Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Antymatrix - Blog Edwina Bendyka Antymatrix - Blog Edwina Bendyka Antymatrix - Blog Edwina Bendyka

31.05.2007
czwartek

Bruksela, Copyright Summit

31 maja 2007, czwartek,

Po pierwsze twórcy! To hasło zakończonego właśnie w Brukseli „Szczytu Praw Autorskich” (Copyright Summit) zorganizowanego przez CISAC (International Confederation Societies of Authors and Composers). Obrady odbywają się przytłoczone wyzwaniem cyfrowej rewolucji, która całkowicie zmienia świat regulowany instytucją praw autorskich. Świat stający się coraz ważniejszym fragmentem nowoczesnych gospodarek (w USA 11 proc. PKB pochodzi z „copyright industries”, które zatrudniają blisko 10 proc. zatrudnionych, ale nawet na Węgrzech blisko 7 proc. PKB pochodzi z przemysłów twórczych).

Z jednej strony zagrożenie zmianą, z drugiej świadomość coraz większej wagi (a więc także wpływów politycznych, społecznych i ekonomicznych) powodują, że wszelkie dyskusje o prawach autorskich nabierają wysokiej temperatury. Nie inaczej w Brukseli, gdzie już podczas pierwszej sesji wyszło na jaw, że mimo hasła konferencji, twórcy stanowią niewielką mniejszość wśród uczestników. Salę zdominowali producenci i przedstawiciele organizacji zarządzających prawami autorskimi.

Ta przewaga (a także charakterystyczny dla tego sektora konserwatywny sposób myślenia) można było dostrzec podczas debaty z udziałem Lawrence’a Lessiga, twórcy ruchu Creative Commons (odsyłam na stronę CC). Na nic zdały się jego argumenty, że CC ma służyć wzbogaceniu instytucji praw autorskich, a głównym wrogiem są abolicjoniści kwestionujący samą instytucję. Obecni na sali twórcy bronili projektu Lessiga, pokazując jego aktualność w epoce cyfrowej. Dla establishmentu jest on jednak naruszeniem status quo i grozi erozją instytucji praw autorskich, których praktyka w Europie rozwija się od 200 lat.

Twórcy też z największą aprobatą odnosili się do cyfrowego wyzwania, dostrzegając w technologicznej rewolucji i serwisach takich, jak Google, MySpace i YouTube doskonałe narzędzie komunikacji z odbiorcami. Nigdy ich zdaniem twórczość, zwłaszcza muzyczna nie kwitła, tak jak dzisiaj. Czy temu wzrostowi twórczej aktywności towarzyszy rozwój modeli biznesowych dających twórcom szansę godziwego zarobku? Tu już odpowiedzi były mniej entuzjastyczne.

Ciekawe argumenty wniosła też przedstawicielka organizacji konsumenckich, przekonując że nie można absolutyzować praw autorskich, jeśli miałoby to prowadzić do wyraźnego naruszenia praw i prywatności konsumentów. Nie jest też dobrym sposobem na walkę z piractwem wsadzanie konsumentów do więzienia, z czym zgodzili się nawet przedstawiciele organizacji producenckich, przyznając że dotychczasowe polowania na przynoszą odwrotny skutek społeczny i lepiej skoncentrować się na działaniach edukacyjnych. Okazuje się bowiem, że wystarczy młodym ludziom wyjaśnić na czym polega prawo autorskie i dlaczego jego naruszanie jest kradzieżą, by okazało się, że nie wszyscy są urodzonymi piratami.

Podczas szczytu pytania dominowały nad odpowiedziami. I nikt już nie miał wątpliwości, że stary świat odchodzi w przeszłość, co skwitował przedstawiciel Universal Music Group, oświadczając, że płyta CD umarła.

Niezwykłym przerywnikiem konferencji był koncert Tootsa Thielemansa, najlepszego belgijskiego jazzmana który właśnie świętował 85 urodziny. Mistrz harmonijki improwizował proponując porywające interpretacje klasycznych utworów muzyki filmowej, Brela, muzyki brazylijskiej. Nie przestał imrpowizować nawet wówczas gdy publiczność śpiewała mu „Happy Birthday!”. Ale jak stwierdził, od lat śpi w łóżku w trójkę. Po jednej stronie leży żona, po drugiej harmonijka. Gdy się budzi, chwyta za instrument i gra.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 4

Dodaj komentarz »
  1. Bardzo ciekawe zdanie: „Na nic zdały się jego [Lessiga] argumenty, że CC ma służyć wzbogaceniu instytucji praw autorskich, a głównym wrogiem są abolicjoniści kwestionujący samą instytucję.”, bo pokazuje w jaki spsob buduje sie cale spektrum opinii jeszcze pare lat temu zupelnie nieobecnych. Partia Piratow ze swoim calkiem realistycznym i sensownym programem idzie przeciez znacznie dalej niz Lessig kiedykolwiek chcial isc. Pojawiaja sie powazne sily ideowe jak stallmanisci z freedomdefined.org domagajacy sie jasnego okreslenia PRAW uzytkownikow kultury (czyli – nas wszystkich). Ci stallmanisci – poprzez osobe Erika Moellera – maja powazny wplyw na Wikipedie, wiec nie nalezy uznawac ich bynajmniej za margines. Na tym tle CC z ideologia kompromisu – wspieranie istniejacego prawa w zamian za rozpoznanie – zaczyna powoli wygladac jak listek figowy przemyslu.

