Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Antymatrix - Blog Edwina Bendyka Antymatrix - Blog Edwina Bendyka Antymatrix - Blog Edwina Bendyka

4.12.2007
wtorek

Kulturoróżnorodność

4 grudnia 2007, wtorek,

Brzmi strasznie, ale kwestia wspierania różnorodności kulturowej jest głównym elementem misji takich instytucji, jak UNESCO. Alek Tarkowski w „Kulturze 2.0” pisze, odbijając się od spotkania z Andrew Keenem, do kwestii kultury, konsumpcji, dobra wspólnego i różnorodności. Tu chciałbym zwrócić uwagę na dwie kwestie: różnorodność kulturowa nie ma szansy na otwartym rynku, mały niszowy sklepik orientalny przegra z molochami mającymi mniejsze koszty ze względu na ekonomię skali (we Francji trwa teraz dyskusja, czy zezwolić wielkim sieciom handlować w niedzielę. Paryscy sklepikarze, stanowiący w dużej mierze o urodzie tego miasta wiedzą, że ewentualna zmiana prawa oznacza ich likwidację). Należałoby ich więc wspierać, co jest oczywiście postulatem całkowicie nieliberalnym, dlatego też atakowanym przez wszystkich liberałów.

Sprawa druga, to przestrzeń publiczna i ewentualne wspieranie jej publicznego, otwartego charakteru. Niestety, przestrzeni tej, rozumianej jako przestrzeni kultury już nie ma, przynajmniej w Warszawie. Młodzi ludzie (czerpię z doświadczenia dzieci w wieku gimnazjalnym) umawiają się na spotkania w centrach handlowych. To jedyne miejsca, gdzie coś się dzieje, można sobie za darmo popatrzeć, a ewentualnie za dodatkową opłatą pójść do kina, McDonalds’a, etc. Innych miejsc nie ma. Pełna bezalternatywność dla rynkowej socjalizacji. Lub inaczej, alternatywą jest Sieć, ale wbrew narzekaniom młodzi chcą się spotykać w realu, tylko dorośli zapomnieli im stworzyć odpowiednią przestrzeń.
LeGlatin.jpgW niezwykle interesujący sposób o kwestii kulturowej różnorodności i przemianach kulturowych w dobie Internetu, globalizacji i liberalizacji pisze Marc Le Glatin, francuski aktor, reżyser teatralny i politolog w fascynującej książce „Internet:un séisme dans la culture?”. Książka ta jest doskonałą odpowiedzią dla prostoty przekazu „Kultu amatora” Andrew Keena. Le Glatine pokazuje całą złożoność konsekwencji zmian pod wpływem internetu. Zmienił on bowiem zasadniczo dwa wektory kontroli kultury. Z jednej strony, tak jak zauważa Keen, zagrożone są przemysły kultury żyjące z copyrightu. Z drugiej strony jednak wyczerpał się postulowany przez kraje takie, jak Francja model wspierania różnorodności (bo jak np. utrzymać system kwot emisyjnych dla programów narodowych). W powstałej regulacyjnej pustce powstają nowe, żywe formy kultury.
Po prostu, zauważa Le Glatine, przeżywamy zmianę kulturowo-antropologiczną podobną do przejścia neolitycznego. Możemy się bronić broniąc starych instytucji. Tyle tylko, że obronić się ich nie da, skoro upadł ekonomiczny fundament: w epoce cyfrowej dzieło oderwało się od fizycznego nośnika, który gwarantował kontrolę. Gdy pojawiła się możliwość kopiowania bez końca i bez utraty jakości, radykalnie zmienił się kontekst ekonomiczny funkcjonowania kultury, w efekcie stare formy regulacji politycznej, prawnej i rynkowej straciły de facto moc. W takiej sytuacji potrzebny jest nowy kontrakt społeczny, określający m.in. kwestie wynagradzania twórców. Oczywiście, nie wszyscy podzielają ten pogląd: Nicolas Sarkozy zapowiedział właśnie, że zaostrzy walkę z piractwem. Jeden z pomysłów polega na przerzuceniu ciężaru walki z transferem pirackich treści na operatorów internetu. Komentatorzy kwitują pomysł prezydenta, że spłaca przedwyborcze długi: w czasie kampanii dostał poparcie od Johnny’ego Hallydaya, kultowego francuskiego rockmana.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 11

Dodaj komentarz »
  1. Nie zgadzam się z takim prostym rozumowaniem, że sklepik przegra przez korzyści skali. Nie konkuruje on bowiem z hipermarketem. Tak jak producent dębowych mebli na zamówienie nie przegra z Ikeą, bo półka ze sklejki nie jest substytutem dębowego regału. Z dobrami informacyjnymi oderwanymi od nośników jest oczywiście inaczej…

  2. Do burlap:
    Cóż, proszę tylko spojrzeć na statystyki zmian w handlu i jak wyglądają miasteczka we Francji lub Wielkiej Brytanii, gdzie liczba małych sklepów radykalnie się zmniejszyła. Oczywiście, dla niektórych niszowych przedsięwzięć istnieje szansa, zwłaszcza jeśli osiądą one w dużych ośrodkach, gdzie jest szansa pozyskać odpowiednio wielu klientów. Proces jest dosyć złożony, o czym świadczy eksplozja „ethnic marketing” na Zachodzie, widoczna zwłaszcza po modzie na światowe kuchnie.

