Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Antymatrix - Blog Edwina Bendyka Antymatrix - Blog Edwina Bendyka Antymatrix - Blog Edwina Bendyka

17.04.2008
czwartek

Reforma nauki

17 kwietnia 2008, czwartek,

Tusk.jpgWczoraj rząd ogłosił założenia reformy systemu nauki i szkolnictwa wyższego. Projekt przygotowany przez zespół ekspertów  poparł osobiście Donald Tusk deklarując polityczne poparcie dla zmian. Jedna z kluczowych deklaracji – systematyczny wzrost nakładów na naukę, tak by w 2013 r. nakłady te osiągnęły poziom 2 proc. PKB. W zamian za kasę głębokie zmiany strukturalne.

Póki co najwięcej kontrowersji wzbudziła zapowiedź likwidacji stopnia doktora habilitowanego. Szkoda, że podczas tej wrzawy zniknęła zupełnie kwestia istoty reform, które mają charakter systemowy i złożony, gdzie pewne formalne elementy jakości mają być zastąpione przez procesy wymuszania tej jakości (konkursy o pieniądze, kontrakty i konkursy na stanowiska, etatyzacja). W założeniu chodzi o to, żeby podobnie choćby jak w USA (nie znają one habilitacji, poziom nauki mają nieco wyższy niż Polska) gwarantem jakości było miejsce, w którym uczony pracuje i jakie ogłasza wyniki. Więcej mówi o człowieku to, że jest profesorem Stanford University, niż to, że zrobił w Polsce habilitację.

Obawiam się, że projektowi reformy grozi rozszarpywanie go na kawałki, wg interesów poszczególnych grup. Tymczasem bez wdrażania go w całości nie ma on sensu. Więcej w analizie, jaką wczoraj opublikowałem z Jackiem Żakowskim w „Polityce”. Prezentacja z założeniami reformy oraz założenia reformy dostępne są na witrynie Ministerstwa nauki i szkolnictwa wyższego.

Zapraszam także w środę 23 kwietnia o 18.00 do „Polityki” na spotkanie z prof. Barbarą Kudrycką, minister nauki, prof. Michałem Kleiberem, prezesem PAN i prof. Maciejem Żyliczem, prezesem Fundacji na rzecz Nauki Polskiej. Będziemy dyskutować o reformie nauki.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 10

Dodaj komentarz »
  1. Panie Edwinie, Z zainteresowaniem przeczytałem artykuł, który opublikował Pan wraz z Jackiem Żakowskim. Nie moge sie z Panem zgodzic co do tego, że sprawa habilitacji jest w gruncie rzeczy drugorzędna. Otóż w Polsce już od dość dawna również funkcjonuje nieformalny podobny do amerykańskiego ranking naukowców oparty na tym co i gdzie ktoś opublikował. W decyzjach dotyczących finansowania projektów badawczych przynajmniej w tych dziedzinach, o których coś wiem ten ranking jest oprócz zawartości merytorycznej projektu czynnikiem ważniejszym niz to czy autorzy projektu mają belwederskie profesury bo to jak sądzę nie robi już na wiekszości oceniających takie projekty żadnego wrażenia. Natomiast tytuły naukowe są nadal najważniejszą przepustką do obejmowania stanowisk kierowniczych w polskiej nauce. Taka dychotomia, w której projektami badawczymi (czasem o dużych budżetach) kierują ludzie wybierani według jednych reguł a instytucjami naukowymi kierują ludzie wybierani według zupełnie innych kryteriów jest dysfunkcjonalna. Zwłaszcza, że ludzie nie zawracający sobie głowy walką o pieniądze na badania i o uzyskanie istotnych wyników często wygrywają w wyścigu o tytuły naukowe, bo najnormalniej w świecie maja czas na takie dyrdymały. Dlatego wbrew pozorom to nie jest tak, że zapowiedź zniesienia habilitacji przesłoniła w tej dyskusji istotę reform. Nie sposób przeprowadzic reform bez pozbycia się archaicznego systemu awansu naukowego opartego na dożywotnich tytułach naukowych. Tymczasem reforma prof. Kudryckiej wcale tak daleko nie idzie. W gruncie rzeczy znosząc stopień dr hab. a utrzymując nadawany przez Belweder tytuł profesorski podwyższa praktyczne znaczenie tego właśnie tytułu. Proszę sobie wyobrazić, że ktoś chce zdemokratyzować społeczeństwo szlacheckie i zmusić jego członków do rywalizacji opartej na pracy i pieniądzu a nie na urodzeniu i posiadanym tytule i w tym celu znosi tytuł szlachecki ale zostawia tytuły arystokratyczne. Nie dostrzega Pan tutaj olbrzymej niespójności? Pozdrawiam

  2. @ Jarek Jesli jest prawdą, że w założeniach pozostaje ‚dożywotni’ tytuł profesorski, to faktycznie trafiasz w sedno sprawy.

