Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2

11.11.2012
niedziela

Kongres Obywatelski, precz z futurofobią! Niech żyje futurofilia!

11 listopada 2012, niedziela,

Futurofilia i futurofobia to pojęcia, jakich użyłem w dyskusji o głównych wzywaniach rozwojowych dla Polski i kompetencjach/postawach potrzebnych, by tym wyzwaniom podołać. Jeśli chodzi o wyzwania, to odwołałem się do wspomnionego we wcześniejszym wpisie raportu OECD. Widać zeń jasno, że wypłacamy ostatnie bonusy z dywidendy demograficznej i zaczyna się ostra jazda rollercoasterem w dół. Po kilkunastu latach życia z endemicznym wysokim bezrobociem wizja Polski z brakującymi rękami do pracy wydaje się absurdalna. Ale próbkę już mieliśmy po 2004 r., kiedy emigracja spowodowała gwałtowny odpływ pracy i radykalny wzrost jej kosztów w Polsce.

Teraz jednak zmiana demograficzna będzie miała charakter strukturalny i raczej trudny do zmienienia. Polityka pronatalna nic nie zmieni, póki elity polityczne nie zrozumieją, na czym polega sukces takiej polityki w Szwecji czy Francji. O dziecku decyduje kobieta, nie wystarczy żeby miała tylko zapewnioną do tego odpowiednią infrastrukturę socjalną. Kobiety to nie inkubatory, tylko osoby – potrzebny jest więc jeszcze drugi czynnik – wolność i autonomia. W Polsce pod tym względem status prawny kobiety niewiele różni się (choć z zupełnie odmiennego powodu) od statusu kobiet w Chinach. Ich ciała są własnością państwa. A niewolnicy, jak uczy historia, to mało produktywny zasób.

Skoro więc demografia jest raczej zdeterminowana, to pozostaje do uruchomienia kapitał ludzki i innowacyjność. O tym niby wszyscy wiemy, tylko że nie potrafimy z tym nic zrobić. Moim zdaniem potrzebna jest pewna szczególna kompetencja, jaką dysponują np. Finowie lub Koreańczycy, społeczeństwa peryferyjne które złamały swoją peryferyjność. To futurofilia, czyli traktowanie przyszłości nie w kategoriach metafizycznych, jako czegoś danego od Boga, z czym trzeba się zgodzić. Przyszłość to wirtualny zasób, nie istnieje dziś jednak jest (a dokładnie uwspólniona wizja przyszłości) warunkiem działania zbiorowego w długoookresowej perspektywie. Bez wizji przyszłości działanie na zasadzie tu i teraz prowadzi do paradoksu więźnia i gry na zasadzie, kto pierwszy, a w efekcie do tzw. tragedii wspólnego pastwiska. Gdy jednak mamy wspólne przekonanie, że przyszłość może być inna i razem możemy mieć na to wpływ, gotowi jesteśmy odroczyć chwilową nagrodę w imię większej wypłaty w przyszłości.

Pierwszym krokiem do futurofilii jest walka z futurofobią, ktora w Polsce ma wiele przejawów, jak fałszywy realizm (cecha obecnego rządu), która mówi że najważniejsza jest realizacja aktualnych aspiracji. Chcą ludzie stadionów, budujemy, choć?y wszystkie analizy mówiły, że będą bankrutami. Niestety, okazuje się, że bieżące aspiracje najczęściej w kraju peryferyjnym są kopią nieaktualnych już projektów z importu i skazują na wsteczność. A także na wspomniany wyżej paradoks więźnia i rozgrabianie zasobów.

Inny wymiar futurofobii, to psychologia zaprzeczenia – odrzucanie wszystkich niewygodnych danych w przekonaniu, że nas to nie dotyczy, żadne prognozy dokładnie się nie spełniły, etc.

W końcu forma patologiczna futurofobii, polityczna i kulturowa nekrofilia.

Jeśli nie potraktujemy przyszłości jednocześnie jako wzywania (czyli poważna dyskusja wniosków z raportów takich jak z raportu OECD i nie tylko) i jako zasobu, dobrze nie będzie. Paradoksalnie może się okazać, że największym problemem będą unijne pieniądze, o które teraz walczymy w ramach nowego budżetu. Owszem, zbudujemy za nie fajną infrastrukturę, tylko przy malejącym tempie wzrostu koszty jej utrzymania pogrążą nas w odmętach. Stadiony to dobra ilustracja (choć miasta wybudowały je z kredytów, nie za unikasę – wyraz jeszcze większego stopnia psychologii zaprzeczenia).

Generalnie jednak, jak się nie odwrócić, jedynym długoterminową opłacalną zawsze inwestycją jest inwestycja w kapitał ludzki, czyli w to co mają obywatele w głowach. Mówili o ty wszyscy i wszyscy, z wyjątkiem przedstawiciele MEN byli z sytuacji niezadowoleni. MEN przekonuje, że jesteśmy krajem sukcesu edukacyjnego i wszyscy w OECD to mówią, chwaląc to, na co narzekamy, w tym na egzaminy zewnętrzne i testy. Problem w tym, że nasz sukces mierzony testami chwalą ci, którzy testy i ten sposób egzaminowania zalecają. Tak jak MFW chwalił Egipt i Tunezję za pilne wdrażanie pakietów reform w modelu neoliberalnym. Jak wskazywali krytycy, trudno wskazać dobre badania naukowe pokazujące rzeczywisty walor preferowanego w OECD modelu standaryzacji oceny pracy uczniów i szkół. Nietrudno wskazać publikacje krytykują ten model.

O tym dyskutowaliśmy w bardzo ciekawej i dynamicznej rozmowie w kilkaset osób zgromadzonych w Małej Auli Politechniki Warszawskiej (Panel „Przyszłość polskiej szkoły”). Nagranie tej dyskusji poniżej, w dwóch częściach. Pierwsza, to wprowadzenie przez Roberta Firmhofera, Zbigniewa Marciniaka, Tomasza Szkudlarka, Jacka Strzemiecznego (link do jego prezentacji) oraz autora tego bogu – miałem przyjemność prowadzić tę debatę. Zachęcam również do lektury obszernych relacji, jakie już są dostępne w blogu „Oś świata”, autorstwa Pawła Kasprzaka „Z Kongresu Obywatelskiego nieobiektywna relacja z tezą. W którym miejscu rozerwać fatalny krąg?„, Wiesława Mariańskiego „Refleksje po VII Kongresie Obywatelskim„.

i Marcina Polaka „Jaka przyszłość polskiej edukacji?” w Edunews.pl.

Kongres Obywatelski Edukacja I Panel from Edwin Bendyk on Vimeo.

Kongres Obywatelski Edukacja II Dyskusja from Edwin Bendyk on Vimeo.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 62

Dodaj komentarz »
  1. Czy stwierdzenie, że nie jest możliwy nieograniczony rozwój na ograniczonej planecie, to też futurofobia? Przyznaję się, że taki jest mój pogląd. Skądinąd banalny.

    Tester

  2. @Tester: To absolutnie futurofilia. Zupełnie inne przy tym pytanie, czy mówimy o rozwoju czy wzroście? Futurofobia nie narzuca konieczności myślenia w kategoriach postępu, tylko zakłada, że przyszłości jest ważną kategorią, jaką należy brać pod uwagę analizując dzisiejsze działania.

  3. Dwa pytania niedouczonego.

    Pierwsze dotyczy wzrostu i komentarza Testera – czegoś komletnie nie kumam. Kiedy gospodarka zwalnia, wcale jednak nie wpadając w recesję, zaczyna być źle, rośnie bezrobocie itd. Ja się do tego stopnia nie znam, że nie mogę pojąć, dlaczego. Skoro dochód nie spada, a tylko przestaje rosnąć, czy nawet zaledwie rośnie wolniej – powinno co najmniej być tak samo… Czego nie rozumiem? Przepraszam, że pytam głupio, ale pytam mimo to poważnie.

    Pytanie drugie – inwestycie w KL vs. inwestycje w beton. Jakiś rodzaj kontynuacji usłyszeliśmy w II expose premiera. Logikę inwestowania w infrastrukturę jakoś pojmuję. Niezupełnie co prawda potrafię kupić argumentację, że zagraniczny inwestor ucieknie, kiedy będziemy mieli dziurawe drogi. Po pierwsze nie bardzo w to wierzę, po drugie moglibyśmy inwestować sami – choćby częścią kasy na te drogi, no i nie wiem, jak się mają wydatki na drogi w porównaniu z inwestycjami z zagranicy, które przy ich pomocy przyciągamy. Rozumiem rachunek ciągniony i fakt, że te inwestycje dały nam sporą część ostatniego wzrostu. Ale dałyby również wtedy, gdybyśmy je inwestowali w cokolwiek innego. Albo rozdali tę kasę emerytom, którzy by ją zanieśli do sklepów, powodując w nich wzrost obrotów. Rachunek ciągniony zresztą własnie mocno się chwieje, skoro firmy plajtują, co nawet dla mnie nie było trudne do przewidzenia. Część inwestycji wymagała długów, bo nie za wszystko UE zapłaciła w całości. OK – ja przede wszystkim sobie nie przypominam żadnej debaty, w której ktokolwiek spytałby mnie, co sądzę o wlewaniu tej fury kasy w beton. Czuję się więc cokolwiek zrobiony w bambuko. Powinienem? Pytam, bo przed nami kolejny inwestycyjny projekt.

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. Czy ktokolwiek z doradców premiera czyta ten blog? Już mam dość. Jeśli się Donald nie ruszy to nie pójdę do wyb orów i wygra PIS.

  6. Ciekaw jestem, czy są dostępne dane dotyczące stadionów/hal w USA – wydaje mi się (to tylko niczym niepoparta intuicja), że większość obiektów (np. Staples Center w LA czy Madison Square Garden w NY, ale też inne w stolicach i dużych miastach poszczególnych stanów) zarabia na siebie ze sporym zapasem. Występuje w nich kilka miejscowych drużyn (koszykarskich, hokejowych) w sezonie zasadniczym, poza tym odbywają się w nich koncerty, kongresy i inne eventy.

    Wobec powyższego – rozumiem, że polskie władze, budując stadiony na Euro i projektując ich plan biznesowy, nie wzorowały się na modelu amerykańskim. Na jakim zatem? Pytam jako laik, ale rzecz jest naprawdę ciekawa.

    Pozdrawiam

  7. Może nowopowołany dyrektor ORE popchnie myślenie o edukacji na nowe tory. Z życiorysu wygląda że facet w świecie bywały i o szerokich geograficznie i merytorycznie horyzontach.

  8. @Marek: Ekonomika sportu świetnie się w USA rozwija i niestety, efekty są podobne jak w Europie. To znaczy większość ekspertów od rozwoju miejskiego, jak choćby Richard Florida odradzają inwestycje publiczne w stadiony i hale. Nie opłaca się. Jeśli chce kasę wydać pryatny inwestor, co innego. Tyle tylko, że prywatni inwestorzy wiedzą, że się zazwyczaj nie opłaca i wykorzystują presję polityczną, by na stadion ich prywatnego klubu poszła kasa publiczna.

