Dziennikarstwo linkowe
Networked link journalism - oto co może zdaniem serwisu Publishing 2.0 uratować dziennikarstwo przed niechybnym upadkiem, jakiego wizja wyłaniałą się z poprzednich wpisów. Josh Korr opisuje pierwszy jego zdaniem przypadek międzymedialnej współpracy, jaka miała miejsce w mijającym tygodniu w Waszyngtonie. Dziennikarze z różnych gazet skrzyknęli się i za pomocą Twittera, serwisu mikroblogowego zaczęli razem publikować szybkie informacje opisujące przebieg powodzi, jaka dotknęła lokalną społeczność. W efekcie powstał zasób dobrych informacji większy, niż zdolna byłaby go wypodukować jakakolwiek organizacja medialna. Informacje te jednocześnie były odpowiedniej jakości dla zawodowych mediów, bo dostarczali ich zawodowi dziennikarze.
Korr twierdzi, komentując to zjawisko, że przyszłość mediów zależeć będzie od zdolności tradycyjnych organizacji medialnych do innowacji i eksperymentowania z nowymi formami komunikacji. Mikroblogi mogą być jednym z narzędzi umożliwiających zmianę koncepcji newsa, pod warunkiem jednak, że dziennikarze obalą graniczne mury dzielące ich organizacje i zaczną dzielić zasoby. Podobnie przecież dzieje się w świecie technologii, gdzie rozwija się model Open Innowation, polegający na łączeniu zasobów badawczo-rozwojowych. Konkurencja zaczyna się na ostatnim etapie - opakowywaniu produktu do sprzedaży. Podobnie może być w mediach.
2009-01-10 o godz. 12:46
Tylko że ta inicjatywa nie wygeneruje pieniędzy na pensje dla piszących. I tu jest pies pogrzebany że nie ma lekarstwa na pozyskanie pieniędzy z rynku w zamian za informację jeżeli tyle amatorszczyzny jest za darmo.
Tymczasem kryzys dosięgnął krajowej prasy. Pada “Wyborcza” lada chwila Springer i Polskapresse zaczną redukcje. Co zostanie po 2012?
2009-01-11 o godz. 06:32
Szanowny Panie Redaktorze:
Moim zdaniem “Polityka” utrafiła w złoty środek. Niemal codziennie zaglądam na stronę Waszego pisma, ale też co tydzień kupuję skrupulatnie wersję drukowaną. Publikowanie w obu mediach wydaje mi sie zasadne, bo w wersji elektronicznej mogę przeczytać na bieżąco wiadomości i opinie dziennikarzy, bardzo często bardziej obszerne, niż pozwalałaby na to wersja drukowana. Z drugiej strony, wersja drukowana umożliwia mi podzielenie się Waszymi spostrzeżeniami z innymi osobami. Biorąc po uwagę szacunek i autorytatywność, jaka cieszy się “Polityka”, jest to niejednokrotnie istotny atut w dyskusji.
Przykład podany przez Pana nie wydaje mi się najszczęśliwszy, bo dotyczy właśnie wydarzenia lokalnego, z natury rzeczy, szybko przemijającego i, właściwie, nie mającego żadnego znaczenia dla osób spoza tego terenu. Sam na ogol pomijam wiadomości lokalne - zawsze gdzieś tam urodzi się cielę z dwoma głowami, alb kot (pies?) przemierzy setki kilometrów, by dotrzeć do swojego pana.
“Opakowanie” produktu to jest rzeczywiście najistotniejsza sprawa przy sprzedażny czasopism. Codzienna gazeta, która prenumeruje od z góry trzydziestu lat stoi właśnie na krawędzi bankructwa - no i, żeby powiedzieć prawdę, szczególnie się nie dziwię, bo model dziennikarstwa uprawiany od dziewiętnastego wieku już na pewno się przeżył. Niestety, nowego modelu jeszcze nie widać. Dostęp do prasy poprzez Internet na pewno nie jest rozwiązaniem, bo konieczna jest także druk. Mowie to z doświadczenia, bo raz wydrukowałem książkę, legalnie opublikowaną w wersji elektronicznej, i - po fakcie wyliczyłem sobie, ze wydrukowanie kosztowało mnie mniej więcej dziesięć razy tyle, ile zapłaciłbym w księgarni. Tak jak telewizja nie zastąpiła do tej pory gazety, tak tez Internet nie zastąpi - przynajmniej w przewidywalnej przyszłości - gazet, tygodników i innych publikacji w druku. “A co dalej będzie - jak mówił pan Dyzma - zobaczymy.”
