Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Antymatrix - Blog Edwina Bendyka Antymatrix - Blog Edwina Bendyka Antymatrix - Blog Edwina Bendyka

1.07.2006
sobota

Jeffrey Sachs, „Koniec z nędzą”

1 lipca 2006, sobota,

Czas nadrabiać czytelniane zaległości. „Koniec z nędzą” Jeffreya Sachsa akurat dobrze komponuje się z ostatnimi wpisami. Sachsa nie trzeba specjalnie przedstawiać, w latach 80. doradzał rządowi Boliwii w walce z hiperinflacją. Potem zaangażował się w transformację Polski, jako współautor terapii szokowej. O swych historycznych doświadczeniach wspomina na łamach książki (akurat w najnowszym, czerwcowym numerze polskiej edycji „Le Monde diplomatique” prof. Tadeusz Kowalik opisuje swoje wrażenia z prezentacji przez Sachsa planu reform dla Polski. Ciekawe jest skonfrontowanie dwóch wizji tego samego wydarzenia).

„Koniec z nędzą” pokazuje drogę, jaką odbył ekonomista któremu przyczepiano łatkę neoliberała (z książki widać, że jednak był on z nieco innej bajki, wchodząc często w konflikty z Międzynarodowym Funduszem Walutowym i innymi bastionami neoliberalizmu). Nie ukrywa swej wiary w liberalizację rynku i wolność gospodarczą jako najważniejsze czynniki mogące wyprowadzić społeczeństwa z nędzy.

Co ważniejsze, pokazuje w sposób analityczny, w jaki sposób do 2025 r. rzeczywiście można wyrwać świat ze skrajnego ubóstwa, czyli sprawić by nikt nie musiał żyć za mniej niż jeden dolar dziennie. Potrzeba niewiele. Przynajmniej, jeśli chodzi o pieniądze. Trudniej z wolą polityczną. Sachs rozwiewa wiele mitów dotyczących pomocy krajom najuboższym. Tłumaczenie braku tej pomocy korupcją i marnotrawieniem w krajach biednych nazywa zwykłą obłudą. W argumentacji takiej specjalizują się zwłaszcza Stany Zjednoczone, które akurat najmniej, licząc procentem PKB przeznaczają spośród krajów rozwiniętych dla biednych. Przoduje Szwecja, Holandia, Belgia. Na marginesie – Polska jest dzielną sojuszniczką USA, praktycznie w ogóle nie wspomagając bardziej potrzebujących.

Walka z ubóstwem to nie tylko imperatyw moralny. To się po prostu również opłaca – eliminacja biedy jest najlepszym sposobem stabilizacji politycznej w krajach, które są dziś często siedliskiem chaosu i źródłem wielu zagrożeń o skali globalnej. Na szczęście świadomość ta powoli dociera, jeśli nie do polityków, to do zarządzających korporacjami. Globalna gra rynkowa wymaga stabilności. Ważne są też uwagi Sachsa o roli państwa:

Tak, jak sromotnie zawiodła próba komunistów usunięcia konkurencji z życia gospodarczego za pośrednictwem własności państwowej, tak zawodne są próby kierowania nowoczesną gospodarką przy wykorzystaniu tylko sił rynku. Wszystkie pomyślnie działające gospodarki to gospodarki mieszane, w których rozwój ekonomiczny opiera się zarówno na sektorze publicznym, jak i na sektorze prywatnym.

 

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 8

Dodaj komentarz »
  1. Bardzo mi się nie podoba to, że Polska jest tak lojalna wobec USA nie tam gdzie trzeba, tzn. wspierając wojnę i nieudzielając pomocy. Chyba jednak, jako społeczeństwo nie jesteśmy tak beznadziejni. Akcja zbierania pieniędzy przez Unicef na szczepionki dla dzieci w Sierra Leone powiodła się ponad spodziewanie – można było uruchomić wieloletni program szczepień.