  9. Czasami ręce mi opadają, gdy słucham (czytam) jakichkolwiek wywodów na jakikolwiek temat. Język, który przecież powstał w celu umożliwienia porozumiewania się, staje się nagle „sztuką dla sztuki”. Mogę nie być akademikiem, mogę nie mieć iluś tam literek przed nazwiskiem ale przecież sprawy dotyczą mnie tak samo, jak profesora czy doktoranta. No nic. Coraz więcej dyskusji, coraz więcej diagnoz,coraz więcej recept, z których nic nie wynika. Może problemem jest właśnie sposób komunikacji? To, że „W przedwczorajszych szkołach wczorajsi nauczyciele uczą dzisiejszych uczniów rozwiązywania problemów jutra.” jest oczywiste. Fakt, że powinniśmy postawić na kreatywność i społeczeństwo obywatelskie -truizm. Ja się tylko pytam, w jaki sposób mówi się o tym, informuje tych, którzy są najbardziej zainteresowani? Gdzie kampanie społeczne, gdzie dialog, gdzie kształtowanie potrzeby zmiany paradygmatu? Siedzą mędrcy i dyskutują. Jeden filmik z youtube, z wystąpieniem Kena Robinsona powiedział mi (i milionom) więcej, niż takie panelowe, bezproduktywne dywagacje. Nie znaczy to, że ma ich nie być, ale, że mają się przekładać na działanie. I nie zaczynać od MEN ale od przeciętnego Kowalskiego.
    Pozdrawiam:)

  10. @ Natalia
    Ken Robinson vs. niezrozumiałe debatu o truizmach. Film z wykładem Robinsona też mi się podoba. Pytanie, ilu takich debat sir Robisnon wysłuchał zanim ten swój wykład sklecił z wiedzy i poglądów, które sobie w ich trakcie wyrobił. Ile przeczytał itd. Zresztą niestety i z Robinsonem jest podobny problem. Obejrzawszy i wysłuchawszy, ma się prawo zadać pytanie: dobrze, i co dalej? Jeśli przeszuka Pani sieć w poszukiwaniu innych materiałów Robinsona i – daj Boże – jakichś jego wskazówek co do możliwej zmiany, znajdzie Pani w gruncie rzeczy te same tezy skompilowane w postać bardzo wielu innych zgrabnych wystąpień. Na ogół zreszto nieco mniej zgrabnych od tego, co Pani widziała (na TED’s Talks, prawda?), bo ten jeden wykład rzeczywiście wyszedł mu rewelacyjnie. Jest o czym gadać, wydaje mi się.

  11. @Edwin Bendyk:

    Panie Redaktorze, nie wiem jak to jest z tymi halami sportowymi. Natomiast błagam, niech Pan nie przywołuje intelektualnego celebryty Richarda Floridy i nie-ekonomisty jako autorytetu ekonomicznego. Jego „od czapy” „indeksy gejowskie itp. już jakiś czas temu przez wielu ekonomistów z czołowych Uniwersytetów (Nichols, Glaeser) zostały rozszarpane na strzępy jako elitarystyczne teorie oparte na błędnej metodyce badań statystycznych i produkujące fałszywe korelacje. Warto dodać, że Florida nie jest ekonomistą. Doktorat otrzymał z „Urban Planning”.

    W Polsce gość ciągle funkcjonuje jako autorytet dzięki dwójce: polonista Boni i „absolwent dziennikarstwa” Żakowski.

  12. @Andrew: Nie widzę powodu, dlaczego miałbym odrzucać Floridę w całości. Nie znam opracowania, które by pokazywało, że cały jego dorobek jest do niczego. Sam krytycznie podchodzę do jego koncepcji klasy kreatywnej. Skoro go Pan jednak nie lubi, polecam Andrew Zimbalist. Ekonomista, specjalizuje się w ekonomice sportu, głównie amerykańskiej.

    @Natalia: warunkiem działania zbiorowego jest społeczna samowiedza. Ta tworzy się tylko podczas wymiany poglądów i takich dyskusji, jak podczas Kongresu. A i tak nigdy nie ma gwarancji, że do działania dojdzie – partykularne interesy mogą być silniejsze od interesu ogólnego, niezależnie od tego jak głośno mówimy, że nam źle.

  13. @Paweł Kasprzak,filmik KR był tylko wstępem.Obejrzałam wszystkie (?) jego wystąpienia dostępne na YT, przeczytałam „Oblicza umysłu” i śmiem twierdzić, że jasno mówi on „co dalej”. Zresztą znamy się pośrednio (mż,projekt edukacja) więc może wiesz, że wiem „co dalej”;) Piszesz „zgrabne wystąpienia”- to ja oczekuję takich „zgrabnych wystąpień” powszechnie dostępnych: w mediach, na spotkaniach bezpośrednich w terenie i w kampaniach społecznych. Nie sztuka dla akademika „recytować ” słownik wyrazów obcych i zwrotów obcojęzycznych, tudzież inne – sztuką jest mówić tak, by inni chcieli tego słuchać i by ich głoszone idee ich porywały.

    @Edwin Bendyk „społeczna samowiedza”- sądzi Pan, że ta z paneli dyskusyjnych dociera do przeciętnego Polaka? Ja sądzę, że targetem są tu głównie osoby poruszające się w obrębie szeroko rozumianej edukacji. Jeśli chce się „sprzedać produkt” trzeba najpierw stworzyć jego potrzebę. Beneficjentami nowego widzenia edukacji będą obywatele, wszyscy(!) niemal, więc o nich zadbajmy. Kiedy społeczeństwo odczuje (zrozumie) potrzebę decydenci będą zmuszeni ją zaspokoić, a tu już produkt będzie gotowy.
    „A i tak nigdy nie ma gwarancji, że do działania dojdzie ? partykularne interesy mogą być silniejsze od interesu ogólnego, niezależnie od tego jak głośno mówimy, że nam źle.” – Po milion kroć powtarzam uwielbiany przeze mnie cytat Einsteina: „wszyscy mówią, że coś jest niemożliwe, aż przychodzi jeden,który o tym nie wie i właśnie on to robi”. Po co zakładać z góry, że może się nie udać?!

  14. @Paweł Kasprzak
    Jeśli to poważne, to jest to chyba najrozsądniejszy komentarz w tym roku w Polityce. Genialny, bo w swej prostocie i braku kompleksów pokazuje, że intelektualne wygibasy medialne nie mają nic wspólnego z życiem społeczeństwa. Może jest to powód sukcesu Kaczyńskiego, który mówi prostym i zrozumiałym językiem a dla falangi przeciwników najważniejsze jest, żeby powiedzieć to samo, ale inaczej. Kiedy w telewizji słyszymy o miazmatach, empatii czy paradygmatach, mam zwyczaj pytać otoczenia, czy zrozumiało. Odpowiedzi pozytywnej jeszcze nie było. Pan Bendyk powinien zacząć od Wittgensteina.

    Pana problem z gospodarką: Średnia rentowność zakładów produkcyjnych to jakieś 5%. Czyli za 100 zł produkuje się towar za 105 zł. Te 100 zł wraca do społeczeństwa, ale skąd wziąć 5 zł? Z zapasów lub ze wzrostu finansowanego kredytem. Gdy wzrostu brak, firmy plajtują. I tu jest cały problem gospodarki opartej na wzroście i kredytach. Jak Pan widzi, w takiej konstrukcji wcześniej czy później coś musi się zawalić bo dokładny rachunek nigdy się nie zgodzi. Kryzysy to część kapitalizmu. I stąd też problemy z przejściem na inny typ gospodarowania.
    O dotacjach mam na dłuższą metę złe zdanie.

    @Natalia
    To byłby równie piękny wpis gdyby nie te paradygmaty. Co to takiego?

  15. @Edwin Bendyk,

    Florida to moim zdaniem postmodernistyczny szarlatan. Ktoś kto tworzy teorie o związkach sposobu zaspokajania popędu płciowego z rozwojem miast nie zasługuje na poważne traktowanie. Ale to moje zdanie, a Pana zdanie szanuję jak wszystko co Pan pisze, bo jest Pan jednym z niewielu poważnych rodzynków na bezrybiu polskiego dziennikarstwa, miotającego się pomiędzy smoleńskim pajacowaniem Gmyza a antysmoleńskim pajacowaniem Lisa.

    Jak napisałem, na ekonomice sportu się nie znam. Poza ogólnym rozeznaniem, że zawodowy sport w USA to po części składnik „entertainment business”, po części wehikuł marketingowy dla różnych produktów, głównie (choć nie wyłącznie) samochodów, butów, komputerów z pochodnymi i kosmetyków.

    Spróbuję zajrzeć do sugerowanego przez Pana autora.

    Pozdrawiam serdecznie.

  16. @ZWO: mam prośbę o koncentrację na komentowaniu, a nie pouczaniu.

  17. @ZWO „zerżnęłam” z KR:D W skrócie idzie o przemeblowanie widzenia problemu;)

  18. @Andrew: dziękuję za miłe słowa, Floridę jednak tu akurat będę bronił, bo pada ofiarą wielkiej nieporozumienia. Owe praktyki seksualne, a dokładnie poziom społecznej akceptacji dla różnorodnych praktyk traktuje on jako wskaźnik dla poziomu tolerancji. Tylko tyle, nigdzie nie pisze, że sposobem na zwiększenie innowacyjności jest zwiększenie odsetka homoseksualistów – ten wcale się tak bardzo między społecznościami nie różni, różni się gotowość do przyznawania do orientacji. Pytanie więc, jakie powinno zadać się Floridzie to, czy tolerancja rzeczywiście sprzyja innowacyjności jako bazie dla rozwoju? I czy wybrany przez niego wskaźnik dobrze spełnia funkcję, a jeśli nie, to czy są lepsze.
    Pozdrawiam

  19. @Bendyk
    Rzeczywiście słowo „powinien” wymknęło mi się niechcący i bez zamiaru, za co przepraszam.
    Ale to jednak nie powód żeby się odszczekiwać zamiast dyskutować. Tego mógłby się Pan kiedyś nauczyć. Do komentarzy można się także odnosić rzeczowo a nie prowokować awantury.

  20. @Natalia: Ach, tak, wiem – projekt zmian, rzeczywiście. Sam jestem wielkim fanem Kena Robinsona (on ich ma wielu i na to zasłużył), choć „Oblicza umysłu” moim zdaniem nie rysują wielu perspektyw w sensie projektu, o którym mowa. Mnie się zresztą wydaje, że zmiana w edukacji – realna, a nie mierzona np. wskaźnikami OECD, więc zmiana, z przeproszeniem, paradygmatyczna – jest bardziej zadaniem dla ruchu społecznego niż dla legislatorów i dlatego Robinsona lubię. Dyskusja na Kongresie w sporej mierze to samo pokazywała. Mnie drażni fakt, że te dyskusje już od lat prowadzą co najmniej do bardzo spójnej i bardzo ostrej diagnozy, która przy tym wyraźnie koresponduje np. z tezami KR. Kongres jednak uznaje się za zbyt szacowną instytucję otwartej debaty, by się zechciał zawęzić do konkretnych artykulacji choćby tylko diagnostycznych, albo – Boże broń – umoczyć jakimś działaniem. Ale sama treść dyskusji – wydaje mi się to bardzo wartościowe.

    Futorofilia vs. futurofobia – moim zdaniem to bardzo trafne i to wcale nie jest akademickie pitu-pitu. W edukacji chodzi o skok, którego nikt jeszcze na świecie nie dokonał – KR też o tym mówi. To jakiej futurofilii wymaga i to w głębokim sensie.