  3. @Darek, Jarek:

    Dziękuję za wpisy, pozwolę sobie wykorzystać podczas spotkania z prof. Kudrycką. Pozdrawiam

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. Pozwole sobie niniejszym wyrazic opinie z perspektywy osoby probujacej sie zreintegrowac z systemem po siedmiu latach pracy na uczelniach w trzech krajach europejskich (CH, D UK).
    Jak w wielu podobnych przypadkach jest to powrot zwyczajnie nieudany i gdybym miala podjac ta decyzje powtornie to zapewne nie wrocila bym do kraju i raczej wyjechala (przynajmniej na jakis czas) z Europy do USA.

    Dlugo zastanawialam sie nad czynnikami decydujacymi o porazce, ktora dotyka w mniejszym lub wiekszym stopniu wiekszosc ‚powracajacych’ do kraju.
    Poczatkowo sadzilam, ze jest to habilitacja czy tez brak rzetelnych konkursow. Otoz bynajmniej! Podstawa jest kwestia organizacji i zarzadzania uczelniami. To jest KLUCZ do powodzenia wszelkich reform. Obecnie uczelnie dzialaja zgodnie z interesami ‚pracowniczymi’, wladze sa czesto wyrazicielami lokalnych ukladow i klik. W tej sytuacji kazdy kto narusza lokalna rownowage, stanowi konkurencje, moze zweryfikowac wiedze ‚autorytetow tytularnych’ jest zagrozeniem i nie zostanie ‚wpuszczony’. Nawet jak sie popelni ten blad to nastepuje szybka ‚neutralizacja’ niepokornego – w koncu wszelkie procedury sa czysto uzananiowe.

    Polskich uczelni na rewolucje nie stac, mozliwe sa tylko ewolucyjne zmiany. Te jednak musza byc zdetonowane i zadna ‚centralna’ stymulacja nie ma szans. Na uczelniach nalezy tworzyc i popierac ostoje excellence zarowno naukowej jak i dydaktycznej, a innym dac szanse dorownania lub odejscia z uczelni. To jednak nie jest mozliwe bez wladzy niezaleznej od lokalnych ukladow i na biezaco rozliczanej z efektow pracy podwladnych.

    Habilitacja to oczywiscie bzdura, ale doprawdy temat zastepczy. Tak naprawde to chodzi o realna wladze i decyzyjnosc – zwlaszcza na poziomie wydzialu/uczelni. Wszyscy wiedza, ze jest to glowne zrodlo wszelkiego zla, ale jest to temat TABU – niestety!!!

    Mozna stworzyc granty start-up dla mlodych lub powracajacych. To jednak na nic, jezeli kolegialna RW przeglosuje program studiow z polowy XX wieku tak by ‚zasiedziala kadra’ dalej mogla korzystac z pozolklych kartek.

  6. Ja też z zainteresowaniem przeczytałem Panów artykuł i z wielkim zaskoczeniem przyjąłem poparcie dla projektu „uczelni flagowych”! Przecież taka instytucja de facto likwiduje konkurencję odgórnie i „na wejściu”, zamiast doprowadzić do jej wzmocnienia w ostatecznym rozrachunku.

    Jako punkt wyjścia przyjmuje się sytuację opartą na podziale: garstka „uczelni flagowych”, tłum „uczelni zawodowych”. Teoretycznie garstka ostro konkuruje o większe pieniądze, a reszta równie ostro konkuruje o ochłapy, tylko powstaje pytanie, na jakich podstawach dokonaliśmy selekcji!

    Założenia reformy mówią o „wyodrębnieniu” uczelni flagowych poprzez „wyłonienie jednostek prowadzących najlepsze kierunki studiów i najwyższej jakości badania, mających najwyższy poziom innowacyjności oraz najnowocześniej zarządzanych”. Tkwi w tym błąd przesunięcia kategorialnego – ministerstwo i członkowie Zespołu ds. reformy chcą wyłaniać uczelnie badając ich jednostki!

    Pamiętajmy, że uczelnia nie jest monolitem – uniwersytet X może mieć rewelacyjną chemię, prawo i fizykę a beznadziejną biologię, a tymczasem perłą uniwersytetu Y są nauki biologiczne, choć reszta dziedzin kuleje. Co wówczas? Czy X zostanie „uniwersytetem badawczym” w pełnym zakresie, a znakomita jednostka z Y zostanie skazana na marginalizację? Kto tu w zasadzie zyska dostęp do najlepszych środków – najlepszy, czy słabeusz, który będzie w stanie „podczepić się” pod inne jednostki swojej uczelni?

