Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Antymatrix - Blog Edwina Bendyka Antymatrix - Blog Edwina Bendyka Antymatrix - Blog Edwina Bendyka

13.06.2006
wtorek

Szepty miasta

13 czerwca 2006, wtorek,

To już ostatni wpis sarajewski. Sympozjum zakończyło się bardzo intensywnym spotkaniem Cafe Europa, w którym uczestniczyli pisarze z całej Europy, w tym również krajów byłej Jugosławi znajdujących się po przeciwnej stronie frontu. Tematem była wojna i pytanie, dlaczego społeczność międzynarodowa tak długo czekała by przerwać oblężenie? Dlaczego trzeba było rzezi w Srebrenicy, by spowodować działanie? Oczywiście, wiele razy na to pytanie już odpowiadano. Uri Avneri, dziennikarz z Izraela, który walczył o powstanie państwa Izrael, potem służył w jednostkach specjalnych izraelskiej armii, a dziś jest głównym orędownikiem pokoju z Palestyńczykami i rozmów z Hamasem (jego przykaźń z ludźmi z Hamasu wiele osób w Izraelu traktuje jak zdradę) nie miał wątpliwości. Oblężenie miasta polegające głównie na strzelaniu do ludności cywilnej było wojenną zbrodnią. Zbrodnią, której dopuściła się cała Europa.

Nikt nie miał wątpliwości, że interwencje, najpierw w Bośni, a potem w Kosowie były uzasadnione z humanitarnego punktu widzenia. Co jednak miał odpowiedzieć Mileta Prodanović, pisarz z Belgradu, który bombardowanie stolicy Serbii poznał nie tylko z ekranu telewizora? Człowiek, który był przeciwko Miloszewiciowi i jego obłędnej polityce, ale który jednocześnie jest Serbem związanym ze swoją ojczyzną. Gen. Divjak, Serb z Sarajewa wybrał, że jego ojczyzną jest Sarajewo i dowodził jego obroną przeciwko Serbom. Milet jest Serbem z Belgradu, co mógł więc powiedzieć? To właśnie z powodu takich wewnętrznych dramatów, rozgrywających się w sercach Bośniaków, Serbów, Albańczyków szczególnie smutno zabrzmiało stwierdzenie, że wojna na Bałkanach nie skończyła się, jest tylko zawieszona.

W Sarajewie widać to doskonale. Podróżny zwracający uwagę tylko na to co dostępne bezpośredniej obserwacji, zachwyca się, jak szybko Sarajewo doszło po wojnie do siebie. Znakomite restauracje, doskonała obsługa, ulice pełne życia. Wsiadając do taksówki, nie trzeba obawiać się, jak w W-wie, czy nie padnie się ofiarą taksówkowej mafii. Doskonały przykład, jak muzułmańskie miasto może być jednocześnie miastem doskonale europejskim. Ale Ashok Bhalotra, uczestniczący w symozjum architekt z Holandii nie dał się uwieść pozorom: ja słyszę szept miast. Sarajewo też szepcze i mówi o swoim niepokoju, o przestrzeni która ciągle jeszcze nie łączy ludzi.

Sarajewo po wojnie jest zupełnie innym miastem. Ubyło mieszkańców, nie ma już praktycznie Serbów, mniej też jest Chorwatów, Żydów – w ponad 80 proc. Sarajewo jest miastem muzułmańskim (przed wojną było muzułmanów nieco ponad 50 proc.) Segregacja stała się faktem, Sarajewo jako tradycyjny przykład wielokulturowości umarło podczas oblężenia. Symbolem ghettoizacji życia jest cała obecna bośniacka federacja, kraj podzielony na monoetniczne enklawy rządzone odrębnymi konstytucjami. Pomiędzy nimi przemykają samochody z żołnierzami siły międzynarodowych, gwarantujących utrzymanie warunków porozumienia z Dayton.