  21. 1.Jak zwykle na Kongresie na temat edukacji wypowiadało się grono „mądrych” panelistów nie mających z nią bezpośredniego kontaktu. Cytowali cudze badania i to z innych krajów bez zrozumienia kontekstu kulturowo-organizacyjnego, z którego się wzięły ich wyniki i interpretacje. Dokładnie tak jak to pisano w przedkongresowej wypowiedzi „Symboliczne dyskusje o symbolach…”.Reprezentowali, mniej lub bardziej jawnie, interesy instytucji, z których się wywodzili i do tego dobierali swoje teorie i fakty, czasem wydumane(jak teoria prof.Marciniaka,że mamy świetny system egzaminacyjny bo w Wielkiej Brytanii wyniki matury(A-levels) są we wrześniu. Są 15 dokładnie sierpnia(!), a następnego dnia maturzysta dostaje maila z uczelni czy się dostał czy nie. Na dodatek brytyjskie egzaminy odbywają się za to na tyle późno, że nie dezorganizują co roku na 3 tygodnie pracy szkoły. Że już o ilości poziomów na jakich można tę maturę zdawać oraz jakości arkuszy egzaminacyjnych nie wspomnę…;-)
    Uczestnicy z sali (w tym wielu zaangażowanych bezpośrednio w edukację!) mogą sobie coś tam powiedzieć ] i tak postęp wyegzekwowany (i chwała mu za to!) przez dr Szomburga – na poprzednich kongresach panelistom publika była potrzebna wyłącznie do „błyszczenia” przed nią – poza tym byli samowystarczalni…;-)], ale o normalnej wymianie argumentów i poglądów mowy nie ma…:-(
    2. Jakoś nikt nie wspomniał (choćby w kontekście „reformy” Boniego/Hall!) o hipotezie (rozważanej na serio przez Jacka Kuronia czy prof.Schaffa!!) 20%-80%, czyli, że rozwój technologiczny drastycznie zredukuje zapotrzebowanie na siłę roboczą do 20% populacji (tych najwyżej kwalifikowanych, których nie zastąpią komputery, i tych, których w ich bardzo ludzkim zawodzie maszyna w pełni zastąpić nie może).
    W związku z tym należy przygotowywać albo kadry o najwyższym poziomie intelektualnym (czego nasza zbiurokratyzowana, zuniformizowana,sformalizowana, scentralizowana szkoła nie robi,a nawet robić jej nie pozwalają różne pseudorównościowe zabobony), albo masażystów, kelnerów, czy fryzjerów wysokiej klasy. Reszta i tak trafi na bezrobocie, bo ją zastąpią maszyny…

  22. @Paweł Kasprzak, a jakaż to futurocośtam? To powrót do korzeni. Przecież tak naprawdę paradoksalnie idea zasadza się na tym, co już było (!) :podmiotowość ucznia, personalizacja edukacji, wskazywanie ścieżek, poszerzanie horyzontów, prawo do błędu (czyt. do wyborów własnych), umiejętność prowadzenia dialogu i rozwiązywania konfliktów, empatia, zmiana myślenia w kontekście odpowiedzialności za siebie i otaczającą rzeczywistość, odejście od konsumpcjonizmu – gdyby tak postawić na świadomość samego siebie, na sławetne „Być” nad „Mieć”?! Nie uważam tego za wydumany idealizm a za konieczność dziejową. Jedyne czego, jak sądzę ,decydentom i czynnikom brakuje, to wiara, czy raczej przekonanie, że inna droga prowadzi donikąd. Marzy mi się nauczyciel interdyscyplinarny, humanista, który będzie mentorem i porwie za sobą ucznia. Marzy mi się uczeń, który z radością będzie szedł do szkoły. Marzy mi się rzeczywistość, w której wyznacznikiem wartości człowieka będzie nie stan konta, czy ilość literek przed nazwiskiem, ale stopień samorealizacji i efekty podążania za pracą, która jest pasją.

  23. @Natalia: Też mi się marzy 🙂 Nie chcę trollować na cudzym blogu, ale:
    1. Jeśli to jest powrót do korzeni, to raczej greckich – bo być może tam i wtedy takie szkoły istniały, o ile nasz obraz antyku nie jest nadmiernie wyidealizowany.
    2. Szkoła, którą znamy to pruski wynalazek, co niekoniecznie musi się kojarzyć aż tak źle, jak prusactwo w ogóle. Kiedyś potrzebny był „standard obywatela”, który chociaż umie czytać i wie, że Ziemia nie jest płaska. Powiedzmy, że dzisiaj to mamy i nie do tego potrzebna nam powszechna oświata. Pruska szkoła ujawnia więc pruskie wady.
    3. Innej nikt nie zna. Owszem, jest np. Summerhill, ale to nie jest system.
    4. Tego futurocośtam trzeba mieć sporo (powiedziałbym: trzeba mieć jaja zwyczajnie), żeby się tym razem odważyć na coś, czego przed nami nikt nie przećwiczył. Bo jeśli poważnie wziąć to, o czym tu Edwin Bendyk pisze, to z tego dość jasno wynika, że nawet jeśli edukacyjne raporty OECD uznamy za drogowskaz (to błąd, ale niech będzie), to i tak musimy je przeskoczyć. Trzeba mieć sporo futurocośtamu, żeby powiedzieć, że również fińska szkoła jest do bani i że chodzi o coś zupełnie innego.

  24. @ZWO: chamstwa nie zamierzam tolerować, proszę w ten sposób odzywać się do swojego psa. Żegnam

  25. @Edwin Bendyk:

    Niestety to są wszystko puste słowa te konferencje. Polska edukacja leży a dlaczego leży i leżeć będzie da się opisac następująco: ŚCIĄGANIE, KULTURA ŚCIĄGANIA, PRZYZWOLENIE NA ŚCIĄGANIE.

    Wszystko. Reszta to piana do bicia.

  26. Andrew: „Florida to moim zdaniem postmodernistyczny szarlatan. Ktoś kto tworzy teorie o związkach sposobu zaspokajania popędu płciowego z rozwojem miast nie zasługuje na poważne traktowanie”

    Przepraszam ze pisze, ale nie moge sie powstrzymac gdy czytam nonsensy. Badania korelacji mozna przeprowadzac jak sie chce. Mozna probowac korelowac cokolwiek z czymkolwiek. Z korelacji wynika to co moze wynikac z korelacji: mianowicie, korelacja. Nie wynikaja zaleznosci przyczynowo skutkowe.

    To tak jak z jaskolkami ktore lataja nisko gdy ma sie na deszcz. Owszem, lataja nisko jak ma sie na descz, ale nie powoduja deszczu. Mozna za to zachowanei jaskolek uzyc jako narzedzie do prognozowania opadow. Podobnie z Florida. Nigdzie Florida nie sugeruje aby w celu rozwoju miast zintensyfikowac ilosc robiacych TO inaczej. To co pokazuje, to raczej istnienie zwiazku korelacyjnego miedzy otwartoscia spoleczenstwa a owego spoleczenstwa poziomem intelektualnym. Podaje model korelacyjny ale nigdzie nie sugeruje aby ow model uzywac jako model DECYZYJNY. Interpretowac te korelacje mozna jak sie chce.

    Jeszcze raz: modele korelacyjne nie objasniaja DLACZEGO jest korelacja. Owszem, pozwalaja spekulowac i badac zjawisko dalej; czesto wynikiem owych badan jest odkrycie „zmiennych ukrytych” wspolnych dla obu korelowanyh zjawisk, ktore to zmienne ukryte przyblizaja nas do odkrycia rzeczywistego mechanizmu „napedzajacego” zjawisko (za badania w tej dziedzinie Judea Pearl dostal Nagrode Turinga w roku 2011. To odpowiednik nagrody Nobla w computer science).

    Zas jak idzie o Floride… Oczywiscie jest kontrowersyjny, ale niewatpliwie ma racje: powstaje „creative class”. Juz powstala. Wystarczy popatzrec dookola. To klasa tworcow. Nie tylko tworcow artystow ale i tworcow inzynierow i naukowcow. Z Polski tego nie widac, bo Polska utknela w blotnistym intelektualnym zascianie. Ale tu gdzie jestem – i owszem.

    Zas zarzucanie Floridze ze „jest niekompetentny bo nie jest ekonomista” lub „jest niekompetentny bo ma dyplom z Urban Planning” jest prosta projekcja polskiej fascunacji papierami i dyplomem. Jeden z najlepszych scientystow komputerowych jakiego znam ma dypolo i doktorat z greki klasycznej z Oxfordu. I nikomu to jakos nie przeszkadza.

    P.S. Podobnie jak Gospodarz, nie przypominam sobie zadnych druzgocacych i MERYTORYCZNYCH krytyk Floridy motywowanych czym innym niz „political agenda”. W szczegolnosci dotyczy to metodologii badan statystycznych.

  27. Podzielam troskę Natalii. Debaty i konferencje o edukacji rozwijają się pięknie. To zaczyna być nowa dziedzina oświaty – debatowanie o oświacie. Tylko patrzeć jak ktoś napisze pracę doktorską o debatach. Jeden z profesorów powiedział tak: „fajnie jest krytykowac szkołę, po trochu ja podgryzać i z tego po trosze żyć…. Czasem sie obawiam, że tak właśnie czynię….” (na torturach nie powiem kto to). To wieloletnie debatowanie ma swój niezamierzony, negatywny skutek: utrwala i wzmacnia podział na MY i ONI. Oni debatują, piszą publikacje, wyjeżdżają na konferencje – a my harujemy. Rodzice nie mówią inaczej o nauczycielach jak ONI, nauczyciele o KO i MEN, ale również o ekspertach i profesorach też – ONI.
    Czy podzielasz Natalio obawę, że zbyt długie debatowanie może być szkodliwe, tak jak zbyt długi trening ? Grozi przetrenowaniem zawodnika.
    Witold Kołodziejczyk (Collegium Futurum) ładnie określił naszą sesję:
    „czy to coś da? Czy ta energia zgromadzona w salach Politechniki zostanie uwolniona i sprawi nową jakość. Kilka wystąpień na panelu edukacyjnym było dobrych. Tylko problemem jest to, że my to wiemy. Od lat domagamy się zmiany.” Nie zmarnujmy nagromadzonej energii, uwolnijmy ją i skierujmy w odpowiednich kierunkach.
    Obiecuję informować o wybuchach energii.
    Z wyrazami szacunku, nadziei i energii
    Wiesław Mariański

  28. @Andrzej Lewandowski:
    You apparently have some inferiority complex-based allergy on „polski”, so let me clarify in the language of your choice:

    1. Please refrain from using the word „Polish” as slurs as in „polska fascynacja papierami”, or „polski błotnisty zaścian”. Many people such as myself are hurt by such use of the word. You wouldn’ use „hymies” or the „N-word” so please leave Polski alone.

    2. Re-read my post carefully again. I clearly referred to „spurious correlation”. So no need to pontify. Careful reading would suffice.

    3. For criticism of Florida’s methodology consult Terry Clark or Edward Glaeser of U of Chicago and Harvard respectively. I’m sure you can find the relevant works on your own, since you have long freed yourself from the „polski błotnisty zaścian”.

    4. In my opinion „creative class” is a catchy buzzword earning invitations to well-paid rubber chicken circuit in San Francisco or Key West and nothing else.