  2. Czy naruszenie praw autorskich naprawdę jest kradzieżą? Zgodzę się, że z definicji jest niezgodne z prawem, ale zauważmy, że w różnych krajach są różne obostrzenia, różne regulacje. Naruszenie praw autorskich jest więc pojęciem stricte prawniczym. Kradzież natomiast jest pojęciem związanym w szerszym sensie z etyką i standardowo kojarzy się z pozbawieniem kogoś przedmiotu kradzieży, podczas gdy twórca nie traci prawa do dysponowania utworem, po prostu czerpie z niego mniejsze korzyści.

    Polski kodeks karny w art. 278 (o ile wersja na stronie Sejmu jest aktualna) mówi o przywłaszczeniu rzeczy ruchomej, energii elektrycznej
    lub programu komputerowego. Utwory muzyczne czy napisy do filmu nie
    są tam na przykład wymienione. Prawa chronione są innymi przepisami,
    formalnie więc naruszenia tych praw nie można chyba podciągnąć pod
    przestępstwa przeciwko mieniu (nie jestem prawnikiem, wiec nie wykluczam, że w tych innych przepisach też nazywa się je jednak przestępstwami przeciwko mieniu)

    Osobiście uważam, że ukraść można tylko przedmiot materialny, ew. pieniądze z konta w postaci elektronicznej,wspomniany prąd, ale nie np. dzieło literackie czy muzyczne. W niektórych krajach robienie dla znajomego kopii posiadanej legalnie płyty jest nielegalne, w innych legalne. Kradzież jest nielegalna praktycznie wszędzie i kojarzy się jednoznacznie negatywnie. Rozszerzanie tego pojęcia na prawo autorskie powoduje de facto, że albo legalnie robiący kopię dla kumpla użytkownik, albo rząd kraju, który na to zezwala, zostaje nazwany „złodziejem”.

    Mam wrażenie, że ta terminologia została wypromowana właśnie przez instytucje czerpiące korzyści z prawa autorskiego i jest dość obłudna. Całkiem niedawno np. któraś z wielkich wytwórni fonograficznych została
    zmuszona do zmiany zamieszczanej na płytach informacji, że kopiowanie
    jest nielegalne. Inni producenci, żeby uniemożliwić kopiowanie na własny użytek, wprowadzają jakieś (z reguły śmiechu warte) zabezpieczenia. A powinni się zastanowić, co właściwie sprzedają. Jeśli sprzedają licencję na niepubliczne, niekomercyjne odtwarzanie, płyta jest tylko nośnikiem i
    wprowadzając zabezpieczenia, o których nie zawsze informują, de facto są nieuczciwi, bo ograniczają klientowi możliwość realizacji zakupionej licencji.

    Prawo własności intelektualnej jest ponadto bardzo nierówne. Część
    wyników naukowych można zastrzec jako wynalazek, części nie.
    Prawo majątkowe do utworu literackiego przysługuje automatycznie, prawo do wynalazku,tylko po zgłoszeniu do Urzędu Patentowego. Co więcej, jeżeli ujawnimy wynalazek przed zgłoszeniem, tracimy prawo do ochrony. Coraz częściej się zapomina, że motywem dla wprowadzenia ochrony patentowej czy prawnoautorskiej było zachęcenie twórców. Nie chodziło o podkreślenie ich „naturalnych” praw majątkowych do utworów/wynalazków, a raczej o powiedzenie „starajcie się tworzyć a my zapewnimy wam pewien monopol”. I w tym sensie własność intelektualna nie jest niczym tak podstawowym jak własność do przedmiotów materialnych, a raczej umową społeczną, której łamanie można uznać za naganne, ale wg mnie trudno uznać za kradzież.

    Podobnym problemem jest okres przez jaki po śmierci autora prawo
    do utworu przysługuje spadkobiercom. Okres ten jest wciąż wydłużany,
    choć też różni się w zależności od kraju. Jest to dodatkowy bonus dla
    dzieci autorów, które z reguły dziedziczą i majątek zgromadzony przez
    rodziców-twórców i środki do gromadzenia dalszego majątku poprzez
    prawa autorskie do nie swoich dzieł. Fakt, że i tu regulacje sie różnią,
    pokazuje, że sprawa nie jest oczywista i nie jest do końca jasne w jakim
    stopniu te prawa powinny spadkobiercom przysługiwać.

    Nie jestem przeciwnikiem praw na dobrach niematerialnych, ale muszę przyznać, że złości mnie bardzo, gdy potentaci medialni próbują nam wmówić, że są one tak samo „oczywiste i naturalne” jak prawo własności
    przedmiotów materialnych.

  3. Edwin Bendyk pisze: „Salę zdominowali producenci i przedstawiciele organizacji zarządzających prawami autorskimi.”

    W tym tkwi cały problem – nie chodzi o ochronę praw autorów, a o ochronę dochodów pośredników. A Internet eliminuje pośredników. Szkoda, że walka o nieuniknione zajmie nam jeszcze trochę czasu – chyba, że znajdzie się jakaś Margaret Thatcher tej branży, która zaprowadzi nowy porządek (tak, jak Pani Premier rozprawiła się z problemem górniczych związków zawodowych).

  4. „Niezwykłym przerywnikiem konferencji był koncert Tootsa Thielemansa, najlepszego belgijskiego jazzmana który właśnie świętował 85 urodziny. Mistrz harmonijki improwizował proponując porywające interpretacje klasycznych utworów muzyki filmowej, Brela, muzyki brazylijskiej.”

    Jak się domyślam improwizacja była użytkiem dozwolonym.
    Ale czy słuchanie tej interpretacji klasycznych utworów muzyki filmowej było dozwolone.
    Jeśli ktoś to nagrał „piracko” i zechce to legalnie wydać, to komu ma płacić?

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.

*

 
css.php