Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Antymatrix - Blog Edwina Bendyka Antymatrix - Blog Edwina Bendyka Antymatrix - Blog Edwina Bendyka

6.01.2011
czwartek

Klęska operacji Internet Freedom

6 stycznia 2011, czwartek,

Jednocześnie w dwóch niezwykle ważnych i opiniotwórczych amerykańskich magazynach, „Foreign Policy” i „Foreign Affairs” ukazały się duże artykuły krytykujące politykę Internet Freedom zainicjowaną przed rokiem przez Hillary Clinton. W styczniu ub.r., po sławnych chińskich atakach na Google i kilkadziesiąt innych amerykańskich korporacji, po których nastąpił otwarty konflikt Google’a z władzami Chin Clinton ogłosiła, że USA będą bronić wolności internetu jak niepodległości. Internet bowiem stał narzędziem rewolucyjnej walki aktorów wszystkich kolorowych rewolucji, by wspomnieć tylko Mołdowę i Iran. W ramach polityki Internet Freedom rząd USA zdecydował się m.in. wspomóc przygotowanie oprogramowania anonimizacyjnego Haystack oraz wspierać różne dysydenckie inicjatywy w internecie (Haystack okazał się totalnym niewypałem).

Niby wszystko OK, pierwsze problemy pokazał w ub.r. Malcolm Gladwell w „New Yorkerze” w tekście „Small Change. Why the Revolution Won’t Be Tweeted”. Gladwell pokazał, jak znikoma była rola tzw. social media w irańskiej rebelii, choć została ona okrzyknięta rewolucją twittera. Teraz Evgeny Morozov w „Foreign Policy” i Clay Shirky w „Foreign Affairs” idą głębiej i dalej w swej krytyce entuzjazmu otaczającego rewolucyjny potencjał internetu i opartą na tym entuzjazmie politykę Internet Freedom.

Obaj autorzy dowodzą bowiem, że polityka Internet Freedom wolności w krajach takich, jak Iran, Rosja, Białoruś zaszkodziła. Białorusin Morozov doskonale zna realia posowieckiej sceny politycznej i pokazuje, w jaki sposób były przez autorytarne władze interpretowane różne pro-internetowe wypowiedzi – komunikat, że Departament Stanu podczas zamieszek w Iranie poprosił zarząd Twittera o to, by wstrzymał prace nad modernizacją serwisu, by go nie wyłączać ani na chwilę i nie hamować rewolucji został odczytany jednoznacznie: internet stał się bronią ofensywną w rękach amerykańskiego rządu, a amerykańskie korporacje jego najemnikami. Ponieważ zaś podstawowa infrastruktura internetu należy właśnie do Amerykanów, należy się od nich uniezależnić, blokując dostęp do takich serwisów jak Facebook, Twitter, Gmail i YouTube oferując w zamian lokalne, kontrolowane przez lokalne służby specjalne.

Drugi wniosek, jaki wyciągnęli dyktatorzy polegał na odkryciu, że za pomocą internetu można walczyć z dysydentami – na miejsce każdego bloga dysydenckiego pojawia się kilka blogów prorządowych, nie mówiąc o akcjach flamingu i trollingu. W końcu nasilenie inwigilacji i innych działań o charakterze czysto policyjnym, które doprowadziły do represji wobec setek opozycjonistów w Iranie, Rosji, Białorusi, etc. (Morozov pisze elegancko: zachodni entuzjaści internetu chodzą do talkshow, dysydenci idą do więzienia).