  2. Mysle, ze blogiemj o Sachsie nawiazuje Pan po czesci do punktow sformulowane w poprzednim blogu przez Andersona.

    To wszystko bardzo ladne, o czym pisze Anderson, tylko ze dowiadczenia zwiazane z Internetem ciagle sa udzialem stosunkowo waskiej grupy ludzi. Dla reszty podstawowym zagadnieniem wciaaz pozostaje dostep do wody pitnej, utrzymanie dziennego spozycia kalorii na poziomie gwarantujacym co najmniej przezycie, i inne tego typu przyziemnie problemy. W sytuacji gdy za cene jednego komputera mozna wyposazyc w pompe wodna wioske w Afryce, nasza postawa w krajach rowinietych, nawet jesli ma ona zmierzac w kierunkach wytyczonych przez Andersona, chyba troche kloci sie w pewnym sensie z tym, co postuluje Sachs. Innymi slowy jaki pozytek bedzie mial z web 2.0 Somalijczyk lub Etiopczyk przy ich obecnym poziomie zycia ? I inne, chyba wazniejsze pytanie: czy tego typu rozwoj bedzie mu rzeczywiscie potrzebny do szczescia, a jesli tak, to kiedy ?

    Wiem, ze to, co pisze pachnie troche demagogia, oklepana w dodatku (tradycyjne pytanie o to, co wazniejsze dla ludzkosci: czlowiek na Marsie czy woda pitna dla wszystkich jej pozbawionych, i z tego powodu umierajacych), tym nie mniej…

    Niepokoi mnie troche fakt, ze (jak Pan podaje) Sachs widzi wszystko przez pryzmat GLOBALNEJ gry rynkowej, i w sumie (jak rozumiem), glownym celem eliminacji biedy ma byc stabilizacja rynku oraz ewentualne wprzegniecie do tej gry spoleczenstw stojacych dotad na marginesie z powodu biedy .

    Celowo podkreslam „globalnej”, poniewaz to slowo podnieca mnie coraz mniej. Przede wszystkim, do zarzadzania takim rynkiem potrzeba chyba instytucji globalnych, prawda? Mowie glownie o jego regulacji (skoro ma to nie byc wylacznie wolna gra sil rynkowych, jak postuluje Sachs), i tego nawet postulaty Andersona chyba nie zabezpiecza, nawet jesli nastapilby niemal rewolucyjny przewrot w kierunku demokracji sprawowanej bezposrednio, za pomoca internetu – pomysl w obecnych realiach tak samo utopijny jak poprzednie utopie. Poki co, mamy roznego rodzaju sterowniki gospodarka globalna, i juz dzis widac, jak w miare rozrastania sie w przestrzeni struktur gospodarczych i finansowych, instytucje te traca twarz, nabieraja anonimowosci, zeby nie powiedziec po marksistowsku: alienuja sie. O tym, jakiego stosunku do postulatow Sachsa mozna sie spodziewac po wielkich graczach globalizacji niech swiadczy chocby ich zaciekly opor wobec idei wprowadzenia ulamkowego procentu od miedzynarodowego przeplywu kapitalow (tryliony dolarow dziennie). Zgromadzone w ten sposob pieniadze pomoglby zlikwidowac prawie wszystkie obiawy tego, co naprawde powinno kojazyc sie bieda: brak wody pitnej, glod oraz niemoznosc utrzymania sie tradycyjnym dla danego ludu sposobem gospodarczym, ze nie wspomne o podstawowej oswiacie czy lecznictwie. Ich likwidacja byc moze otworzylaby rowniez drzwi dla glbalnej cyber-wioski z udzialem WSZYSTKICH (ktorzy tego naprawde sobie zycza, i ktorym to jest potrzebne).

