Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Antymatrix - Blog Edwina Bendyka Antymatrix - Blog Edwina Bendyka Antymatrix - Blog Edwina Bendyka

22.08.2011
poniedziałek

Gentryfikacja czy rewitalizacja, czyli czyje jest miasto

22 sierpnia 2011, poniedziałek,

W dzisiejszej „Wyborczej” ciekawa rozmowa Mikołajem Iwańskim i Rafałem Jakubowiczem („Artyści w służbie kapitału”) o tym, jak w polskich miastach pod szyldem rewitalizacji trwają de facto procesy gentryfikacji. Dla porządku i w uproszczeniu: rewitalizacja to przywracanie funkcji życiowych terenom zaniedbanym, gentryfikacja to proces przejmowania atrakcyjnych terenów miejskich przez klasy lepiej uposażone.

Jak przekonują Iwański i Jakubowicz, rewitalizację prowadzi się po to, żeby mieszkańcom żyło się w ich osiedlach lepiej. Niestety, zrewitalizowane tereny zyskują na atrakcyjności i zaczynają przyciągać zamożniejszych mieszkańców, którzy zaczynają windować w górę ceny nieruchomości i czynszów. W konsekwencji, ci których nie stać, muszą się wynieść. Ofiarą padają nie tylko dotychczasowi mieszkańcy, lecz także aktywni uczestnicy procesu rewitalizacji, m.in. artyści, którzy dostają zachęty, by na terenach rewitalizowanych tworzyli sobie miejsca pracy. Nic tak dobrze nie poprawia miejskiego klimatu, jak bohema. Ale bohema także dostaje kopniaka, gdy już na miejscu osiądzie bogatsza klasa średnia i chce mieć spokój po 22, a nie życie artystyczne na okrągło.

Iwański i Jakubowicz przytaczają różne przykłady, jak sobie z gentryfikacją radzić. Potrzebna jest do tego oczywiście długofalowa i spójna polityka władz miejskich. Pobożne życzenie, gdy przestrzenią miejską (nie tylko w Polsce) rządzą de facto deweloperzy i rynek nieruchomości. Dzisiejszy „Guardian” poinformował, że legendarna Cafe Richmond w Buenos Aires, miejsce gdzie przesiadywał m.in. Borges zastąpiona zostanie przez sklep Nike. Niestety, współczesne miasta stały się, jak przekonuje Thierry Baudouin w książce „Ville productive et mobilisation de territoires„, fabrykami, czyli miejscami kreowania wartości ekonomicznej i akumulacji kapitału i to właśnie logika tej akumulacji decyduje o rzeczywistym procesie kształtowania przestrzeni miejskiej. Logice tej można przeciwstawić się jedynie dzięki odpowiedniej mobilizacji politycznej, jak to miało miejsce w niektórych z miast Ameryki Południowej. Trochę na temat w wywiadzie, jaki miałem okazję udzielić „Krytyce Politycznej”.

Co ciekawe, Elizabeth Currid, autorka ciekawej książki „The Warhol Economy” dowodzi, że logika gentryfikacji odzwierciedlająca „obiektywną logikę cyrkulacji i akumulacji kapitału” sama prowadzi do zmniejszenia produktywnego potencjału miast. Currid nie interesuje się losem biednych mieszkańców miast, tylko wspomnianą bohemą. Dowodzi, że:

Art and culture matter to economic growth. Dismissive assumptions that label cultural production as frivolous, extraneous, or as a mere amenity for other important industries like finance, do art and culture a disservice. More pertinently, such stereotypes are remarkably myopic when it comes to economic growth.

Currid popiera swoje tezy zarówno analizą dziesiątków przykładów, jak i statystykami ekonomicznymi. Autorka, podobnie jak Iwański i Jakubowicz, którzy ze względów społecznych szukają sposobów na uniknięcie gentryfikacji, szuka sposobów na jej uniknięcie ze względów na utrzymanie kreatywnego i rozwojowego potencjału miast. Na ile oba cele, społeczny i rozwojowy można pogodzić?