  7. Szanowny Panie Redaktorze, z uwagą śledzę wypowiedzi na forach dotyczące proponowanej reformy nauki. Ponieważ postrzegam bałamutność wielu wypowiedzi zwolenników tzw. reformy nauki i szkolnictwa wyższego, bardzo prosiłabym o przekazanie Pani minister Kudryckiej informacji, by w miarę możliwości wolną chwilę poświęciła na zapoznanie się z listami podpisanymi imiennie na www.

    http://www.gazetawyborcza.pl/8,75402,5133784.html

    Serdecznie pozdrawiam.

  8. @prawdziwamm No proszę jaki piekny argument w tej dyskusji. Oto zwolennicy utrzymania status quo a w szczególnosci utrzymania habilitacji podpisują się imieniem i nazwiskiem w swoich listach skrzętnie zebranych i opublikowanych przez nieocenioną Gazetę Wyborczą. Tymczasem zwolennicy tzw. reform, autorzy BAŁAMUTNYCH wypowiedzi w internecie tchórzliwie chowają się za anonimowymi „nickami”. To musi być jakaś skaza charakterologiczna powszechna wśród zwolenników tych tzw. reform. Jako tchórzliwy anonim pozwolę sobie zwrócić uwagę na jeden z tych podpisanych listów. Nieanonimowy autor pryncypialnie oświadcza w nim, że pracuje właśnie nad swoja habilitacją i chciałby ją spokojnie obronić. No i proszę mi pokazać kogoś o porównywalnej odwadze cywilnej po stronie zwolenników tzw. reform. Przecież po opublikowaniu takiego listu to ani chybi członkowie Rady Wydziału rozszarpią go w czasie kolkwium habilitacyjnego a jego kariera naukowa legnie gruzach. Taki to już los pryncypialnych jednostek wystepujacych przeciwko swojemu środowisku.

  9. Gratuluję artykułu (wreszcie ktoś dotknął sedna reform). Ale jednak wydaje mi się, że w całej głośnej dyskusji o nauce zapomniano o paru problemach.

    1. Uczelnie niechętnie tolerują osoby z doświadczeniem pozauczelnianym. Od 7 lat pracuję w instytucie dziennikarstwa, specjalizuję się w komunikacji internetowej i multimediach, równocześnie kieruję projektami internetowymi jednego z dzienników. Nie wyobrażam sobie zajmowania się naukowo mediami, jeśli się z nimi przynajmniej nie współpracuje. Ale dla niektórych profesorów taka „druga praca” to zdrada nauki. Uważam, że jest dokładnie odwrotnie, ale dziś w wielu dyscyplinach nie ma dobrego modelu zaangażowania naukowców w praktyczne projekty. Proszę zobaczyć, z jaką zaciekłością niektórzy zwalczają tzw. drugi etat; doktoranci otrzymujący stypendium muszą czasem podpisywać papiery, że nigdzie nie pracują. Dobrze przynajmniej, że profesorom medycyny nie zabrania się leczyć.

    2. Nieprawdą jest, że habilitacja gwarantuje jakość. Niekiedy jest wręcz odwrotnie. Znam przykłady bardzo zdolnych ludzi, którzy zrezygnowali z kariery naukowej, gdy uświadomili sobie, ile lat może im zająć uzyskanie statusu samodzielnego pracownika naukowego (= dr hab., z tego powodu ponoć Amerykanie uznają polski dr za Master, a dopiero dr hab. za Ph.D.). W Polsce przed habilitacją jest się nikim. Tymczasem młodzi naukowcy nie są upośledzeni, wielu z nich odchodzi ze świadomością, że na wolnym rynku osiągną status eksperta w kilka lat, podczas gdy w świecie nauki BYĆ MOŻE po 10-15 latach pracy za 1,5 tys. zł. A i tutaj reguły nie są zbyt jasne.

    3. Konkurencja nie jest złym pomysłem, ale można ją sprowadzić do absurdu. Wielu „reformatorów” nauki uważa, że wprowadzenie zwykłej wolnorynkowej konkurencji zaradzi wszelkim bolączkom. Może się mylę, ale zbyt gwałtowne dokręcanie śruby może rozsadzić środowisko młodych naukowców. Pamiętajmy, że dzisiaj ich praca jest ceniona podobnie jak kasjerów w supermarketach (a za co sprowadzać książki z zagranicy?!). Żeby skutecznie konkurować, oni też potrzebują jakiegoś lepszego zabezpieczenia. To nie jest szybki przetarg, przyznawanie grantów potrafi się ciągnąć latami. Czy najzdolniejsi zostaną w kraju, jeśli powie im się: „możesz dostać niezłe pieniądze na badania, ale dowiesz się za rok czy wygrałeś, a pieniądze będą za dwa”. Parę osób, które zdobyło granty, powiedziało mi, że tyle to zabiera czasu i papierologii, że wolą dorobić w inny sposób.