    Peace

  29. c.d.
    Ze swojej oceny grona panelistów zapomniałem wyłączyć dyr.Firmhofera, co nieniejszym czynię… Akurat on coś wie o klientach naszej edukacji, choć z nieco innej strony!!!
    No i jest kulturalnym i otwartym na argumenty polemistą…;-)

  30. I na otrzeźwienie miłośnikom zażartych dyskusji nad cudzymi problemami i badaniami fragment blogu prof.Śliwerskiego:
    http://sliwerski-pedagog.blogspot.com/2012/10/uwolnijmy-nauczycieli-od-biurokracji.html#comment-form
    Oraz mój własny tekst z wyborczej
    http://wyborcza.pl/1,95892,7430144,Szkola_musi_byc_ciekawsza__ale_nie_bedzie______list.html
    Jakie są skutki takiego podejścia, które usiłuje, wobec nieznajomości problemów polskiego szkolnictwa, kopiować cudze problemy i ich rozwiązania dowodzi przykład ni dr Herbsta. W prognozie „Polska 2030” jako przykład kraju o tanim( to go interesuje najbardziej!) a efektywnym szkolnictwie podaje Singapur…;-)
    Tyle, że Singapur to dominacja chińskiej kultury i wartości – człowiek jest wart tyle ile potrafi(!!!) dać (z wzajemnością) wspólnocie, a nie za to, że jest. Liczy się mistrzostwo, do którego dochodzi się ciężką pracą pod okiem niezwykle szanowanych tam (mistrzów). Dzieci umiejące więcej zasługują na lepszą szkołę i nauczycieli. Chuligaństwo i wandalizm wymagają kary (np.publicznej chłosty nawet jeśli się jest obywatelem USA, a prezydent tego kraju wandali broni). Itp.itd. Każdy kto miał do czynienia z uczniami wietnamskimi w Polsce wie o co chodzi(miałem – kończą albo kończyli Harvard, Caltech, LSE, Imperial College czy Oxford) . Z takim uczniami, rodzicami i taką szkołą można mieć tanio(!!!) znakomite wyniki. Tylko trzeba, taki drobiazg, przenieść chińską (i pochodne – japońską, wietnamską czy koreańską) kulturę do Polski oraz pozbyć się aksjomatów poprawności politycznej…;-)

  31. @Włodzimierz Zielicz uprzejmie proszę o skonkretyzowanie komentarza, zwłaszcza w kontekście uzupełnienia. Wynika zeń, że paneliści nie są niekulturalni oraz nie mają pojęcia o szkole. Proszę o argumenty odnoszące się do konkretnych fragmentów wypowiedzi, dr Herbst nie uczestniczył w panelu, a nikt w panelu nie mówił o przenoszeniu wzorców z Singapuru, a nawet z Francji, która pojawiła się jako przykład sposobu dyskutowania o szkole. Bez takiego merytorycznego uzupełnienia Pański komentarz jest po prostu nie na temat.

  32. @ Wiesław Mariański: Też podzielam troskę Natalii przecież. Ponieważ jednak o tym, co Kongres jest gotów przyjąć jako własny pogląd, dowiedzieliśmy się wprost od Prezesa Szomburga (że mianowicie nic, o ile dobrze zrozumiałem) wraz z uzasadnieniem (przecież niepustym), nie pozostaje nic innego jak to uszanować. Próbuję więc zrozumieć cel takich debat (w końcu debatują ludzie co najmniej niegłupi i jakiś cel mieć muszą) i widzę, że te debaty zwyczajnie bywają ciekawe i czegoś się pozwalają nauczyć. Powiedziałeś na Kongresie i teraz za Witoldem Kołodziejczykiem: „my to wszystko wiemy”. Za siebie mogę na pewno powiedzieć, że wcale nie wszystko. U Witolda Kołodziejczyka potrafię zaś zauważyć ewolucję poglądów – to zaleta, oczywiście, a nie wada, co wyjaśniam, żeby nie było nieporozumień. Choćby mniejszy niż dawniej entuzjazm dla technologii IT w szkole.

    „Wszystko wiemy” obejmuje konstatację, że polityka MEN jest do bani i być może kilka podobnych rzeczy. Jeszcze mnóstwo pozostaje do ustalenia. Na połączonej oburzeniem na MEN sali nie padły inne propozycje poza likwidacją resortu – że tak to skrócę. Gdybyśmy jednak mieli szansę przez chwilę pogadać, co potem, przekonalibyśmy się – sądzę – że gadać jest o czym. Wydaje mi się, że gadanie ma i długo będzie miało sens, choć zgadzam się – dobrze byłoby zacząć się zbierać do konkretów. Jeszcze raz jednak: i Ciebie, i mnie poinformowano, że Kongres nie jest miejscem konkretu, o jaki nam chodzi. Obawiam się, że ten blog również – on służy Autorowi do wrzucania myśli, które w ten sposób konfrontuje z naszymi komentarzami.

  33. Andrew: „You apparently have some inferiority complex-based allergy on ?polski?, so let me clarify in the language of your choice:”

    Nie wiem dlaczego Pan pisze po angielsku na polskojezycznym blogu Redaktora Bendyka. I odpowiada po angielsku na moj polski tekst. Pewnei dlatego ze Pan jest „Andrew”. Ja, mimo 30 lat za granica, wciaz jestem „Andrzej”. I w Polsce posluguje sie jezykiem polskim. Ale jak Pan chce, to mozemy dyskutowac po niemiecku i po rosyjsku, a i moj chinski tez coraz lepszy. Niech Pan znajdzie jakies inne forum.

    W kwestii mertyorycznej (nestety, Pan unika argumentow merytorycznych):

    1. Mnie SLOWA nie bola. Mnie bola FAKTY. I nie mam zadnego problemu z poslugiwaniem sie slowami jezeli odzwierciedlaja fakty. Wiec bedze dalej pisal o „polskim zamilowaniu do dyplomow i papierow”. To wlasnie zamilowanie jest jednym z nieszczesc polskiej edukacji – znakomita wiekszosc mlodziezy nie studiuje z ciekawosci i dla zdobycia wiedzy, a dla zdobycia papierka. Temat jest walkowany w polskich mediach, rowniez w Polityce, wiec nie beda siegal po argumenty, odsylajac Pana do samodzielnych studiow.

    Podobnie „zascian intelektualny”. Jak dla mnie miara owego zascianu jest to ze Polska w 2011 roku miala cos 300 patentow (mniej niz srednia amerykanska korporacja), ze Premier za dowod „modarstwwej pozycji Polski w high-tech” uwaza 200 osobowa montownie telewizorow azjatyckich, to ze zaden z polskich uniwersytetow nie miesci sie ponizej poziomu szumu w rankingach swiatowych, to ze przez 20 pare lat na miedzynarodowych konferencjach z dosyc waznej dziedziny spotkalem 2 Polakow, zczego jeden czytal referat napisany fonetycznie, to ze publikacja w Nature jest tematem artykulow na pierwszych stron gazet („Polska znowu pokazala swiatu!!!”), podobnie jak 2 tygodzniowa wizyta polskiego inzyniera w Microsoft Research, czy letnia praktyka polskiego studenta w Google.

    Na dodatek, nie znam tego tylko z prasy, a z autopsji, bo z Polska mam robocze kontakty na biezaco. O nedzy innowacyjnosci w Polsce pisalo sie i pisze, Polityka tez. I mnie TO wlasnie jak Pan pisze „hurts”. Panskie zamiatanie problemow pod dywan niczemu nie sluzy. Byc moze poprawia Panskie samopoczucie, ale to nie o to chodzi.

    I wlasnie sympozjum o ktorym pisze Redaktor Bendyk (dzeki za nagrania!) wlasnie jest prezentacja (i implementacja) pogladu ze slowa nie rania, i o wszystkim NALEZY rozmawiac. Bo udawanie ze wszystko jest OK niczemu daleko nas nie zaprowadzi.

    2. Kwestia Floridy: Korelacja jest albo jej nie ma, a do stwierdzenia czy jest czy jej nie ma sluza odpowiedznie testy statystyczne. Obiektywne. Korelacja nie ma zabarwienia „politycznego” i istnienie/nie istnienie korelacji nie zalezy od tego czy sie komus owa korelacja politycznie podoba czy nie. Dopoki ktos nie udowodni ze statystyczne testy na ktorych opieral sie Florida sa zastosowane niewlasciwie, nie mam podstaw do podejrzen. Jezeli takie testy – powtarzam – obiektywne statystyczne testy – pokaza ze Florida sie mylil, prosze dac znac (link do odpowiedniej publikacji – matematycznej a nie politycznej). Poki co, uwazam ze obliczenia statystyczne Floridy sa poprawne

    3. Harvard i University of Chciago. Ja pamietam takie czasy gdy argument „ale to powiedzial Uczony Radziecki” zamykalo wszelka dyskusje. Dzisiaj, W POLSCE, powiedzienie „ale to powiedzial Uczony z Harvardu” zamyka wszelka dyskusje, a kazdy amerykanski uniwersytet, nawet w odpowiedniku naszej Pipidowki jest „czolowy”. Podobnie argumentem jest „amerykanski uczony polskiego pochodzenia”. Niestety, nie kupuje tego. Raczej trzymam sie wlasnego umyslu i wlasnego rozeznania

  34. @Bendyk
    1.Żaden z panelistów nie przekroczył progu szkoły od czasu jej ukończenia.
    2.Przedstawiali albo cudze badania dotyczące problemów edukacji w innych krajach albo pełen samozadowolenia obraz dokonań swoich instytucji. Na tle aktualnej sytuacji naszej oświaty ich wypowiedzi przypominały trafnością słynną wypowiedź Marii Antoniny o zastępowaniu chleba ciastkami. Wiadomo jak ona skończyła…;-)
    3.Twierdzenie, że polska szkoła i nauczyciel ma obecnie poziom autonomii zgodny ze światowymi standardami (a takie tezy głosili paneliści, w tym Pan) jest po prostu absurdalne – owszem miała taki poziom autonomii w pierwszym dziesięcioleciu III RP, ale już dawno nasza polska biurokracja narzuciła jej swoje rządy, swój system wartości i swoje metody.
    4.To nie przypadek,że premier Tusk (po odświętnym w końcu spotkaniu z nauczycielami „Gimnazjum na Twardej”) był wstrząśnięty ilością papierów i procedur, jaką zostały przytłoczone szkoły w jednej tylko sprawie – opieki nad uczniami o szczególnych potrzebach (niepełnosprawnymi i uzdolnionymi)…;-)
    5. Bez większego problemu widać było, że każdy (prawie!) z panelistów promuje po prostu interesy instytucji, z którą jest związany… Te interesy świetnie się mają w obecnej rzeczywistości, co nie znaczy, że ona sama jest świetna.
    6. Co do Singapuru itd. to był przykład skutków(!) podobnego myślenia, jak myślenie panelistów, przykładami innych krajów, ich badań i ich rozwiązań bez całego kontekstu kulturowo-organizacyjnego- chyba rozumie Pan znaczenie słowa „przykład”…;-)
    7.Nigdzie nie napisałem, że paneliści byli niekulturalni. Kontakt z rzeczywistością można stracić, nie tracąc ogłady…;-)

  35. Wlodzimierz Zielicz: „Itp.itd. Każdy kto miał do czynienia z uczniami wietnamskimi w Polsce wie o co chodzi(miałem ? kończą albo kończyli Harvard, Caltech, LSE, Imperial College czy Oxford) . Z takim uczniami, rodzicami i taką szkołą można mieć tanio(!!!) znakomite wyniki. Tylko trzeba, taki drobiazg, przenieść chińską (i pochodne ? japońską, wietnamską czy koreańską) kulturę do Polski oraz pozbyć się aksjomatów poprawności politycznej?;-)”

    100 procent racji. „Wschodnie” pojecie pracowitosci znam skadinad, loco USA. Moj kuzynek dostal sie do Stuyvesant High School w Nowym Jorku. Publiczna szkola, najlepsza na Wschodnim Wybrzezu a moze i w USA. Gdy zdawal egzamin wstepny, bylo 36 tysiecy kandydatow. Po egzaminie – okolo 60% przyjetych to byli studenci pochodzenai chinskiego i z tamtych okolic.

