze ma ochotę przyjąć ten etos za swój?

  2. W poprzednim tekście powinno być „opresja na wszystkich szczeblach”.

  3. Jesteśmy zgodni co do diagnozy. Ciekaw jestem jakie mamy pomysły na rozwiązania. Paradoksalnie: w skali lokalnej możliwości indywidualnych rodziców i nauczycieli są ograniczone, ze względu na strukturę urzędników edukacyjnych.

    Niestety samorządy odkryły, że edukacja nie jest przewagą konkurencyjną. Bardziej opłacają się inwestycje o krótszym czasie zwrotu. Osobny problem to fakt, że świetne szkoły w małej gminie przynoszą zwrot przede wszystkim pobliskiemu miastu, dokąd uciekną absolwenci.

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. „Osobny problem to fakt, że świetne szkoły w małej gminie przynoszą zwrot przede wszystkim pobliskiemu miastu, dokąd uciekną absolwenci.”
    Z punktu widzenia urzędnika – tak. Ale z punktu widzenia społeczności, zwrot przypadnie ich rodzinom, a poprzez nie – tejże społeczności.
    Dlatego właśnie radni likwidują szkoły, a stowarzyszenia mieszkańców je utrzymują. I to dobrze.

  6. „Ciekaw jestem jakie mamy pomysły na rozwiązania. ”
    My jak zwykle – na własną, skromną skalę – pomagamy szerzyć oświatę tam, gdzie rodzice i nauczyciele przebiją się i zaczną działać. I krok za krokiem poszerzać ‚meta-trybalne’ środowisko.
    A na większą skalę? Np. taki koncept: http://cholernylewak.pl

  7. @ Petros

    Opisany wyżej scenariusz zdobycia władzy nie mówi nic o docelowej polityce edukacyjnej.

    „A państwo? Przekaz wychowawczy państwa to przemoc,presja na wszystkich szczeblach, prymat instytucji nad człowiekiem ? łagodzony nieco korupcją, agresja słowna i fizyczna, wreszcie klientyzm i uprzedmiotowienie ?obywatela?. W dodatku to wszystko realizowane niekompetentnie i nieskutecznie. Ktoś jeszcze ma ochotę przyjąć ten etos za swój?”

    Zależy jakiego państwa, zależy gdzie i zależy kiedy. Przy wszystkich zaletach Freelabu, nie widzę szansy wdrożenia jego rozwiązań w większych grupach ludzi.

    „Dlatego właśnie radni likwidują szkoły, a stowarzyszenia mieszkańców je utrzymują. I to dobrze.”

    Niekoniecznie, powody masz podane we wpisie. Skutki segregacji szkolnej i słabości państwa znajdziesz w tezach protestów w Chile i w filmie „Waiting for a Superman”.

  8. Powolny rozkład…nie tylko systemu szkolnego ale i pomysłu na państwo narodowe, szczególnie w Polsce.

    „Dzięki” Hitlerowi a potem Stalinowi Polska na wiele lat stała się homogeniczna. Homogeniczna religijnie, narodowościowo, językowo, kulturowo, „wykształceniowo”, „zamożnościowo” a raczej „biednościowo”. Nawet spójna geograficznie, w każdym razie „spójniejsza” niz kiedykolwiek przedtem. Ja wiem, że siekam i kroję mieszając pojęcia ale chyba wiadomo o co mi chodzi.

    Dzisiaj Europa się jednoczy. Kocepcja równej drogi dotarła albo dociera do Polski. Samoloty startują i lądują w wielu miastach. Paszporty każdy ma, niektórzy po trzy. Internet, itd. Odległości w Europie są małe. Ludzie nauczyli się języków i co dużo ważniejsze, przestali uważać gadanie w obcym języku za pasowanie na rycerza, awans do szlachty czy coś podobnego. Większość duka ale ma to gdzieś. Liczy się utylitarność. I całe szczęście. Znikły wizy, każdy ma prawo do pracy w Europie a nie w małym jej kawałku.

