Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Antymatrix - Blog Edwina Bendyka Antymatrix - Blog Edwina Bendyka Antymatrix - Blog Edwina Bendyka

31.12.2010
piątek

Koniec roku z Monetem

31 grudnia 2010, piątek,

Bomba estetyczna – tak chyba można określić kumulację wydarzeń kulturalnych, jaką zafundował na koniec roku Paryż. Motyw główny: Claude Monet w Wielkim Pałacu i Muzeum Marmottan-Monet plus stałe uzupełnienie w Oranżerii i Muzeum d’Orsay. Kto lubi impresjonistów, ma okazję do obejrzenia kilkuset dzieł Moneta (i w tle jego kolegów z epoki) – pod warunkiem, że się przeciśnie przez tłumy widzów. Bo Monet już bije rekordy oglądalności i najprawdopodobniej przebije wystawę stulecia „Picasso i jego mistrzowie” sprzed dwóch lat. Jeśli jednak tego nie wystarczy, to można jeszcze się „dopakować” retrospektywą Pieta Mondriana w Centrum Pompidou i Jean-Michel Basquiat Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Zupełnie na deser gdzieś tam jeszcze  Rubens-Poussin, Heinrich Kühn i Andre Kertesz.

W ten prosty oto sposób Paryż dowodzi, że ciągle jest stolicą kultury bez formalnego ubiegania się, jak Warszawa, o taki tytuł. Jakiej jednak kultury? Kto podróżuje paryskim metrem ma, podobnie jak w Londynie czy Berlinie wrażenie olbrzymiej różnorodności. Wagoniki co stacja wypełniają się wszystkimi kolorami skóry i językami. Ta różnorodność ginie przed bramami do galerii i muzeów oferujących Moneta, Mondriana i Basquiata. Wewnątrz sytuacja jak z książek Pierre’a Bourdieu. Dominuje kolor biały z niewielkim dodatkiem ciekawskich turystów z Azji. Wielki Pałac z wystawą Moneta ciągle pełni funkcję, do jakiej został powołany przed laty – strażnika kultury burżuazyjnej, miejsca spotkania i integracji społecznej klas skazanych podobno przez wielokulturową globalizację na wyginięcie.

Angela Merkel stwierdziła, że projekt multi-kulti skończył się porażką. Rzeczywiście, w Paryżu widać że kultura i udział w kulturze ciągle są, a może nawet stają się coraz bardziej instrumentem różnicowania i segregowania społeczeństwa. Czy jednak ze stwierdzenia o fiasku projektu społeczeństwa wielokulturowego wynika konieczność powrotu do Leitkultur – kultury przewodniej, której wartości powinni dzielić wszyscy aspirujący  do bycia członkami danego społeczeństwa? Koncepcję taką skrytykował Jürgen Habermas, kpiąc że w Niemczech po Holokauście orędownicy koncepcji Leitkultur za jej fundament uznają judeo-chrześcijaństwo. We Francji trwa podobna debata, przy czym Francuzi próbują traktować swoją Leitkultur bardziej elastycznie, jako przedmiot negocjacji – czego wyrazem rozbudowa Luwru i prace nad stałą ekspozycją sztuki islamskiej. Praktyka ostatnich miesięcy pokazuje jednak, że francuska republikańska kultura dominująca wcale taka inkluzywna nie jest.

Problemy Francuzów, Niemców, Holendrów, Szwedów wydają się z nadwiślańskiej perspektywy abstrakcyjne. Wszak jesteśmy społeczeństwem skłóconym, lecz przecież bardzo kulturowo jednorodnym. Chcemy przynajmniej w to wierzyć. Podobnie, jak w to, że stan taki trwać będzie w nieskończoność. Niebezpieczne złudzenie.

Wszystkiego dobrego w Nowym Roku!

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 1

Dodaj komentarz »
  1. Mam wątpliwości, czy niechęć innych „kolorów” do białej Leitkultur to jest tylko kwestia etniczna. Do zwiedzania muzeów trzeba czasu i pieniędzy (a nawet tego pierwszego więcej). Wyrwawszy się latem na tygodniowy urlop (na więcej nie było szans) postanowiłam się z przyjaciółką wybrac do Wiednia, dokąd ciągnęło mnie od lat, by poznac to miasto – szczególnie od strony kultury. Mając do dyspozycji te kilka dni, w swojej pazerności na kulturę spędzałyśmy w muzeach większość dnia – prosze mi wierzyć, był to ciężki kawałek chleba, wychodziłyśmy stamtąd wykończone, o mało nie udławiłyśmy się samymi tylko stałymi ekspozycjami, a wyjeżdżając miałyśmy wrażenie, że to tyko drobny ułamek tego, co tu jest do obejrzenia. Mam wrażenie, że poznawanie kultury to jest zajęcie dla tych niewielu, którzy oprócz środków finansowych mają też wystarczająco dużo czasu. Dziś to jest elita. Kogo stac na to? Studentów, młodych zainteresowanych kulturą, którzy nie mają zobowiązań, nie musza pracowac na utrzymanie rodzin? Bogatych rentierów, emerytów z bogatego Zachodu? – Bo na pewno nie ludzi na dorobku, którzy tyrają od świtu do nocy, ani nie wysokiego szczebla menedźerów, którzy – jak wyżej…

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.

*

 
css.php