2009-01-11 o godz. 23:28
Twitter to, Twitter tamto… Boję się otworzyć lodówkę…
Żarty, żartami, ale opisywany powyżej przykład pokazuje tylko - ile i jak się w nas zmienia. W nas: twórcach mediów i w nas: ich odbiorcach. Nowe formy komunikacji…. Owszem, choć Twitter dla mnie to niewielka i tymczasowa rewelacja. Szkoda tylko, że przestaliśmy (dziennikarze, twórcy) być tłumaczami świata - dziś musimy jedynie donieść pierwsi, jesteśmy gońcami wypadków. Taka niedzielna refleksja.
PS. Literówki troszkę nieładne…
2009-01-12 o godz. 00:43
Niestety przykład Twittera, z którego sam korzystam, nie wskazuje drogi ratunku mediów.
Wystarczy zauważyć, że nie różni się to niczym od ju prowadzonych akcji na Twitterze, między innymi raporty wyborcze z USA 2008 - pokazuje to tylko, że można szybko, precyzyjnie streamować komunikaty do odbiorcow, a każdy odpowiednio otagowany stream pozwala uzupełniać wiedzę. Z tych 140-znakowych twitów, często wychodzi rozbieżny obraz rzeczywistości - każdy pisze często na temat, ale z innej perspektywy, innego miejsca, o innym szczególe. Rodzi to znowu problem błądzenia w dużym strumieniu informacji, a nikt nie robi syntezy - cóż kolejny sposób na stratę czasu.
Od biznesowej strony powiem tylko tyle, sam Twitter nie zarabia, tym bardziej nie będą zarabiały same #tagi na twitterze, które umierają dość szybko, co wiąże się z:
- a powinni się uczyć nowych kanałów komunikacji.
1. krótki news sam na siebie nie zarobi, gdyż żyje krótko i nie zdobędzie odpowiedniej oglądalności, by ktoś wydał odpowiedni poziom gotówki na reklamę
2. sprzedaż tych informacji, hmm, niemożliwe - twitter to otwarty stream komunikatów - ale pojawił mi się właśnie pomysł na mały model biznesowy
3. działalność dziennikarzy była incydentalna i rzadkopowtarzalna
Podsumowując, dobrze że dziennikarze próbują, niech szukają drogi dotarcia do odbiorców, ale nie należy od razu krzyczeć, że ratują media - jak to robi Publishing 2.0, który sam często wpada w tony wysokie dla nowinek webowych.
2009-01-13 o godz. 15:18
Panie Redaktorze,
Innowacja innowacją, ale obserwując ekoluujące strony najpopularniejszych portali nie sposób zauważyć ich postępującego rozdrobnienia ich pierwszyhc stron, niczym w czytnikach kanałów RSS - liczy się chwytna treść i najszybsza ze wszystkich portali reakcja na wydarzenie. Tak wydaje się myśleć współczesny czytelnik i w tym upatruję częściowo przyczyn upadku tradycyjnej prasy. Oczywiście nie mam zupełnie poparcia “naukowego” na taką tezę, wynika ona wyłącznie z ogólnego wrażenia. Nie jesteśmy w stanie, albo przychodzi nam to z coraz większym trudem, przeczytać na raz więcej niż stronę tekstu. Niecierpliwość i bieżączka informacyjna wypychają dzienniki papierowe, ale są chyba w niewielkim stopniu zagrozić periodykom, które z zasady publikują artykuły niewygodne do przeczytania na raz na ekranie komputera?
Pozdrawiam serdecznie,
chemou