    Całkiem praktycznie i bez żadnych podtekstów pojawia się pytanie: Po co komu Polska? W sensie, co ja mam z tego, że mieszkam tu a nie gdzie indziej, że gadam w tym a nie w innym języku, że szukam pracy tu a nie ….Oczywiście dla jednych odpowiedzia jest lenistwo i nic nie robienie ale dla innych wyjazd z tego kawałka Europy jest całkiem realny. W poszykiwaniu pracy, wygodniejszego życia. Komu innemu będzie odpowiadała praca jako nauczyciele polskiego czy polskiej historii. Takie hobby.

    Ja wolę wierzyć, że czasy Kulturkampf czy Apuchtina minęły. Że już nikt na Sybir czy do Auschwitz nie będzie Polaków wysyłał. Zresztą chyba reszta Polaków, nawet tych mieszkających w Polsce też jest o tym przekonana, gdyż jak inaczej rozumieć takie całkowite lekceważenie obronności Kraju? Polska, która poniosła tak ogromne straty ludnościowe i materialne nawet nie myśli o realnej obronie opartej na realnym odstraszaniu. Nuklearnym i autonomicznym – oczywiście. Za mało trupów było? Polacy czekają na jeszcze większą katastrofę aby do durnych łbów wreszcie weszła izraelska lekcja?

    Skoro dalej fizyczne bezpieczeństwo oddaliśmy w obce ręce, a więc nic się nie zmieniło, żadnej nauki nie wyciągneliśmy z tragicznej przeszłości, to co się dziwić, że rola edukacji jako narodowego, kulturowego kleju jest zapominana?

    Fakty dowodzą, że większość Polaków jest, jak to pisałem, albo „zrezygnowanie optymistyczna” co do braków zagrożeń swojej fizycznej i kulturowej egzystencji albo ma tę kulturową wartość polegającą na byciu Polakiem głęboko gdzieś.

    Wracam do postawowego pytania: Po co komu Polska?

    Jesteś czytelniku głęboko i szczerze przekonany, iż to właśnie ze swoim sąsiadem, z dziennikarzem w telewizorze, z taksówkarzem, z kolegą w pracy, itd., TU I TERAZ, uda ci się NAJLEPIEJ NA ŚWIECIE, a przynajmniej NAJLEPIEJ W EUROPIE wykorzystać swoje talenty, swoje wykształcenie, spełnić się. Według mnie tylko wtedy gdy jesteśmy o tym przekonani będziemy mieli argumenty za naprawianiem czy utrwalaniem albo podtrzymywaniem samego istnienia Polski.

    Jeżeli odpowiedź na powyższe pytanie jest negatywna, to po co się męczyć? W samej Europie jest tyle innych fajnych i dobrze zorganizowanych miejsc a przecież na Europie świat się nie kończy.
    Po co sobie tam, czyli w Polsce do gardeł skakać? Zmuszać kogoś do nauki religii w szkole używając do tego takich samych oszustw jak wieszając krzyż w Sejmie. Zmuszać ludzi do życia w społeczeństwie zorganizowanym przez „elyty”, które same pakują się jak sardynki do jednego samolotu a potem podejmują i wpływają na decyzje jakby miały na ogonie stado messerschmittów, pożar na pokładzie albo prezydenta dostającego ataku serca.
    A w pięć minut po katastrofie od żałoby przechodzą do rzucania się sobie nawzajem do gardeł.

    Koszta emigracji maleją. Po co komu mieszkać w Polsce? Geograficznie i mentalnie. Skąd wiadomo, że Polacy organizaujący życie Polakom nie wyrządaja im krzywdy? Może inni ludzie, inne „narody”, inni fachowcy zrobią to lepiej? Może należy sprowadzić, zaimportować, jak w dawnych czasach, nie tylko rozwiązania prawne, nie tylko kapitał, ale także ludzi? Niemców, Holendrów, Duńczyków, Szwedów, Czechów, Żydów, itd.

    Edukacj ato tylko mały wycinek pytania o sens odrębego istnienia Polski.

