Nauka 2.0, peer review: przeżytek czy konieczność?
W kolejnym komentarzu do poprzedniego wpisu Pawel wskazał odnośnik do ciekawego artykułu w “Nature”. Analizuje one pogorszenie się standardu publikacji naukowych, m.in. przez zjawisko dublowania publikowania tych samych wyników. Coraz większa liczba czasopism recenzowanych powoduje, że nawet dobre redakcje i doskonali recenzenci nie są w stanie wyłowić takich sytuacji. Naukowcy zachęcani są zaś do takich sztuczek rozwojem “doktryny” publish or perish, zgodnie z którą głównym kryterium oceny pracy uczonego staje się liczba publikacji.
hlmi w bardzo ciekawym komentarzu broni jednak systemu recenzenckiego:
Wielokrotne, nieuzasadnione publikacje tych samych wyników są oczywiście naganne, ale wcale nie wydaje mi się, żeby tzw. Nauka 2.0 mogła je zwalczyć, w końcu muszą być jakieś kryteria pod względem których weryfikowany jest artykuł. Czasopisma naukowe mają określony prestiż i choć zdarzają się pomyłki, to jednak z reguły prace publikowane w tym o wyższym prestiżu są lepsze od tych publikowanych w czasopismach o niższym prestiżu. Gdy jakość prac się pogarsza, z reguły czasopismo traci swój prestiż i jakoś ten system się samoreguluje.
Czy Nauka 2.0 może uchronić naukę przed patologiami związanymi z umasowieniem badań i rosnącą mnogością publikacji? Szukając odpowiedzi warto chyba wrócić do podstawowej kwestii związanej z ideą Nauki Otwartej, której istotą jest wolna, krytyczna dyskusja wyników badań. Chodzi jednak nie tylko o dyskusję w samym środowisku naukowym ale także o jej kontynuację ze społeczeństwem. Wydaje się, że nowe narzędzia komunikacji związane z internetem doskonale nadają się do intensyfikacji takiej debaty służącej produkcji, krytyce i upowszechnianiu wiedzy.
Narzędzia te stwarzają szansę zaistnienia w systemie produkcji wiedzy ludziom, którzy nie funkcjonują w instytucjonalnym obiegu nauki (i może szerzej, opartej na nauce innowacyjności). Ale przecież zanim powstał instytucjonalny system nauki najwięksi byli w istocie amatorami: Kopernik i Galileusz nie martwili się o wynik recenzji, który najprawdopodobniej byłby negatywny (Galileusz to także wzór popularyzatora). Pytanie więc, jak wykorzystać rewolucję w komunikacji do tego, żeby zmodernizować system komunikacji naukowej, chroniąc najlepsze instytucje systemu nauki przed nadmiernym rewolucyjnym zapałem i jednocześnie przed sklerozą.
2008-01-25 o godz. 10:26
Myślę że dopóki przy przyznawaniu habilitacji będzie liczyć się kryterium towarzyskie i ilościowe a nie jakościowe sytuacja się nie zmieni.
Inna sprawa że jeśli nie publikacje to jak weryfikować osiągnięcia i znaczenie naukowca? Ranking jest metodą niedoskonałą ale jednak opiera się na jakichś w miarę obiektywnych kryteriach. Bez niego pozostaje nam system kooptacyjny który, przynajmniej na znanym mi gruncie nauk humanistycznych, kończy się w 9/10 przypadków promocją miernot.
2008-01-25 o godz. 12:37
Ostatnio na Będąc młodym fizykiem znalazła się notka o prof. Staruszkiewiczu, który o 20 lat wyprzedził ‘t Hoofta w badaniach nad teorią grawitacji. Dopiero jak ‘t Hooft dotarł do jego publikacji, zaczęła ona być szerzej cytowana. Kilkadziesiąt lat po opublikowaniu!
Tak sobie myślę, że w dobie Nauki 2.0, taki opóźnienie czasowe jest niewyobrażalne. Od razu znalazłby się jakiś internauta, który przywołałby pracę znaną tylko w jego kraju. A potem okazałoby się, że tematy badawcze realizowane przez kilku naukowców w ramach grantów są już nieaktualne