    Do czego zmierzam: alternatywa dla globalizacji moze byc raczej rozwoj inicjatyw lokalnych, na poziomie samorzadowym, nie sterowanych odgornie, ale kierowynych oddolnie, zeby nie powiedziec: demokratycznie. Do tego potrzeba niewiele, i dobrze, ze spora czesc organizacji pozarzadawych wlasnie dziala w tym kierunku, rowniez po to, zeby eliminowac biede. Ostatnim ich problemem sa web2.0 i Grono. Pierwszym: fundusze, zeby moc kontynuowac ich projekty. Na poziomie lokalnym, ludzie sa z regoly naturalnie swiadomi potencjalnych zagrozen dla ich stylu zycia, a wiec nie potrzeba wiele regulacji, zeby zyc w zgodzie z otaczajacym ich srodowiskiem, korzystac z niego w sposob ciagly, konsumujac wylacznie odsetki od tego wrazliwego kapitalu, a wiec zabezpieczajac nie tylko swoj byt, ale i rowniez byt przyszlych generacji. Kto wie, byc moze z czasem te inicjiatywy lokalne zaczna sie federowac, co da podwaliny dla oddolnej globalizacji, daj Boze na innych zasadach niz globalizacja obecna, i ktorej stabilizacji chce Sachs. To, co Pan pisze: koopercja a ni konkurencja, tylko widziana pod tym katem, widziana od dolu.

    Nie twierdze, ze to ja mam racje, a Sachs czy Anderson sie myla. Obydwaj panowie sa o trzy nieba lepiej sytuowani ode mnie do snucia analiz, jak te, o ktorych Pan wspomina. Jednak dyskutowanie z modelem obecnego swiata oraz z modelami proponowanym tu i tam to swietna zabawa intelektualna, nie tylko na lato 🙂

    Jesli juz o lekturach na lato:
    nie wiem, czy to wyszlo w Polsce:
    The short history of human progress,
    napisane przez Ronalda Wrighta (antropolog z Cambridge lub z Oxfordu – nie pamietam).

    Oto jedna z jego mysli: Historia sie powtarza – owszem, tylko za kazdym razem placimy nieporownywalnie wyzsza cene za popelnione, czesto te same bledy.

    Pozdrawiam,
    Jacobsky

  3. Moja krótka relacja z książki Sachsa znacznie upraszcza jego przesłanie. Oczywiście, Sachs nie jest krytykiem kapitalizmu w sensie teorii krytycznej. Jest mimo wszystko ekonomistą „głównego nurtu” (modne, choć niewiele znaczące określenie), wierzy w integracje i otwarcie rynków jako najlepsze narzędzie kreowania wartości. Ale, co cenne dostrzega ograniczenia wolnego rynku i tu zaczyna się miejsce dla Pańskich uwag. Dokładnie dostrzega on znaczenie inicjatyw lokalnych i rolę pobudzania lokalnych inicjatyw (jak również dopasowywania rozwiązań do lokalnych kontekstów społecznych i kulturowych). W jego książce jest wiele przykładów, choćby słynny Grameen Bank z Bangladeszu.
    Ważne jest jego przesłanie – z podstawowymi problemami biednych, jakimi są choroby, skrajne ubóstwo i brak wody (o elektryczności nie pisze, ale to trudniejszy problem) można sobie stosunkowo szybko poradzić. Doświadczenie Bangladeszu pokazuje natomiast, gdzie brakuje zarówno pieniędzy, jak wody i dostępu do infrastruktury komunikacyjnej pokazuje, że paradoksalnie otwarcie dostępu do informacji przez sfinansowanie telefonu komórkowego we wsi ułatwia rozwiązanie innych problemów (zdrowotnych, aprowizacyjnych, gospodarczych).
    Do Sachsa mam zaufanie (krytyczne, rzecz jasna) z tego względu, że dużo jeździ i mieszak nie tylkow czterogwiazdkowych hotelach.

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. Dziekuje za odpowiedz. Byc moze mysle starymi kategoriami, a juz szczegolnie zaczynam byc uczulonym na telefon komorkowy jako motor postepu i jako towarzysz zycia – towarzysz, ktory przypomina mi smycz (i to dosc krotka), na ktorej chodzimy, i ktora latwo nas sciagnac z dowolnego miejsca :). Stad byc moze subjektywnosc moich opinii.