  9. obawiam się, że jest to proces postępujący . Nic nie jest w stanie go już zatrzymać . Szkoła za jakis czas, całkiem nieodległy będzie inaczej wygladać . Jak ? ? Może wcale jej już nie bedziemy potrzebować 🙂 pozdrawiam 🙂

  10. @ zza kałuży
    3 października o godz. 16:42

    Zgadzam sie, ze postepuje rozklad panstw narodowych i – szczerze mowiac – bardzo mnie to cieszy.

    @ Petros At FreeLab
    3 października o godz. 8:47

    Piszesz (uzywam tego „Ty”, bo znudzilo mi sie pisac „Pan lub Pani”) o trybalizacji spoleczenstwa. Dla mnie to trend dobry z wielu powodow. Przede wszystkim – jesli UE ma pozostac Unia – to okres nacjonalistycznych panstw sie zakonczyl (tego jeszcze nie wiadomo), ale wyglada na to, ze beda musialy oddac sprawy finansowe, obronnosci i polityki zagranicznej w rece wladz unijnych. Za tym postapia konieczne zmiany prawy, tak ze rola panstwa zostanie calkowicie zmarginalizowana. Dla prawicowcow i hurrapatriotow to cios nie do zniesienia. Dla malych i duzych spolecznosci to ogromne wyzwanie, ale tez ogromne mozliwosci. Przede wszystkim o samostanowieniu, bez udzialu decydentow narzuconych z gory, lub przez uklad. I bez partii politycznych, ktorych i tak w Polsce juz nie ma. PO to system zarzadzania panstwem, ktory dziala dosc sprawnie, ale programu jako takiego nie ma. PiS to stowarzyszenie niezadowolonych, ktorzy codziennie chca odprawiac jakas rocznice kleski, poplakac za poleglych oraz pochodzic sobie z krzyzami. PSL to partia reprezentujaca rolnikow, ktorych w Polsce juz nie ma. SLD tez nie ma programu, ktory moglby zachecic (co ja mowie – nawet zainteresowac) wyborcow. A o reszcie nie warto pisac. W tej sytuacji kazda partia zachowuje status quo, ale nie moze sie z niczym wychylic. Wiec taka „Europa regionow” bylaby dla Polski wspanialym rozwiazaniem. Tak, jako kraj stracilibysmy niepodleglosc, ale – jako obywatele – zyskalibysmy duzo wieksza wolnosc. Poza tym – jak wyjezdzalem w latach osiemdziesiatych, to obliczano, ze na swiecie mieszka poza Polska ok. 10 milionow Polakow, ktorzy tez mieli w miedzyczasie dzieci. Ostatnio czytalem, ze wyjechalo 2 miliony mlodych ludzi. To moze juz, a moze juz niedlugo bedzie wiecej Polakow poza Polska, niz w Polsce. W tym kontekscie jaki ma sens utrzymywac te rzekoma „niepodleglosc”. Populacja sie kurczy poprzez emigracje i niska rozrodczosc. To po co utrzymywac tak wielki aparat administracyjny, a nie przekazac tej wladzy wlasnie regionom, miastom, powiatom, gminom? Wszystkie te osrodki i tak bylyby zwiazane przepisami unijnymi, wiec o samowoli raczej nie moznaby bylo mowic.

    No, taki niepatriotyczny tekst mi sie napisal.

    Pozdrawiam.

  11. Nieco lepiej znam system szkolny w USA, a ściślej w Kalfornii. Ingerencji państwa (rządu federalnego), brak. Odpowiedzialność za szkolnictwo zasadnicze, ponosi samorząd. Nie wydaje mi się, by uczniowie na tym tracili.
    Włączanie się rodziców w procesy nauczania są czymś normalnym. Także apele nauczycieli o pomoc finansową rodziców dla szkoły lokalnej stały się prawie rutyną.
    Nie zwalajmy wszystkiego na państwo.
    Nieco na marginesie: podoba mi się system korzystania z podręczników, których właścicielem jest szkoła. Uczeń z nich korzysta tak w domu jak i w szkole. Ponosi odpowiedzialność za ich utrzymanie w dobrym stanie. Za zniszczenie – płaci. Nie musi na swoich plecach dźwigać wielu kilogranów.
    Jest to, jak sądzę, bardzo istotny moment wychowawczy.