Niewątpliwie ważnym pytaniem jest (co zresztą zaznacza też jeden z czytelników w komentarzach) rozwój bośniackiego islamu. Wielki Mufti, uczestniczący w spotkaniu, człowiek doskonale wykształcony i odwołujący się do tej tradycji islamu, która przyniosła Europie na powrót Platona i Arystotelesa, a więc oświeconego islamu z Kordoby i Toledo, ma trudne zadanie. Przez jednych jest atakowany za to, że zbytnio sprzyja sekularyzacji. Przez innych, że popiera fundamentalistów i chce wprowadzić szarijat na ulice Sarajewa. Kierunek, w jakim się rozwinie sytuacja zależeć jednak będzie od szans, jakie dostanie Bośnia. Jeśli znajdzie się na marginesie procesów cywilizacyjnych, zapomniana jak podczas wojny przez resztę świata, to można być pewnym, że wpłynie to na rozwój tendencji fundamentalistycznych. Mufti podkreśla, że Bośnia i Hercegowina ze swym islamem były zawsze i są częścią Europy. Islam, podobnie jak tradycja żydowska to nieodłączna część tradycji europejskiej – trudno sobie wyobrazić włoski renesans bez wspomnianej Kordoby i Toleda oraz ich bibliotek. Dlatego wszelkie pomysły, by ograniczać europejskość (np. przez preambułę do traktatu konstytucyjnego) wyłącznie do chrześcijaństwa są nie tylko wbrew historii, ale i niebezpieczne.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 3

Dodaj komentarz »
  1. Sprawa islamu w Bośni, stosunków między narodami południowej Słowiańszczyzny, to rzecz bardzo trudna. Warta obejrzenia, dlatego że przypomina stosunki między Polakami a Ukraińcami, między katolikami, grekokatolikami i prawosławnymi. Oczywiście nie ta skala, również czasowa, ale obserwując jak to tam działa można by wyciągnąć być może jakieś interesujace wnioski dla nas tu.
    W sprawie islamu w Bośni warto by wspomnieć o jego tam historii. Bośnia była swego czasu obszarem eksperymentów w ramach chrześcijaństwa. To tam narodził się i rozwinął ruch bogomiłów (będący następnie inspiracją dla katharów na południu Francji). Bogomiłów spotkał ten sam los, co później katharów – spotkała ich krucjata i pacyfikacja. Niezadługo potem na teren Bośni wkroczył islam, dokonując dwóch ważnych dla Bośniaków rzeczy: zemsty na katolickich „peacemakerach” i dając ofertę religii czystej, uduchowionej, nonkonformistycznej. Przynajmniej w deklaracjach. Stąd wziął się w Bośni islam, nieco inaczej niż w Albanii. Choć też był narzędziem wybicia się na narodową niezależność, przez kontrast z katolicyzmem, odbieranym po krucjatach jako religia najeźdźców.
    Tak to widzę, nie będąc oczywiście profesjonalistą. Moge się mylić, ale sądzę że pod rządami p. Izetbegovicia islam miał znów odegrać rolę integracyjną dla Bośniaków. Niestety, miał chyba zbyt fundamentalistyczny wydźwięk, a wykrzykiwane pod adresem Serbów, tuż przed wojną, groźby wygonienia/wymordowania były jak sądzę silnym katalizatorem wybuchu konfliktu.
    Myślę że o tym warto pamiętać, kiedy chce się osądzać, czy najpierw pokazywać palcem ludzi winnych wojny. W takich wojnach NIGDY nie ma tego jednego czarnego charakteru. Miloszewicza nie można kochać, bo był przywódcą jednego z biorących w wojnie udział narodów, i dlatego, że na śmierci swoich rodaków, Bośniaków i Chorwatów robił pieniądze. Ale nie wolno robić z niego jedynego winnego. Należy pokazać palcem Bośniaków i Chorwatów. W imię zasad. Aby możliwe było uniknięcie takich sytuacji w przyszłości, aby NIKT nie miał w przyszłości nadziei, że kiedy przyjdzie do sądzenia, to jemu się upiecze, bo już jest kozioł ofiarny.
    Tylko o to mi chodziło, stąd mój poprzedni wpis.
    Dziękuję Panu za Pana tekst, jest bardzo inspirujący.

  2. bardzo dzikuje za te wpisy dotyczxace sarajewa…

  3. Czytając ostatnie zdania pańskiego wpisu zastanwiam się czy w Warszawie w przyszłości będę mogły spokojnie i bez zakłóceń funkcjonować wspólnie mniejszości etniczne i narodowe.. ? Czy, tak jak normalny stał się widok Wietnamczyków, równie normalny i nie budzący niczyjego zdziwienia ani agresji, stanie się widok muzełumańskiej rodziny na Marszałkowskiej ? Oby tak się stało… szkoda tylko, że pod takim stwierdzeniem nie może podpisać się np. nowo mianowany minister związany z Młodzieżą Wszechpolską.

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.

*

 
css.php