    Zajecia byly trudne – dawali im niezly wycisk. Ale po zajeciach w szkole, owi Chinczycy, Koreanczycy itede zasuwali prosto do nastepnej szkoly – zajecia trwaly do 9 wieczorem. Po co? Po to zeby „obsadzic” Harvard, MIT i podobne miejsca. Za co? Cale rodziny pracowaly w „sweat shops” i skladaly pieniadze na edukacje – wiedzeli dobrze ze to jedyna szansa aby „odbic sie od dna”.

    Jest takie stare powiedzienie, polskie jak najbardziej: „bez pracy nie ma kolaczy”. Teraz jakby zapomniane…

  36. @ Edwin Bendyk:
    Swoją drogą, Panie Redaktorze, coś jednak jest na rzeczy, jeśli chodzi o ów gdzieniegdzie postulowany „głos Kongresu”. Proszę spojrzeć na tę relację z polemiki pp. Strzemiecznego i Jakubowskiego, w której głos dano wyłącznie jednemu z nich i nietrudno zgadnąć któremu:
    http://serwisy.gazetaprawna.pl/edukacja/artykuly/660793,wiceszef_men_szkoly_maja_duzo_autonomii_ale_z_niej_nie_korzystaja.html
    Jeśli w publicznej świadomości dorobek Kogresowych debat ma przyjmować taką postać, to ja się przyszłości zaczynam obawiać, mimo Pańskich napomnień. Może mimo wszystko istnieje sposób, by bez symbolicznej przemocy wobec Ministra Jakubowskiego jednak zadbać o to, by jakoś wyartukułowane myśli z całej debaty, a nie tylko z jej części zostały zostały jako ślad chociaż?

  37. @Włodzimierz Zielicz: Szkoda, że wypowiedź jednego z panelistów rozciąga Pan na innych, skoro mówili co innego. O autonomii zdaje się wypowiadał p. Jakubowski. Inni mówili zupełnie coś innego. I chyba zupełnie Pan nie zrozumiał sensu debaty – była, o czym mówiłem we wprowadzeniu, debatą o dalszym rozwoju Polski w kontekście przyszłości edukacji. Na sali nie brakowało nauczycieli, każdy mógł się wypowiedzieć. Nie jest natomiast tak, że ornitolog nie może mówić o ptakach, bo nie lata. Aha, interes jakiej instytucji reprezentował prof. Szkudlarek, prof. Marciniak i niżej podpisany, czyli większość uczestników panelu?

  38. @Andrew @Andrzej Lewandowski Panowie, mam prośbę o kontynuowanie dyskusji w kanale prywatnym

  39. @Wiesław Mariański @Paweł Kasprzak
    W 100% się zgadzam, że „długie debatowanie może być szkodliwe”. Nauka pewnie ma na to nawet jakieś mądre określenie, ja nazywam to marzeniowym planowaniem z fotela. I dla jasności ; absolutnie uważam, że dyskusje są konieczne, ale jeśli toczą się one w obrębie tej samej grupy, to jak możemy oczekiwać zmiany świadomości społecznej?! Czy będę tęsknić do smaku lodów waniliowych, jeśli nie będę miała pojęcia o istnieniu i lodów i wanilii? Może warto byłoby zejść z Olimpu do śmiertelników i nawet jeśli edukacja nie jest dziś tematem, który porywałby tłumy, to przecież nie jest chyba aż takim problemem to zmienić. Od ludzi pokroju dr Szomburga czy Pana Edwina Bendyka oczekiwałabym ambicji materializacji przekonań. Ja uwielbiam dyskusje, uważam je za jedną z najbardziej sprawczych form zmian w myśleniu, ale na boga dajmy szansę tym, których to ma dotyczyć. Mam głębokie przekonanie, że prawdziwa, szeroko zakrojona kampania społeczna zdoła zrobić to, czego nie potrafią eksperci – wywróci myślenie o szkole do góry nogami! I wierzę, że smak „lodów waniliowych” pozna każdy, komu tylko się zamarzy.

  40. Przysłuchiwałem się tylko panelowi wstępnemu, w trakcie panelu edu byłem zajęty warsztatem z kompetencji cyfrowych.

    Moje uwagi:
    – Brak reprezentantów MEN, CKE i edukacji formalnej. Szkoda, że nie było nikogo z OSKKO czy organizacji nauczycielskich.

    – Silny nacisk na indywidualizację (wypowiedzi p. Dareckiego, Santorskiego i p. Rogaczewskiej). Brak wątków wyrównywania szans, kapitału społecznego, współpracy – itp. wartości wspólnotowych. Tymczasem w sąsiedniej Łodzi poważnym problemem jest prozaiczny brak biurek i niedożywienie dzieci.

    – Brak wątków finansowych. Nie wiadomo skąd szkoły mają nagle znaleźć kumatych nauczycieli, skoro selekcja negatywna do zawodu szaleje. Kumaty fizyk-dydaktyk prędzej pójdzie pracować u Dareckiego lub Firmhoffera niż będzie się męczył z MEN.

    – Mały przekrój społeczny i geograficzny Kongresu (sfery biznesowe i akademickie z większych miast / firm). W efekcie wypowiedzi panelistów można było odnieść tylko do wycinka społeczeństwa. Nie zaryzykowałbym cytowania p. Dareckiego („Każdego dnia musimy sobie stawiać nowe cele”) kobietom pracującym w Wałbrzyskiej SSE.

    – Dyskusje o wysokim poziomie ogólności, mała interakcja między prelegentami. To raczej deklamacje czy wymiana myśli.

    – Paneliści generalnie nie znali nowszych koncepcji edukacyjnych, więc cały panel tonął w myśleniu życzeniowym. Tak chętnie dyskutujemy o PISA w kontekście OECD, ale rekomendacje OECD (np. podniesienie kompetencji MST wśród nauczycieli kształcenia podstawowego) były praktycznie nieobecne. Nie dyskutowano też np. wniosków z badań ROSE (gdzie uczniowie z Finlandii okazywali się niespecjalnie zainteresowani MST) albo z TEDS-M (gdzie pokazano deficyty kompetencji nauczycieli).

  41. Nawoływanie do wzrostu wydatków na naukę jest po pierwsze gołosłowne, bo red. Bendyk nie informuje skąd wziąć pieniądze na te wydatki, a po drugie to jest dobra strategia, ale niekoniecznie dla Polski dzisiaj, bo odkrycia naukowe zrobione za nasze pieniądze i tak zostałyby wykorzystane w krajach bogatszych, które stać na wdrażania nowatorskich technologii. Byłoby to dotowanie bogatszych. Najpierw należy się trochę bardziej wzbogacić.

    Ja bym oczywiście wolał, żeby państwo zwiększało wydatki na naukę niż na emerytury, zasiłki, dotacje do rolnictwa, dotacje do przemysłu albo minimalne dochody gwarantowane. To jednak jest neoliberalizm, który red. Bendyk zwalcza. A zatem praktycznie nie widać skąd wziąć finansowanie nauki.

    Odnośnie systemu nauczania w stawianej tutaj za wzór Korei Południowej, wyczytałem wczoraj w wyborczej
    http://wyborcza.pl/1,75477,12837912,Szkolna_katorga_w_Korei_Poludniowej.html
    iż panuje tam znacznie gorsza testomania niż w Polsce, a dzieci są zamykane w specjalnych obozach, żeby się przygotować do testów. Jak widać nie przeszkadza to w rozwoju gospodarczym (przynajmniej w stosunkowo krótkim okresie czasu kilkudziesięciu lat), aczkolwiek zapewne i nie pomaga. Nie znaczy to, żebym zalecał testomanię. Sądzę jednak, że głównym motorem rozwoju Korei jest neoliberalny kapitalizm istniejący tam ok. 60 lat, czyli 3 razy dłużej niż w Polsce (a po drodze był w Korei i kryzys finansowy). Polska jest mniej więcej tak bogata jak Korea po 22 latach kapitalizmu, czyli w 1975.

  42. W sprawie stadionów rząd Tuska nie miał pola manewru, bo imprezę załatwił poprzedni rząd PiSu. Poza tym jest to jednak sprawa drugorzędna. Wyrzucenie 5 miliardów to kwota duża dla człowieka, ale w skali całego budżetu niewiele zmienia. Bardziej można by się przyczepić do projektów zbrojeniowych, które dotyczą przyszłości i są większe. Premier /obiecywał/, że wyda na wojsko 100 mld zł i to miało być w ramach /wspierania gospodarki/.

    Odnośnie planowania przyszłości: ja mogę planować jedynie swoją i to w ograniczonym zakresie. Rząd powinien myśleć o przyszłości, ale też nie może jej dowolnie zmienić wbrew woli społeczeństwa. W mojej ocenie zapewnienia o szklance wody z kranu są trochę laniem wody, bo rząd jednak coś zrobił na przyszłość i wbrew społeczeństwu: przepchnął podnoszenie wieku emerytalnego i likwidację emerytur pomostowych. Można się nie zgadzać z tym kierunkiem, ale jednak jakiś kierunek jest, chociaż przez rząd ukrywany, żeby nie rozjuszyć wyborców.

    Odnośnie braku rąk do pracy i bezrobocia, to się nie wyklucza jak wiadomo, bo potrzeba często innych pracowników, niż są bezrobotni, a sytuację zwłaszcza pogłębiła ucieczka ludzi starszych i doświadczonych na wcześniejsze emerytury. Szkolne nauczanie jest ważne dla kultury społeczeństwa, co może mieć wpływ na podejmowane przez naród decyzje (w sobotniej GW był wywiad z prof. Mikołejką, który wskazywał na historyczny przykład fatalnej edukacji w Polsce po roku 1600). Jednakże wiedzę praktyczną większość osób zdobywa w pracy, stąd też liczba osób pracujących ma bezpośredni wpływ na ilość zgromadzonej praktycznej wiedzy, bez której żadni choćby najlepsi naukowcy nie wystarczą.

    Przepraszam za długość mojego kazania.

  43. I pogadali sobie! Jak lat temu 10. 5, 2, 3 miesiące itd. Polska edukacja jest niereformowalna. Tzn ona jest pseudoreformowalna permamantnie.
    Kasę tłucze na tym mnóstwo reformatorów, ekspertów, często kompletnych matołów. ale sie reformuje. nawet, gdy się spieprzy w poważnym stopniu, nic nikomu zrobić nie można, bo się reformuje. Procesw trakcie, efekty bedą na pewno. Za lat 20, może sto.
    I utrwala się skansen edukacyjny. z tysiącami biedynych, zacofanych technologicznie i kadrowo szkół podstawowych i gimnazjów. Gdzie internet dla uczniów bywa, jak bywa, komputery są zabytkami. O innych sprawach szkoły XXI tam nie wiedzą. Bo nie ma pieniędzy, woli zman.
    Mamy ponad 2,5 mln dzieci 7-15 żyjących w ubóstwie. Za niwiele lat ,źle wykształcone trafią na tzw. rynek pracy. Czyli do kolejek pomocy społecznej. Tego ne wytrzyma zaden system spoleczny. Nikt nie ma pomysłu jak tym dzieciakom pomóc nie kanapkami, szlachetnymi paczkami i inną szlachetną hipokryzją. Mamy już kolejne pokolenie ubóstwa. sprawa jestdla rządzących bardzo wstydliwa. Ubóstwo w kraju wiecznej szczęśliwości…
    Nedawno w kuluarach pewnej konferencji rozmawiałem z wiceministrą od polityki społecznej Cz. Ostrowską. Zapytalem o pomysły dla tych dzieci i młodziezy. Bo resort edukacji uważą że nie ma problemu, oni kształcą genialnie same zadowolone dzieci. Pani wice na hasło ‚ubogie dzieci” zesztywniała, kanapka uwiązła jej w gardle i szybko się pożegnała… O co chodzi?
    Jeszcze jedno: Informatyzacja szkół. Mamy program e-szkoła. Za 50 mln zł.(fajny PR). Ostatnia komputeryzacja szkół była w 2006 r. Wydano ponad 2,5 mld zł na, w większości, wysokiej klasy komputerowy złom. Pracowałem w firmie uczestniczącej w tym przekręcie. Niedawno dyrektor szkoły w podwarszawskim miasteczku pytał burmistrza, kiedy będą wymieniać komputery w urzędzie, bo szkolne się rozlatują.
    dyskutujemy o wzniosłych ideach, a rzeczywistość przyziemna skrzeczy!
    pozde
    Pozdrawiam!