    Oczywisce sa to narzekania sytego obywatela post-modernistycznego, a przynajmniej jednego z tych, ktoremu techno-swiat zaczyna sie troche przejadac, co przebija sie przez moje bla-bla w blogu. Nie wiem, moze to noj wiek… Wie Pan, kiedy kazda zmiana modelu komorki wywoluje coraz wiekszy stres zwiazany z koniecznoscia uczenia sie nowych funkcji i guzikow, wtedy rodza sie niecheci do nowych gadzetow technicznych, i do calego techno-trendu. Innymi slowy: stajemy sie zachowawczy.

    Ale decydowana wiekszosc ludzi na swiecie ma ten stresy jeszcze przed soba, przynajmniej teoretycznie, wiec wszelkie projekty, ktore pozwalaja ulatwic dostep do systemow informacji i przyspieszaja rozwoj infrastruktury sa jak najbardziej wskazane.

    Lecz byc moze tu rowniez tkwi pewne niebezpieczenstwo, na dluzsza mete 🙂
    W koncu roznica miedzy optymista i pesymista jest taka, ze pesymista jest z reguly lepiej poinformowany… (to oczywiscie zart).

    Nie mam powodow, zeby podwazac gruntownie to, co pisze Sachs, a jesli mam na ten temat swoje uwagi, to dlatego,ze postrzegam swiat inaczej niz on, co nie znaczy, ze prawidlowo. Owszem, jestem ostroznym pesymista. Moj pesymizm nie wyplywa z tego, ze uwazam sie za osobe lepiej poinformowana niz inni, a juz z pewnoscia nie lepiej poinformowana niz Sachs czy Pan. Problem w tym, ze nie moge juz w sobie wygenerowac tyle optymizmu, ile mialem go lata temu, czytajac namietnie michalki o tym, jaki to bedzie dobrze w roku 2000. Bylo to 20 lat temu – odstep czasu mniej wiecej taki sam, jak ten, o ktorym mowia panowie Sachs czy szef GE. Coz, musze pamietac (i stale sobie powtarzac), ze nic nie kaze, aby nadchodzace 20 lat mialy byc powtorka z historii.

    Dziekuje za stymulacje do dyskusji.

    Jacobsky

  6. Jacobsky pisze: „dyskutowanie z modelem obecnego świata oraz z modelami proponowanym tu i tam to świetna zabawa intelektualna, nie tylko na lato”.
    Lato kwietnie, więc pozawalam sobie na dyskusje w tonie „jak przyszłość mogłaby wyglądać”. Tak więc globalizacja i umocnienie wspólnot lokalnych, ich oddolna aktywizacja nie muszą się wykluczać. Bywa wręcz przeciwnie, zwłaszcza w sytuacji, gdy globalizacja jawi się jako amerykański imperializm kulturowy. Homogenizacja kultury stymuluje bowiem ludzi do poszukiwania własnej tożsamości. Niekiedy owo poszukiwanie zwraca się w kierunku, który Giddens określa obroną tradycji w tradycyjny sposób. (To ostatnio niestety także nasze podwórko). Jednak sprzeciw wobec globalizacji może również powodować ludzi do integracji na poziomie lokalnym i podejmowania inicjatyw na rzecz najbliższego otoczenia, rozwiązywania własnych problemów w sposób, który zazwyczaj jest faktycznie najbardziej adekwatny i skuteczny – czyli oddolny. IT mogą tu także okazać się pomocne. Badania Wellmana pokazują, że nawet lokalna gazeta integruje członków społeczności, podobnie sprawa ma się z lokalnymi sieciami. To może wydać się paradoksalne że zamiast iść do sąsiada rozmawiam z nim przez Internet. Cyberprzestrzeń ma jednakże znamiona pozwalające przełamać bariery komunikacyjne nękające człowieka postmodernizmu. Możemy, więc poczytać w Sieci o sprawach ludzi zamieszkujących w naszej okolicy, poszukać miedzy nimi tych, którzy maja podobne problemy czy zainteresowania i krok po kroku budować z nimi coraz bardziej zintegrowaną społeczność. Jeśli jednak niektóre nasze potrzeby czy interesy nie będą mogły znaleźć realizacji lokalnie sięgniemy dalej, dokąd tylko sięga łącze i powiedzmy nasza umiejętność posługiwania się językami obcymi (Zmieniając przez to oblicze gospodarki i kultury przez „long tail effect”).
    Będąc również tym blogiem intelektualnie stymulowana dodam, że moim zdaniem pewnym kluczem do wyjaśniania współczesności jest spójnik „i”. Tak więc i globalizacja i rozwój inicjatyw lokalnych, i samopomocowe grupy internetowe i tradycyjne grupy pierwotne, i książki z gminnej biblioteki i specyficzna niszowa muzyka, sciagnieta od fana z drugiego końca świata, i komórka i rozmowa face to face.