  12. gsj 4 października o godz. 18:08
    „Nieco lepiej znam system szkolny w USA, a ściślej w Kalfornii. Ingerencji państwa (rządu federalnego), brak.”
    Takie kwiatki mogą nieźle rozbawić. Szczególnie jak „braki” powodują sami Kalifornijczycy w oczywisty sposób gardzący setkami federalnych milionów z programów takich jak np. „Race to the Top”.

    „Odpowiedzialność za szkolnictwo zasadnicze, ponosi samorząd. Nie wydaje mi się, by uczniowie na tym tracili.”
    Grunt to polegać na wydawaniumisię. Wydawaniemisię zamiast wiedzy jeszcze nikomu nie zaszkodziło. A takie drobnostki jak 42 miejsce Kaliforni w czytaniu 4-klasistów, 49 w czytaniu 8-klasistów, 46 w matematyce 4 klasy i 47 w matmie 8 klasy – na 50 stanów – to jest oczywisty pryszcz. Dane za The Nation?s Report Card za 2011 rok.

  13. Werbalista 4 października o godz. 0:24
    „Zgadzam sie, ze postepuje rozklad panstw narodowych i ? szczerze mowiac ? bardzo mnie to cieszy.”
    Gdyby wszystkie te procesy miały gwarancję jakiegoś Boga (nazwa obojetna, chodzi mi o Wszechmogącego Policjanta) że będą odbywały się pokojowo to oczywiście pełna zgoda. Niestety jak widać na obrazku, niektóre państwa, np. takie jak USA wchodzą w rolę owego WP i powoduja nieprzeliczone cierpienia milionów ludzi. Oczywistym dla mnie jest, że prawie zawsze terenem interwencji USA są obszary i społeczeństwa, które dużo wcześniej „potrafiły samodzielnie dorobić się” niezłych bandziorów-lokalnych dyktatorów i które cierpią niewąsko z ich powodu. USA wchodzą „jak w masło” w takie rejony i żelazną ręką wproawdzają swój dyktat mało zwracając uwage na koszty ludzkie. No i oczywiście także nigdy nie przedstawiają tabelki porównującej cierpienia zadane przez ich poprzednika, czyli lokalnego dyktatora z tymi, jakie same spowodowały. Hussain/Hitler ile zamordował? Bushe i Obama ile? W kolumnach, po prawej i po lewej. Trupy, ranni, skażeni, psychicznie zniszczeni, wypędzeni z domów, torturowani, ograbieni. Nie tylko przez USA per se, ale także przez doskonałe warunki stworzone przez wojny USA innym bandytom czy terrorystom na danym terenie.
    Nie trzeba mi też tłumaczyć, że i tak i tak, przy całym moim krytycyźmie wobec USA mogą one i tak i tak być dużo lepszym wyjściem od dominacji innych potęg, jak Japonia, Niemcy, Rosja czy Chiny. Niby teraz – za wyjątkiem Rosji – reszta wydaje się być ucywilizowana, ale kto da nam gwarancję, że nic się nie zmieni?

    I dlatego, chociaż w pierwszym odruchu chciałem napisać o wymarzonym przez mnie rozpadzie wielkich państw na mniejsze – tak w wypadku Rosji, Chin jak i USA czy w dłuższej perspektywie Indii – tak nie jestem pewien, czy wyszło by to ludzkości na zdrowie.

    No i nie jestem przekonany, że USA tak znowu szczerze kibicują jednoczeniu się Europy. Myślę, że jest w ich polityce bardzo dużo podejrzanych tonów i posunięć.

  14. Do tych mądrych wywodów dodam tylko, że to społeczeństwo jeszcze wybiera wójtów/ burmistrzów/prezydentów, a nie odwrotnie.

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.

*

 
css.php