  44. @Krzysztof Mazur „….odkrycia naukowe zrobione za nasze pieniądze i tak zostałyby wykorzystane w krajach bogatszych, które stać na wdrażania nowatorskich technologii. Byłoby to dotowanie bogatszych. Najpierw należy się trochę bardziej wzbogacić.”
    Słyszałem już to wielokrotnie. Pańskie podejście do edukacji, badań i rozwoju jest typowe dla poglądów panujących w Polsce. Wydatki na badania naukowe i jak się domyslam wydatki na edukacje widzi Pan jako zbędny luksus, na który przyjdzie pora w bliżej nieokreślonej przyszłości. Jednak opierając się na cudzej technologii możemy konkurowac jedynie niższymi kosztami pracy i to robimy. To się chyba powoli kończy i nie mając niczego wyjątkowego i unikalnego stajemy się coraz mniej konkurencyjni. Zatem jak mamy się wzbogacić bez unowocześniania naszej gospodarki? Gaz łupkowy? Miedź? No bo chyba nie węgiel? Co będzie dostarczało nam przewagi konkurencyjnej w tym naszym wzbogacaniu się? Czyżby nadal tylko i wyłącznie niskie płace słabo wykształconych pracowników? Wątpie, żebyśmy mogli na tym daleko zajechać.

  45. Ciekawa dyskusja, aczkolwiek trudna do sledzenia z powodu nie najlepszego nagrania. Wszakze, nie odpowiada na pytanie: Dlaczego zadania maturalne z matematyki z okresu poznego Gomulki sa nie do przeskoczenia dla dzisiejszych studentow 5 roku Politechniki, a i wiekszosci nauczycieli?

    W owych czasach KAZDY musial je rozwiazac aby dostac mature – nie bylo niczego do wyboru, latwiejszej wersji, trudniejszej wersji, dyskalkulii itede.

    Mam wrazenie ze jezeli nie odpowiemy na to pytanie, to cale reszna dyskusji bedzie mniemanologia stosowana.

  46. mzakrzewski: „dyskutujemy o wzniosłych ideach, a rzeczywistość przyziemna skrzeczy!
    pozde”

    Znajoma nauczycielka w Warszawie placi z wlasnej kieszeni jak chce zrobic odbitki kserograficzne materialow ktore potzrebuje rozdac dzieciom na lekcji, czy jak potzrebuje inne materialy dydaktyczne.

    Ale… To nie tylko nasz problem:

    Teachers Spend $1.3 Billion Out of Pocket on Classroom Materials

    Public school teachers in the United States spent more than $1.33 billion out of pocket on school supplies and instructional materials in the 2009-2010 school year, according to new research

    It revealed that teachers spent on average $356 of their own money on supplies and resources, including an average of $170 on supplies and $186 on instructional materials. (Instructional materials were defined as software and games, as well as paper-based teaching aids and other non-equipment teaching materials; supplies were defined as printer paper, arts and crafts supplies, pencils, glue, and other similar supplies.)

    http://thejournal.com/articles/2010/07/08/teachers-spend-1.3-billion-out-of-pocket-on-classroom-materials.aspx

    I to w niespecjalnie biednym USA.

    W ogole, cala dyskusja jako zywo przypomina mi dyskusje amerykanska, tyle ze amerykanska zaczela sie wiele lat temu. Niestety, mimo licznych paneli, zebran, konferencji i „najwyzsej wagi” przywiazywanej przez kolejnych Prezydentow, amerykanska edukacja zjezdza powoli (aczkolwiek coraz szybciej) w dol. Marnym jest pocieszeniem ze nasza podaza sladem wiekszego brata. Ale moze chociaz popatrzec na owa dyskusje amerykanska aby pouczyc sie na cudzych bledach? Jako literature wstepna proponuje ksiazke Redesigning Education, Kenneth G. Wilson, Bennett Daviss. Wilson ma Nobla z fizyki. Wydana w 1994 roku, do dzis aktualna. Sugestie autorow pozostaja wolaniem na puszczy.

    Odgzrebalem ksiazke z okazji dyskusji tutaj; gdy sie czyta, ma sie wrazenie ze to o polskiej edukacji tez.

    Problemy edukacji to nie tylko, jak widac, polskie problemy…

  47. Jarek: „Słyszałem już to wielokrotnie. Pańskie podejście do edukacji, badań i rozwoju jest typowe dla poglądów panujących w Polsce.”

    Panei Jarku, 100 procentowa racja. W miedzynarodowym wyscigu ten kto biegnie nie dosc szybko, to sie cofa. A my nie biegniemy, my stoimy.

    W jedjej z „czolowych” uczelni polskich jakis czas temu biblioteka przestala subskrybowac czasopisma zagraniczne. Naukowe, jak bardziej. Na reklamacje odpowiedziala: „No, wicie, rozumicie, nie mamy teraz pieneidzy.. .Ale jak juz bedziemy mieli pieniedze, to kupimy wszystkie zalegle numery i sobie je przeczytacie”

    ” Zatem jak mamy się wzbogacić bez unowocześniania naszej gospodarki? Gaz łupkowy? ”

    No, ale niech Pan nei bedzie takim pesymista. Pzreciez Premier Tusk powiedzial pare dni temu ze „miara naszej nowoczesnosci sa nasze drogi”. Co prawda nasze drogi rozpadaja sie w miesiac po oddaniu do uzytku, sporo ich prowadzi znikad do nikad, i dlugo jeszcze potrwa zeby rozwiklac wszelkie afery korupcyjne. No ale drogi sa! Teraz, jak juz zaliczono nowoczeznosc w posatci drog, bedziemy zaliczac nowoczesnosc iloscia waterklozetow na glowe ludnosci.

    Bo w ilosci patentow nie mamy startu. Ale co tam patenty! Dobre samopoczucie musimy miec!

  48. Wszystkim miłośnikom modernizacji przypominam, że w polskiej szkole jest więcej katechetów niż fizyków i chemików razem wziętych. Naprawdę ciężko kombinować z edukacją innowacyjną mając gorset obecnych siatek godzin i testów.

  49. @Marcin Zaród: dzięki za ocenę Kongresu. Chyba przekrój społeczny na sali jest nieco inny, niż Pan sugeruje. I razi mnie trochę Pański paternalizm w stosunku do mieszkanek wałbrzyskiej SSE. One robią to, co mówił Darecki, tylko tego tak nie nazywają. To właśnie na uznaniu ambicji i godności ludzi zmarginalizowanych polegał sukces programu Bolsa Famila w Brazylii.

  50. @ EB

    „I razi mnie trochę Pański paternalizm w stosunku do mieszkanek wałbrzyskiej SSE. One robią to, co mówił Darecki, tylko tego tak nie nazywają. To właśnie na uznaniu ambicji i godności ludzi zmarginalizowanych polegał sukces programu Bolsa Famila w Brazylii.”

    Jestem pełen szacunku dla pracownic SSE i szanuję je za umiejętność przetrwania w SSE.

    Postulat Dareckiego w kontekście SSE oznacza głównie podnoszenie wymagań produkcyjnych i pogarszanie ergonomii miejsca pracy. Pomysłowość pracownic SSE jest skierowana raczej na przeżycie kolejnego dnia niż na modernizację ich zakładu pracy. Montownie (w typie Chung-Hong) opierają się na eksploatacji pracy a nie na „technicznej optymalizacji” produkcji. Dopóki to podejście się nie zmieni, kreatywność pracownic będzie skoncentrowana na przetrwaniu kolejnego dnia a nie na kwestiach rozwoju indywidualnego.

    Jestem za włączaniem personelu produkcyjnego w prace koncepcyjne i optymalizacyjne (tutaj odpowiadają mi niektóre wątki operaizmu) – to też jest kreatywność i takich postaw też nam brakuje. Współpraca z uczelniami oznacza też umiejętność dogadywania się naukowców z technikami produkcji. Skoro Feynmann potrafił rozmawiać ze spawaczami i hydraulikami Challengera, to i polscy naukowcy powinni.

    Wkład intelektualny pracownic SSE uważam za równie istotny co wkład centrów BiR. Ale kryteria Darskiego stosuję wyłącznie do „białych kołnierzyków”, bo „niebieskie” mają wystarczająco wiele problemów z przeżyciem kolejnego dnia.

    Dopóki pracownice SSE pracują w nieludzkich warunkach po 16 godzin na dobę, nie mam sumienia stawiać im tych samych wymagań co Panu lub sobie.

    W moim odbiorze ww. wątki współpracy, praw pracowniczych itp. były za słabo podkreślane przez panelistów. Brakowało w dyskusjach kongresowych „twardego tła” społecznego, bo – w kontekście Łodzi – brak biurka i ciepłego posiłku dość mocno ogranicza skuteczność programów edukacyjnych.

  51. @Marcin Zaród: ten paternalizm to podkręcenie dla dobra dyskusji, domyślam się doskonale Pańskich poglądów tej sprawie. Wskazanie Dareckiego odnosiło się jednak nie do fabryki, tylko do postawy życiowej. Dla mnie jego doświadczenie jest ważne, bo łamie stereotypy o endemicznym zacofaniu pewnych regionów, etc. Podkarpacia dość dobrze łączy wiele aspektów: Rzeszów w rękach lewicowego w miarę prezydenta, województwo pisowsko-konserwatywne ale o dużym kapitale społecznym i tradycji spółdzielczości. Ciekawy tygiel przednowoczesności, nowoczesności i zglobalizowanej ponowoczesności. Być może optimum, o jakim możemy marzyć – nie wiem, chętnie bym poważnie podyskutował.