    Joanna i globalna i lokalna.

  7. Joanna globalna i lokalna,

    Dziekuje za komentarz. Owszem, globalizacja w swej obecnej formie, odgorna, utozsamiana czesto (rowniez przeze mnie) z hegemonizmem i „homogenizmem” gospodarczym czy kulturowym moze popchnac ludzi do szukania i do obrony wlasnej tozsamosci, ale moze tez miec skutek odwrotny. Przyklady mozna mnozyc. Sam zyje w spoleczenstwie, ktore walczy o zachowanie swej tozsamosci kulturowej, ale czynione jest to w sposob nowoczensy, w miare skuteczny, i bez zamykania sie na swiat, bez budowania twierdzy.

    W moim widzeniu swiata liczy sie kierunek, jaki przybiera wektor zmian. Ja preferuje kierunek oddolny, w gore, a wiec scalanie sie lokalnych wspolnot, jesli taki jest ich interes i chec. Scalanie musi prawdopodobnie byc poprzedzone wymiana informacji, a wiec trzeba ku temu tworzyc warunki na miare potrzeb i aktualnych mozliwosci. W tej wizji jest miejsce na spojnik „i”, „lub” i inne.

    Zgadza sie: jedno nie wyklucza drugiego. Innymi slowy gdzies tam jest zloty srodek.

    Jacobsky

  8. Szanowny Jacobsky

    Zazdroszczę Panu społeczeństwa. U nas wciąż wieje „próżnią socjologiczną”. Mówię to jako dydaktyk i jako pracownik socjalny propagujący ideę partycypacji jednostek w decyzjach o samostanowieniu – ale Homo sovieticus wyłazi nawet ze studentów. Gdy pytam ich o doświadczenia z działalności w ramach społeczeństwa obywatelskiego zapada martwa cisza. Nieliczni aktywiści opowiadają ze zniechęceniem, jaką nieufność budzili wśród ludzi podejmując jakąkolwiek działalność społeczną. (Jak inżynier Karwowski ze swa inicjatywą klubu lokatorów?) Jak już pisałam (28.06) są powody słabości polskiego społeczeństwa. Mówiąc obrazowo zostało ono z premedytacją zabite (podczas rozbiorów, podczas okupacji i w dobie realnego socjalizmu). Obecnie jedynie nieliczni przedstawiciele elit lokalnych podejmują próby działań na rzecz wspólnego dobra. Szczególnie widać to w małych gminach gdzie powstają ośrodki kultury, kultywowania tradycji czy też rekreacyjne. Mieszkańcy wspólnie bez przymusu dbają o wygląd miasteczek czy dzielnic, o bezpieczeństwo, o integrację itd. ? i kiedy można było mówić o społecznym przedwiośniu? robimy gwałtowny zwrot w tył – do solidarności raczej negatywnej (przeciw czemuś, czy komuś) i tożsamości narodowej akcentującej przeszłość.
    Jest jednak czas walki i czas pracy. Patriotyzm w czasie pokoju to praca wykonywana na rzecz lokalnej społeczności, do której powinna przygotowywać między innymi szkoła. I takie kształcenie obywatelsko patriotyczne ja z całego serca popieram.

    Joanna patriotyczna i obywatelska.

  9. tak zawodne są próby kierowania nowoczesną gospodarką przy wykorzystaniu tylko sił rynku.