  3. Bardzo doceniam ten post, choć nie zgadzam sie z większą jego częścią.

    „różnorodność kulturowa nie ma szansy na otwartym rynku”

    Niestety, jest to błędne stwierdzenie. Niestety, bo różnorodnosć to megabiznes, a w przyszłym roku wszyscy się o tym przekonamy („Rok Dialogu Międzykulturowego 2008), pisałem o tym w komentarzu do wspisu Alka Tarkowskiego. Komisja Europejska (około dziesięciu konkursów i przetargów róznego typu na dofinansowanie działań w związku ze wspomnianą wyżej „imprezą”), mechanizmy EOG, bogate organizacje trzeciego sektora w Holandii i Niemczech – oto źródła funduszy na działalność związaną z „promocja różnorodności” (czyli: jak wykorzystując europejską retotykę i będąc organizacją o teoretycznie pro-społecznym profilu wyciągnąć od 50 tys. do 3,5 mln Euro, z których ledwie jakieś 10% faktycznie zostanie wykorzystanych na działania kulturalne typu wtórne i bezproduktywne – ale traktujace o róznorodności/dialogu – publikacje…). Przecież różnorodnosć jest na każdym kroku, w każdej reklamie, strategii brandingowej i regulaminie korporacyjnym.

    Odnośnie UNESCO… Przyjęta w 2005 roku „Konwencja o Ochronie i Promocji Różnorodności w Ekspresji Kulturalnej” to, rzecz jasna, w dużej mierze kolejny mierny międzynarodowy dokument, ale zawiera kilka artykułów, które winny zainteresować każdego entuzjastę tzw. „wolnej kultury”. W Polsce o konwencji prawie nikt nie słyszał, bo przyjęto ją dopiero w sierpniu br., później, niż w pozbawionym niemalże przemysłów kultury Dżibuti…Proponuję najpierw zainteresować się treścią dokumentu i przejrzeć europejskie strony poświęcone „marketingowi róznorodności”. Różnorodnosć ma miejsce na rynku, oj ma…Ludzie żyją z niej latami mieniąc się wielkimi pozarządowymi aktywistami.

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. A jak mozna ta ksiazke kupic? Nawet amazon.fr jej nie wyszukal.

  6. Do Zbigniewa Łukasiaka:
    Książkę oferuje FNAC:
    http://www4.fnac.com/Shelf/article.aspx?PRID=1997055&OrderInSession=1&Mn=2&SID=3a89aa8a-d6cc-94ee-bb46-25f2acd69879&TTL=051220071205&Origin=FnacFR&Ra=-1&To=0&Nu=1&UID=0077021bd-7b5e-79fe-6add-ffdc3bf03e66&Fr=0

    W Amazonie też jest, ale trzeba długo czekać. Jeśli jest Pan w Paryżu, to w księgarni w Centre Pompidou

    Pozdrawiam

  7. Do Autora:
    Czym innym jest szansa na przetrwanie małych sklepików w Paryżu (rzeczywiście mniejsza), a czym innym szansa sklepiku kolonialnego, o którym pisał Alek (według mnie większa, bo nie działa na tym samym „rynku właściwym” co hipermarket).

    A jeśli chodzi o małe sklepiki, to przyznam, że chciałbym zobaczyć dokładniejsze badania. W Polsce irytuje mnie nadmiar małych sklepików – można kilometrami przemieszczać się w dużym mieście i minąć 50 małych sklepików spożywczych i zero kawiarni. W Holandii i Hiszpanii (nie znam dokładnie realiów Francji i Wielkiej Brytanii) można godzinami szukać sklepiku spożywczego, ale bar zwykle się znajdzie (w Hiszpanii szybciej, czasem wręcz w natężeniu podobnym do natężenia małych sklepów w Polsce). Nie miałbym więc nic przeciwko temu, żeby zamiast sklepików powstawały kawiarnie, kanapkarnie czy cukiernie. Wiem, że to wymaga zmiany gustów, jakby powiedział ekonomista, albo jakichś innych zmian społecznych, zapewne wyższych dochodów i lepszego dostosowania miast do potrzeb osób starszych i niepełnosprawnych (komunikacja, dostępność czy nawet pomoc w zakupach). Mały lokalny bar równie dobrze spełnia funkcje społeczne, co mały sklepik (a że jest ciężko do tego dojść to inna sprawa – z drugiej ręki słyszałem o problemach przeniesienia włoskich zwyczajów picia kawy przy barze i pogawędce z właścicielką do małego miasteczka w Polsce)…

  8. A Hallyday ma na imię Johnny (a właściwie to Jean-Philippe Smet:) ale to tylko tak na marginesie! Fanem Johnny’ego nie jestem i z tego błędu wnoszę, że Pan również preferuje inną muzykę, zgadza sie?

  9. Do Scothy:
    Dzięki za poprawkę (już uwzględniłem), to raczej z pośpiechu, choć prawdą jest też, że fanem tegoż artysty nie jestem.

  10. No niestety – nie akceptuja mojej karty (ani fnac ani Amazon – gdzie w koncu znalazlem ksiazke po tytule, bo po ISBN nie znajdowal), a mieszkam w Londynie (Waterstones tez tego nie ma). W kazdym razie dziekuje, byla szansa na przeczytanie czegos ciekawego spoza kregu anglojezycznego.

    A tak przy okazji, jak sie juz tak spoufalam, to moze by Pan polecil jakies blogi albo inne ciekawe sajty francuskojezyczne? O tematyce wlasnie internetu i zmian jakie wprowadza.

  11. Do Zbigniew Łukasiak:
    Poważne zadanie, proszę dać chwilę, to przy okazji zrobię remanent francuskojęzycznych źródeł. Jest tego trochę.

    Pozdrawiam

  12. radzę sprawdzić interpunkcję raz jeszcze.
    to tak na marginesie.

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.

*

 
css.php