  52. @Edwin Bendyk
    1.Czy nie sądzi Pan, że jest belferską manierą używanie w debacie argumentu o niezrozumieniu jej tematu w stosunku do polemisty…;-)
    A teraz ad rem
    2.”I chyba zupełnie Pan nie zrozumiał sensu debaty ? była, o czym mówiłem we wprowadzeniu, debatą o dalszym rozwoju Polski w kontekście przyszłości edukacji.”
    O ile pamiętam cały Kongres był poświęcony uwalnianiu energii Polaków…;-)
    Aby uwalniać energię Polaków czy debatować”o rozwoju Polski w kontekście ..”
    trzeba postawić odpowiednią diagnozę stanu aktualnego(czyli co w edukacji tę energię krępuje) i mieć jakąś wizję przyszłości, do której się ten stan odniesie.
    Co do wizji to tak jakoś jej nie było – Pan przedstawił pewną dość ogólną prognozę OECD [przypominam słynny XIX-wieczny futurologiczny problem przyszłości Paryża – utylizacja nawozu końskiego;-)] – tu się upominam o jądro hipotezy 20%-80% ( automatyzacja itp. zmniejsza generalnie(!!!) zapotrzebowanie na pracę), która akurat stoi z tą prognozą w sprzeczności.
    Co do diagnozy zaś stanu aktualnego, to akurat paneliści byli (poza dyr.Firmhoferem) byli kompletnie oderwani od realiów, myśleli stereotypami i uproszczeniami oraz diagnozami z krajów o zupełnie innych warunkach, kulturze itd.
    Jacek Strzemieczny widzi całe zło w czymś co nazywa testomanią, cytując antytestowe filipiki z innych krajów. Ja nie słyszałem w Polsce o przypadku zwolnienia dyrektora czy nauczyciela za słabe wyniki egzaminów czy wzmocnionej kontroli akurat w takich szkołach. Za to znam przypadki zwolnienia nauczycieli wybitnych(skrajny przypadek – najlepszy nauczyciel w historii swojej olimpiady przedmiotowej, Nauczyciel Roku, Profesor Oświaty(czyli 1 z 10 rocznie) itp.itd.już po roku musiał się wynieść do szkoły w innym mieście bo się nie spodobał nowemu dyrektorowi), których się dyrektorzy z różnych niemerytorycznych powodów pozbywali. Osobiście wolę gdy o ocenie nauczyciela czy szkoły decyduje wynik ich pracy, a nie urzędnicze widzimisię skonkretyzowane np. w braku jakiegoś papierka, podpisu, błedem w dodawaniu nieobecności w dwóch semestrach jakiegoś ucznia popełnionym 3 lata wcześniej czy też fakt, że kartę gimnazjalnej wycieczki do sąsiedniego miasteczka podpisał zamiast dyrektora zespołu szkół jego zastępca odpowiedzialny za gimnazjum. To wszystko są autentyczne przypadki!!!
    Atakując egzaminy zewnętrzne jako narzędzie oceny szkół Jacek Strzemieczny bronił w istocie tego urzędniczego woluntaryzmu w ocenie szkół i nauczycieli – według urzędników „uczeń nie jest załącznikiem do dokumentacji” czyli jego edukacja i wychowanie nie ma znaczenia bo liczy się tylko poprawność formalna dokumentacji. Oczywiście nasze sposoby oceny szkół w oparciu o wyniki egzaminów zewnętrznych są toporne, podobnie jak toporne są same egzaminy. Podobnie jak w przypadku rekrutacji na studia – ocena z takiego egzaminu jest tylko częścią rozbudowanej procedury wieloczynnikowej dla Harvardu i innych szkół ligi bluszczowej czy Oxbridge, a w Polsce o przyjęciu decyduje wyłącznie suma 2-3 liczb – procentowych wyników z odpowiednich matur.
    Jacek Strzemieczny lansuje tezę, że wszystko zależy od świadomości nauczycieli, którą można i trzeba zmieniać różnymi szkoleniami, a nie od kontekstu organizacyjnego, w jakim funkcjonują i mechanizmów jakim są poddani oni i ich placówki. Trzeba trafu, że „jego” firma CEO akurat zajmuje się głównie różnymi formami doskonalenia nauczycieli.
    Prof.Szkudlarek reprezentuje zagrożony co do naboru wobec niżu demograficznego UG z nienajwyższej (nawet na Polskę) półki i cóż lansuje, ano przyjmowania na studia każdego, kto ma dwie ręce i dwie nogi bez żadnych ograniczeń po zniesieniu jakże łatwej przecież matury…
    Prof. Marciniak odpowiadał całkiem niedawno za stworzenie ( w tempie wołającym o pomstę do nieba!) nowej podstawy programowej czyniącej z nauczania zestaw tematów do przerobienia. Odpowiadał też za w MEN za CKE. Nic dziwnego, że w funkcjonowaniu obu tych bytów widzi nawet nieistniejące zalety(jak ta z egzaminami brytyjskimi, ktorych wyniki znane są (wg.niego) we wrześniu…;-)
    Co więcej – prof.Marciniak brał wcześniej udział w badaniach PISA i bardzo jest do nich przywiązany. Osobiście byłem na jednym z seminariów dr.Szomburga z jakim oburzeniem przyjął sugestię prof.Kwiecińskiego (prezes Polskiego Towarzystwa Pedagogicznego), że w ramach propagandy sukcesu „reformy” Handkego wyniki te zostały zmanipulowane wobec nieporównywalnych próbek. Rzeczywiście zostały i nie był to był to błąd w sztuce tylko interpretacji. Po prostu dla pierwszego badanego rocznika(ostatni „niezreformowany”) testy PISA były nowością, kolejne roczniki to byli rutyniarze PISO-podobnych testów, ponieważ Polska oparła swój system egzaminacyjny na testach PISO-podobnych( czego nie zrobił żaden kraj rozwinięty). Można więc powiedzieć, że naszych uczniów nauczono coraz lepiej rozwiązywać takie testy, natomiast nie da się stwierdzić np. poprawy umiejętności czytania ze zrozumieniem…. Nikt jakoś nie chce rozmawiać o dewastującym wpływie „reformy” Handkego na rozwój tych 10% tych najzdolniejszych i najbardziej zmotywowanych, którzy wykonują(!) później zawody wymagające najwyższych kwalifikacji intelektualnych i związaną z tym zapaścią cywilizacyjną Polski.
    Co do kwestii równościowych – dziś już nawet rektorzy niektórych uczelni zauważają, że zanika sens ponoszenia wysiłku dla zdobycia realnego(!) wyższego wykształcenia.
    W kraju, gdzie co druga młoda osoba ma dyplom uczelni, a miejsc pracy, które takich kwalifikacji wymagają jest nieporównanie mniej, o zdobyciu ich decyduje zupełnie co innego. Po co biedny chłopak spod np. Wałbrzycha ma sobie wypruwać żyły i ponosić koszty, żeby się czegoś ważnego nauczyć, skoro nie ma zaczepienia w wielkim mieście, gdzie się jego kwalifikacje mogą przydać, na dodatek o zdobyciu stanowiska, gdzie są potrzebne decydują albo układy(których on nie ma!) albo, w najlepszym przypadku kwalifikacje, które zdobywa się na rynku za pieniądze, a nie w funkcjonującej na wyrównanym sztucznie niskim poziomie publicznej szkole. Nauczyć się zaś czegoś ot tak, z ciekawości można bez siedzenia na wykładach, zdawania egzaminów itd. szczególnie w typowych dla naszego kraju obecnie formach.
    Co innego dziecko stomatologa mające do przejęcia gabinet po mamie…;-)
    To oczywiście tylko przykłady ilustracyjne!!!
    Co do Pana, to pełnił Pan przede wszystkim rolę moderatora(i to nawet nieźle) więc uwaga o interesach instytucji panelistów była nie do Pana.
    Co do nieistniejącej już autonomii szkół i nauczycieli w Polsce to, wg mojej pamięci, paneliści jeden za drugim zgodnie potwierdzali, że to nie jest problem, a nauczycieli, mówiąc obrazowo, mamy tak fatalnych, że trzeba ich krótko trzymać za twarz bo inaczej szkody nieodwracalne czynią. Nauczycieli mamy różnych, ale bez autonomii, zostaną tylko fatalni. Bo w Finlandii to własnie autonomia i możliwość, dzięki niej, samorealizacji, czyni ten zawód tak atrakcyjnym…;-)

  53. @ Włodzimierz Zielicz
    Antytestowe filipiki Jacka Strzemiecznego były pełne odniesień do doświadczeń innych krajów – dokładnie tak, jak pełne podobnych odniesień są argumenty MEN, które mają nas przekonać, że poprawiająca się pozycja Polski w rankingach PISA oznacza rzeczywisty rozwój naszej oświaty. Strzemieczny postanowił w tej sytuacji pozostać w logice społecznej inżynierii reprezentowanej przez edukacyjnych strategów OECD i zwracał uwagę, że w tej fazie, w której jesteśmy, być może należy odejść od kontroli i pomiarów, a postawić na autonomicznie podejmowane formy nauczycielskiego doskonalenia się. Strzemieczny mówił o tych wadach testów, które i Pan wskazuje, adresując (słusznie) swoje uwagi do prof. Marcianiaka. Oraz o kilku innych, jak choćby dewastujący wpływ prymitywnie skonstruowanych testów na umysłu uczniów, nauczycieli i całego systemu. Ma Pan rację – w Polsce nie widać zalecanych przez OECD dla słabych systemów mechanizmów kontroli i nikt nie wylatuje z pracy z powodu słabych wyników uczniów mierzonych tymi testami. Sam uważam, że autonomia szkół i nauczycieli jest ważnym problemem, ale też nie sądzę, że jej obecny brak jest głównym powodem kłopotów z poziomem kształcenia.

    Zdaje się, że podobnie jak Pan uważam jednak, że autonomia jest jednym z koniecznych warunków wyjścia z sytuacji, choć sama w sobie poprawy nie przyniesie. Bo pozbawieni jej i wciąż tresowani nauczyciele – jak Pan pisze – pozostaną fatalni. Strzemieczny o tym mówił, jak zrozumiałem.

    Robienie Strzemiecznemu zarzutu z tego, że jego fundacja żyje z kasy na nauczycielskie szkolenia, jest nie fair. Są dwie możliwości – albo Strzemieczny uważa, że szkolenia są potrzebne i dlatego wystarał się o te pieniądze; albo może pieniądze mu zaoferowano i dlatego Strzemieczny twierdzi, że szkolenia są ok. Wydaje mi się, że niewiele – a w szczególności nic w treści jego wystąpienia – nie sugeruje, że mamy do czynienia ze związkiem tego drugiego rodzaju.

  54. 1.Ja się nie zajmuję oceną(!) działalności Jacka Strzemiecznego – zwróciłem tylko uwagę na związek jego działalnosci z poglądami.
    2.Autonomia pozwala reagować adekwatnie na konkretne specyficzne sytuacje – problemy i możliwości danej szkoły, klasy, ucznia i nauczyciela. U nas wszyscy np. muszą w klasie I LO przerabiać 30 informacyjnych tematów(30 godzin) z „fizyki atomowej, jądrowej i astrofizyki, co jest egzekwowane administracyjnie!Dla klas mat-fiz jest to czas zmarnowany – oni ni mają podstaw żeby to przerobić porządnie (brak podstaw fizyko-matematycznych!), a opowiastki babuni o fizyce nie są im potrzebne. Min.Hall już nawet omal nie ustaliła jak mają w klasie stać krzesła i ławki…;-)
    3. Moim zdaniem trzeba oceniać szkoły za efekty pracy i szukać różnorodnych mierników, które pozwoliłyby to zrobić możliwie wszechstronnie ale po zakończeniu edukacji w niej, a nie w trakcie.
    4.Obecny, skrajnie biurokratyczny i sformalizowany, system marnuje na produkcję gigantycznej ilości papierów główny zasób oswiaty, jakim jest czas nauczyciela!!! Co więcej – biurokracja usiłuje wymusić metodą efektu cargo różne rzeczy, które gdzie indziej funkcjonują z potrzeby placówek. Np.wewnątrzszkolna ewaluacja jest czym innym gdy szkoła ją robi żeby osiągać lepsze efekty, a czym innym – gdy potrzebuje mieć jej świadectwa na potrzeby kontrolera. To samo z procedurami zaczerpniętymi np. z TQM…;-)

  55. @ Włodzimierz

    Model fiński ma kilka źródeł. Autonomia jest tylko jednym z kilku. Drugim jest selekcja do zawodu i dobre przygotowanie kadry. IMHO bezsensowne jest myślenie w kategoriach jednego cudownego narzędzia.

    Polska ma z jakością nauczycieli problemy, widać to po wynikach TEDS-M z 2008 roku. Tutaj rekomendacje OECD (nauczanie wczesnoszkolne jako klucz do poprawy jakości) wydają się rozsądne.