Analiza Morozova jest wyciągiem z jego wydanej niedawno bardzo ciekawej książki „The Net Delusion”. Zawiera ona niezliczone, bardzo szczegółowe analizy przypadków, w jaki sposób internet był wykorzystywany politycznie, z jakim skutkiem, etc. Shirky z kolei w swym eseju w „Foreign Affairs” pokazuje, że internet ma kolosalną rolę polityczną, zarówno w krajach demokratycznych, jak i autorytarnych. Jego znaczenie polega na tym, że umożliwia rekonstrukcję sfery publicznej rozumianej jako przestrzeń konwersacji, która prowadzi do budowy więzi społecznych. Z tego punktu widzenia potencjał polityczny mają nawet najzwyklejsze serwisy zrzeszające ludzi w różnych sprawach – podczas buntów wołowinowych w Korei jedną z platform, która umożliwiła koordynację protestu koreańskim nastolatkom był serwis fanowski jakiego piosenkarza pop. W sumie Shirky przypomina to, co już pisałem w książce „Antymatrix” sześć lat temu (m.in. analizując przypadek mobilizacji politycznej w Korei w 2002 r. podczas ówczesnych wyborów prezydenckich) – kluczem do działania są więzi społeczne. Shirky pokazuje jednak, że polityka Internet Freedom spowodowała wzrost podejrzliwości władz autorytarnych wobec internetu w ogóle. Ba, nawet rządy demokratyczne nie kryją pokusy poddania internetu większej kontroli.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 7

Dodaj komentarz »
  1. Po aferze WikiLeaks Amerykanie pewnie zamienią operację Internet Freedom w coś odwrotnego. Cóż: popierają wolność internetu wtedy, kiedy jest to w ich politycznym interesie.

  2. Bo też i amerykanom nie idzie o demokrację ale o własne interesy. Któż to ostatnio zaingerował w DNS wycinając całkiem sporo serwisów bez żadnego uzasadnienia prawnego ( odbyły sie procesy? komuś coś udowadniano? jakiś adwokat został zaangażowany w celu obrony?) ? Czy aby USA nie sa w jednym rzędzie z innymi reżimem które postanowiły zamknąć usta „wolnemu internetowi”? I czy panstwo które przetrzymuje więźniów bez procesu może byc nazwane demokratycznym ( Guantanamo)?

  3. A u nas też .

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. Najgorsze jest to ze rządy mieniące się demokratycznymi kombinują już od dłuższego czasu jak założyć cenzurę na Internet.
    Podsłuchują i szpiclują nas używając Internetu nawet w III RP.

    Ciekawe zjawisko, jak tylko opozycyjny demokrata dojdzie do koryta już kombinuje jak zamknąć innym gęby.

  6. Smutna sprawa. Niestety w polityce są tylko interesy, w związku z czym USA, jak wszyscy inni, stosują filozofię Kalego. Poza tym ktoś gdzieś trafnie napisał, że teraz politykę w dużej mierze kształtują wielkie międzynarodowe korporacje, których motorem działania jest jedynie zysk. Nie czują się one związane z żadnym krajem i żadnym systemem politycznym, a produkcję przeniosą tam, gdzie dostaną ulgi podatkowe, tanią, choćby nawet niewolniczą siłę roboczą oraz tanie surowce naturalne.

  7. Operację „Internet Freedom” realizuje konsekwentnie GOOGLE.Po wpuszczeniu wszystkich usług w „chmurę” i wciśnięcia wszystkim Chrome (także OS Chrome) każdy będzie mógł korzystac z internetu w taki sposób w jaki sobie życzy GOOGLE i jego mocodawcy.Zapanuje PAX GOOGLE.

  8. Trudno się dziwić, po przeczytaniu powyższych sześciu komentarzy (do godz. 11:40 wczoraj), że demokracja ma ciągle „pod górę”. Kompletne niezrozumienie idei demokracji, rozwijającej się organicznie, na zasadzie pewnej homeostazy, za to niecierpliwe, infantylne żądanie, aby było już, jak ja chce, teraz! Żadnego zrozumienia dla niezwykłej złożoności życia społecznego i politycznego (w sumie to to samo) we współczesnym świecie, tylko rozkapryszone grymasy anarcho-lewackie. W takiej sytuacji nieprędko nastanie „Internet Freedom”, nie mówiąc już o „freedom”.

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.

*

 
css.php