    Powiało pesymizmem, ale skoro po wielu latach milczenia wreszcie jest dyskusja o nauce, to chyba idzie ku dobremu…

  10. Habilitacja jest problemem, bo niejasne i absolutnie nierówne są kryteria jej przechodzenia. Proszę także zwrócić uwagę na czas. On jest ważniejszy niż jakość. Kto słyszał o czymś takim w prawdziwej nauce??? Szanowni Obrońcy starych zasad, jak niewielu z Was zrobiło habilitacje w ciągu obecnie przewidzianego okresu? Tylko Ci mają prawo poddawać w wątpliwość proponowaną reformę nauki! Dalej tak jak jest być nie może, chyba, że w rzeczywistości zależy nam tylko na utrzymaniu intratnych posadek dla pochodzących z „negatywnej” selekcji pokomunistycznych profesorów … Młodszymi, wręcz przeciwnie, kierowała pozytywna selekcja. Trudno się dziwić zatem oburzeniu starszych … No ale czy autorom reform rzeczywiście zależy na konsekwentnym przeprowadzeniu tego rodzaju zmian?

  11. O ile pamietam to wprowadzenie koniecznosci posiadania stopnia doktora habilitowanego lub docenta habilitowanego dla uzyskania stabilizacji na uczelni odbyla sie ze komuny, nie zauwazylem wtedy wielkich protestow, gdyz przyznano wtedy stabilizacje wiekszosci profesorow mianowanych poprzednio bez przeprowadzania zadnej habilitacji. byc moze ze niektorzy pracuja jako profesorowie do tej pory bez zadnej habilitacji. Nie, nie zauwazylem zadnej dyskusji nad tym jakie miala dobre cechy koniecznosc przeprowadzania habilitacji, a jakie zle. Tak wiec ta zmiany obecne to sa zmiany typu „raz na prawo, raz na lewo, troche naprzod, troche w tyl”. Zmiany zarzadzane z gory bez wystarczajacej dyskusji, ktore naprawia jedna rzecz, a zepsuja przy tym trzy inne. Nauka nie jest czyms jednolitym, rozne jej dziedziny maja bardzo rozne potrzeby i bardzo rozne mozliwosci. W tym samym czasie w ktorym wprowadzano koniecznosc habilitacji, bardzo ograniczano rowniez mozliwosci pracy w pokrewnych dziedzinach. Tak wiec aby awansowac w naukach technicznych robiono doktoraty i habilitacje w dzialach jaknajbardziej teoretycznych, i w rezultacie ten ktory uczyl jak budowac mosty, sam nigdy z budowa mostow nie mial wiele wspolnego poza powtarzactwem z ksiazek, podobnie i w innych dziedzinach technicznych. No i teraz mozna lac krokodyle lzy na temat obnizania sie poziomu polskich uczelni wyzszych. Wszelkie zmiany powinny byc powolne, ewolucyjne, najpierw w jednym miejscu na probe. Przypominam ze we wczesnych latach 60-ych ubieglego wieku wprowadzano w wielu systemach szkolnych t. zw. New Math, czyli logike i teorie mnogosci w bardzo wczesnych etapach nauczania. Oczywiscie gdy wprowadzono jakies nowe rzeczy (z punktu widzenia zawodowego matematyka wcale nie tak nowe), to to sie odbylo kosztem zarzucenia innych. No i ze szkol wychodzili absolwenci ktorzy co prawda wiedzieli o dzialaniach teoriomnogosciowych, ale nie radzili sobie z ulamkami, procentami, zadaniami tekstowymi, itp. Okolo roku 1975 zrezygnowano z tego New Math, ale przez ten czas naroslo pokolenie nauczycieli szkolnych wychowanych wlasnie na New Math, ktorzy sami nie radzili sobie z ulamkami, procentami i zadaniami tekstowymi. Wielu ludzi twierdzi ze te wszystkie stopnie naukowe to pielegnuja jedynie pseudonauke zamiast nauki. Warto przypomniec ze kazdy zawodowy matematyk na swiecie wie o przestrzeniach Banacha, ale ich autor Stefan Banach nigdy nie mial zadnego stopnia naukowego z matematyki.

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.

*

 
css.php