    Problem polega na tym, że obok słabości kadr nauczycielskich mamy jeszcze gorsze problemy z kadrami urzędników i MEN.

    Odpowiedzi:
    1. W tematach społecznych tak to nie działa. Jeśli ktoś ma pewną diagnozę i receptę to stara się ją wdrażać w życie w swojej skali. Wolę ludzi z doświadczeniem praktycznym niż teoretyków z reszty panelu.
    2. Zgadzam się co do przerostu papierów. Nie zgadzam się co do możliwości uczenia. Podstawy założeń fizyki jądrowej i astrofizyki da się przedyskutować bez nadmiernej matematyki – tyle, żeby uczniowie mieli wiedzę wystarczającą do zrozumienia newsa o misjach Curiosity czy Voyager.
    3. / 4. Owszem trzeba. Ale póki co procedury formalne nie przekładają się na praktykę wspierania szkół.

    „Nikt jakoś nie chce rozmawiać o dewastującym wpływie ?reformy? Handkego na rozwój tych 10% tych najzdolniejszych i najbardziej zmotywowanych, którzy wykonują(!) później zawody wymagające najwyższych kwalifikacji intelektualnych i związaną z tym zapaścią cywilizacyjną Polski.”

    Nieprawda. Na samym kongresie było stoisko Krajowego Funduszu na Rzecz Dzieci, który ma niezły program wspierania najzdolniejszych. Na blogach CEO dyskusje na temat edukacji najlepszych również się toczą, ostatnio analizowaliśmy dobre praktyki w Indiach na przykładzie Chandrasekhara i 6.002x. Ja starałem się te dobre praktyki wpisać (w ramach konsultacji społecznych) do Strategii Rozwoju Edukacji w Łodzi, ale nie wiem jeszcze co na to UMŁ.

  56. @Marcin Zaród
    1.Żeby była selekcja muszą być tłumy dobrych chętnych …;-)
    2.>Problem polega na tym, że obok słabości kadr nauczycielskich mamy jeszcze gorsze problemy z kadrami urzędników i MEN. Podstawy założeń fizyki jądrowej i astrofizyki da się przedyskutować bez nadmiernej matematyki ? tyle, żeby uczniowie mieli wiedzę wystarczającą do zrozumienia newsa o misjach Curiosity czy Voyager.3. / 4. Owszem trzeba. Ale póki co procedury formalne nie przekładają się na praktykę wspierania szkół.Nieprawda. Na samym kongresie było stoisko Krajowego Funduszu na Rzecz Dzieci, który ma niezły program wspierania najzdolniejszych. Na blogach CEO dyskusje na temat edukacji najlepszych również się toczą, ostatnio analizowaliśmy dobre praktyki w Indiach na przykładzie Chandrasekhara i 6.002x….<
    To o czym piszesz to partyzantka zapaleńców. Ja znam kierownictwo Funduszu, co więcej w jego działaniach bierze udział jakieś 20% mojej wychowawczej klasy. Tyle, że Fundusz to kilkuset uczniów i budżet [niepewny – przekazywany po jakichś formalnych zawijasach przez KPRM via MEN;-)] około miliona zł rocznie. Jest jeszcze kilkanaście liceów oraz setka do dwóch zapalonych nauczycieli. Ale systemu nie ma i nie będzie. W Polsce na wszystkie licealne olimpiady przedmiotowe(łącznie z curiosami typu Olimpiady Wiedzy Misyjnej o Afryce) MEN finansuje kwotą poniżej 7 mln rocznie. Jeden mięśniak "kandydat" do medalu w Londynie kosztował jakieś 10 mln!!!
    O dyskusjach już nie wspomnę…;-)
    Tymczasem "reforma" Handkego zabrała np. kandydatom do zajmowania się nauką i techniką 2 lata nauki matematyki. Przed tą "reformą" klasa II mat-fiz 4-letniego liceum kończyła się pojęciem pochodnej, a po niej tym pojęciem kończy się …kurs matematyki na poziomie "rozszerzonym". Nasza matura z matematyki ma tylko 2 poziomy – w krajach rozwiniętych np. może poziom przeciętny wiedzy matematycznej jest taki jak u nas, ale ci co się jej chcą (!!!) uczyć z e względu na zainteresowania, ambicje, plany życiowe (jakieś 5% populacji – w Polsce 15-20 tys. w roczniku) może się uczyć (i zdawać maturę lub równoważny egzamin!) z całek, pochodnych, równań różniczkowych, liczb zespolonych, algebry abstrakcyjnej, macierzy, zaawansowanego rachunku prawdopodobieństwa i statystyki etc. Materiały do nauk technicznych, przyrodniczych, ekonomii nie będą operować innym językiem matematyki tylko dlatego, że w Polsce nikt o tym nie myśli. A szczyt ludzkich możliwości twórczych w tych dziedzinach nadal przypada koło 35 roku życia. Skoro mówimy o Indiach (biednym choć wielkim kraju) – ja mam dostęp do zadań i kursów przygotowawczych z fizyki i matematyki przed egzaminami wstępnymi na najlepszą politechnikę Indii IIT – ciekawe ilu absolwentów(!!!) PW czy AGH byłoby je w stanie rozwiązać…;-)
    Ja mam unikalne pole obserwacji – w dwóch konkursach (gimnazjalnym i licealnym) widzę najlepszych młodych fizyków 6-milionowego Mazowsza. Dziś rocznie zaledwie 30-50 uczniów ( w zdecydowanej większości z jakichś góra 10 liceów czy gimnazjów) jest w stanie rozwiązywać zadania, jakie 20 lat temu na egzaminach wstępnych czy w klasach mat-fiz rozwiązywało po parę tysięcy uczniów…;-)

  57. @Marcin Zaród
    Przemieszało i wycięło mi środek odpowiedzi więc to co zniknęło w kolejnych postach – podejrzewam, że to skutek cytatów.
    >Problem polega na tym, że obok słabości kadr nauczycielskich mamy jeszcze gorsze problemy z kadrami urzędników i MEN. < No właśnie – przy pomocy fatalnych biurokratycznych narzędzi i jeszcze gorszych kadr można osiągnąć tylko klęskę!!!

  58. @Marcin Zaród (c.d.)
    > Podstawy założeń fizyki jądrowej i astrofizyki da się przedyskutować bez nadmiernej matematyki tyle, żeby uczniowie mieli wiedzę wystarczającą do zrozumienia newsa o misjach Curiosity czy Voyager.<
    W pełni się zgadzam, tyle, że dla klasy mat-fiz to za mało i oni będą to mieli w klasie III. Natomiast zaczynanie czegoś co jest i tak na końcu kursu fizyki (zamiast od podstaw!)w takim jak ona sekwencyjnym przedmiocie jest zwykłym marnowaniem cennego czasu!!!

  59. @Marcin Zaród (c.d. 2)
    >3. / 4. Owszem trzeba. Ale póki co procedury formalne nie przekładają się na praktykę wspierania szkół.<
    Owszem – w Polsce w ocenie efektów pracy szkół i nauczycieli (oraz wyciąganiu z tego wniosków!)obowiązuje w praktyce(!) pełne widzimisię urzędników (co im daje wielką władzę!) Dlatego starają się oni podtrzymywać mit o rzekomej niewymierności tych efektów oraz (całkiem świadomie!) kierują na manowce wszelkie rozsądne pomysły(!) w tym zakresie w rodzaju np. EWD. Co więcej – lewacy w rodzaju prof.Szkudlarka głoszą ( i on to powiedział na panelu!), że nie należy doceniać za dobre efekty pracy szkół i nauczycieli bo się … szkoły rozwarstwią …;-) Nie ma to jak dobra motywacja do pracy…;-) Ci sami lewacy proponują np. posyłanie nauczycieli wyróżniających się w rozwoju talentów do szkół w slumsach!!! Jeszcze lepsza motywacja…;-)

  60. @Włodzimierz Zielicz: będzie Pan łaskaw nie używać argumentów typu „lewak” wobec człowieka, który deklaruje, że ma poglądy lewicowe. Chyba, że zgodzi się Pan, by Pana na zasadzie symetrii nazywać faszystą. Warto czasem sprawdzić znaczenie słów jakich się używa, jak chce Pan obrażać, to proszę założyć swój blog i pisać na własny rachunek

  61. @Edwin Bendyk
    Szanowny Panie!
    Wbrew pozorom nie uważam się za osobę o poglądach prawicowych więc Pański argument jest nieco chybiony…;-). Natomiast odróżniam poglądy lewicowe od poglądów skrajnych, właśnie lewackich. Czym innym jest chęć wyrównywania szans, wsparcia szkół publicznych(za czym jestem!), a czym innym motywowane ideologicznie uznanie za właściwie jedyne(!) zadanie szkoły wyrównywanie w dół(!)(właściwie nie do końca wiadomo czego!) administracyjnymi ukazami niezależnie od kosztów i rzeczywistych skutków nawet dla tych, na rzecz których owo „wyrównywanie” ma teoretycznie działać. I to własnie nazywam lewactwem!!! Lewactwo od lewicowości różni się tak jak różnił się tow.Dzierżyński od socjalisty Daszyńskiego….;-) Niepotrzebnie Pan do tego wplata jakieś faszyzmy…:-((((

  62. @Włodzimierz Zielicz: nie wiem, jakie ma Pan poglądy, jeśli jednak zalicza Pan prof. Szkudlarka do takiego samego grona, jak Dzierżyński, to znaczy że nie rozumie Pan znaczenia słów. Proszę już nie zaśmiecać tego blogu.

  63. @Edwin Bendyk
    Używam wyostrzonych różnic – nikt nie pomyli typów lewicowości Daszyńskiego i i Dzierżyńskiego. Skądinąd był w USA taki profesor pedagogiki, i prof.Szkudlarek mu cześć naukową oddaje (nazywał się Dewey!), który poza tym był przyjacielem tow.Trockiego zarówno politycznym jak i osobistym. I to już po tym jak w czasie wojny domowej tow.Trocki wymordował, no niech będzie, setki tysięcy (jeśli nie miliony) ludzi różnych narodowości. Jego oczywiście wygnał a potem fizycznie wykończył jeszcze dużo większy ludobójca tow. Stalin, ale „zasług” tow. Trockiego to nie umniejsza…;-) Ale jeśli Pan chce łagodniejszych porównań to np.lewakiem był Sartre ze swoimi maoistowskimi fascynacjami i pomysłami na przykład…
    Niepotrzebnie się Pan unosi emocjami i niegrzecznie reaguje – świat jest zdecydowanie bardziej skomplikowany i barwny od podziału faszyści – lewica albo prawica – czerwoni mordercy.Losy ludzkie również. Nadal uważam, że pomysł nienagradzania szkół i nauczycieli za dobre efekty(jest techniczny(!) problem pomiaru) by uniknąć zróżnicowani szkół albo administracyjnego odsyłania najlepszych nauczycieli (pytanie co to znaczy – b.utalentowany wychowawca matematycznych talentów niekoniecznie musi być dobrym streetworkerem i vice versa) do pracy z najbardziej zaniedbanymi edukacyjne lansowane przez naukowo-polityczne środowisko prof.Szkudlarka właśnie za lewackie, a nie lewicowe własnie. Życie społeczne wymaga znacznie bardziej subtelnych narzędzi i większego związku z rzeczywistością….
    Skądinąd trochę za łatwo przychodzi Panu szufladkowanie i przypinanie etykietek w polemice zamiast dyskusji o argumentach i na argumenty…;-)

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.

*

 
css.php