    Powyższe stwierdzenie, poza tym, że jest wewnętrznie sprzeczne, obnaża stosunek p. Sachsa do wolnego rynku. Otóż swoje rozważanie zdaje się on wywodzić z niepisanego założenia, że gospodarka powinna być podporządkowana pewnym określonym przez niego celom, po czym stwierdza, że wolny rynek nie daje się kierować zgodnie z jego oczekiwaniami. Tymczasem istotą wolnego rynku jest właśnie to, że ludzie działają na nim w sposób nieskrępowany i robią to, co oni sami, a nie politycy, uznają za właściwe. W tej sytuacji narzekanie, że rynku nie można zmusić do tego, żeby zachowywał się tak, jak my chcemy, jest bez sensu. Alexis de Tocqueville powiedział: „Kto widzi w wolności cokolwiek poza nią samą, jest stworzony do zniewolenia”.

    Wszystkie pomyślnie działające gospodarki to gospodarki mieszane, w których rozwój ekonomiczny opiera się zarówno na sektorze publicznym, jak i na sektorze prywatnym.
    To jest prawda, ale nie wynika to z tego, jak by chciał p. Sachs, że gospodarka hybrydowa radzi sobie lepiej od gospodarki opartej na własności prywatnej, tylko z tego, że gospodarka oparta całkowicie na własności prywatnej – nie istnieje (pomijam przykład Somalii). Nie ma więc możliwości dokonania porównania, ale można zauważyć, że tam, gdzie własności prywatnej (wolności) jest więcej, ludziom żyje się lepiej.

    Tłumaczenie braku tej pomocy korupcją i marnotrawieniem w krajach biednych nazywa zwykłą obłudą. W argumentacji takiej specjalizują się zwłaszcza Stany Zjednoczone, które akurat najmniej, licząc procentem PKB przeznaczają spośród krajów rozwiniętych dla biednych.

    Nie jest to obłuda, tylko konsekwencja. Logiczne jest, że jeśli Stany Zjednoczone twierdzą, że „pomoc” przeznaczana biednym krajom jest marnotrawiona, to nie będą na nią wydawać zbyt wiele pieniędzy. Obłudne byłoby, gdyby USA jednocześnie dokonywały krytyki i przekazywały krajom afrykańskim duże fundusze.

    Piszę „pomoc” w cudzysłowie dlatego, że przekazywanie dużych ilości pieniędzy, choć jest rozwiązaniem najprostszym i wręcz prymitywnym, wcale nie rozwiązuje problemów, a tylko je pogłębia. James Shikwati, dyrektor Regionalnej Sieci Ekonomicznej Kenii, apelował kiedyś:

    Jeżeli w jakimś regionie kraju panuje susza, nasi skorumpowani politycy natychmiast wzywają Zachód na pomoc. Ten apel trafia do Światowego Programu Żywnościowego ONZ, czyli do olbrzymiej instytucji zatrudniającej aparatczyków, którzy sami znajdują się w dość absurdalnej sytuacji: ich zadaniem jest wprawdzie walka z głodem, ale wszyscy byliby bezrobotni, gdyby faktycznie udało im się go pokonać. Oczywiście, skwapliwie odpowiadają oni na prośbę o zwiększenie pomocy. Nieraz żądają jej trochę więcej, niż postulował dany afrykański rząd, po czym przekazują ów apel o pomoc do centrali. Niedługo potem wysyła się do Afryki tysiące ton kukurydzy i ląduje ona w porcie w Mombasie. Część wędruje od razu do rąk pozbawionych skrupułów polityków, którzy przesyłają ją własnemu plemieniu, by wygrać walkę wyborczą. Inna część trafia na czarny rynek, gdzie sprzedaje się ją po cenach dumpingowych. Miejscowy rolnik może od razu zawiesić swoją motykę na kołku, i tak nie wygra z Programem Żywnościowym ONZ. Skończcie z tą pomocą, na Boga! (…) Jeśli Zachód naprawdę chce pomóc Afrykanom, niech skończy z tą cholerną pomocą. Krajom, które uzyskały największą pomoc rozwojową, powodzi się teraz najgorzej. Finansuje się rozbudowane aparaty biurokratyczne, sprzyja korupcji. (…) Afrykanie wychowywani są do żebractwa i niesamodzielności.

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.

*

 
css.php