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 4

Dodaj komentarz »
  1. Dziękuję za ciekawy wpis:) Mam wrażenie, że to samo dzieje się we Wrocławiu.
    Projekt rewitalizacji dzielnicy Nadodrza (zaniedbana dzielnica w centrum), dofinansowywany przez UE to w 90% restauracja zabytkowych kamienic (co oczywiście się chwali) niestety kosztem tzw. rewitalizacji lokalnej społeczności (z braku pomysłów planuje się (jeśli dobrze pamiętam) „trakt artystyczno-rzemieślniczy”). Restauracja kamienic to najłatwiejszy i najbardziej „widoczny”/szybko przynoszący efekty z możliwych projektów (szczególnie, że odpadające tynki i grafiti skutecznie odbierają ich walory estetyczne:)
    Jednak przy takich środkach finansowych można by stworzyć bardziej kompleksowe wieloletnie projekty. W ramach odchaczenia „odnowy społecznej” planuje się otwarcie świetlicy i Centrum Rozwoju Zawodowego. Nie jestem socjologiem, ale mieszkam w tej dzielnicy od kilku lat, więc pewnie zobaczę co z tego wyjdzie.

  2. W kraju w ktorym brakuje 1.5 miliona mieszkan tego rodzaju kanibalistyczne praktyki nie zaskakuja. Na dodatek polscy artysci sa ( czesciej niz rzadziej, tak jak reszta absolwentow tzw. szkol wyzszych ) infantylni i zyja wedlug wzorca ‚dajcie mi na farbki, to wam cos namaluje’. Mysle ze tym razem jednak robi sie z nich kozla ofiarnego placacego za cynizm i brak kompetencji innych – nie tylko samorzadowcow, ale na przyklad tych wszystkich ‚socjologow’.
    …………………..

    Polskie miasta sa tak ladne i tak blisko siebie polozone, ze kazde praktycznie moze byc magnesem bohemy i centrum przemyslow tworczych. Tworcy maja wiec wybor i stosunkowo silna pozycje w negocjacjach. Nie sadze ze takie miasta Radom lub Walbrzych zmartwilyby sie poprawa wizerunku. Ale szukanie wyzwan to nie jest chyba specjalnosc naszych ‚dzieci specjalnej troski’.
    No i przede wszystkim trzeba budowac, budowac, budowac. Polska powinna byc krajem imigracyjnym, inaczej bedzie pasozytem i tak bedzie postrzegana.

  3. A jak to było z warszawską Starówką po jej odbudowaniu po wojnie? Tak samo z raczej zaniedbanej dzielnicy biedoty stała się dzielnicą artystów i uczonych. I to nie dzięki prawom rynku, a przez jedną decyzję, nazwijmy to tak. Dzisiaj Starówka nie jest już atrakcyjna dla lokatorów kamienic (turyści zatruwają życie!), mieszkańcy opuszczają dzielnicę. W kamienicach coraz więcej hoteli – bo to się teraz opłaca. I tak to się toczy, ta historia miast i dzielnic.

    Miasta przeżywają rozkwit i upadek. Częstokroć zmiany zachodzą szybko, czasem trwa to stulecia. (Tu chyba dobrym przykładem jest Wenecja.) Byłam na wiosnę w Brukseli i z przerażeniem stwierdziłam, że pustostan na rozległych terenach centrum i śródmieścia wynosi mniej więcej 80 procent. A pozostałe 20 procent zamieszkane są przeważnie przez imigrantów. Miasto robi to czy owo by zatrzymać ten proces, ale jakoś tak nie za bardzo to wychodzi, jeśli już, to idzie w kierunku gentryfikacji. Zadałam sobie trud przejść na piechotę z centrum do Parlamentu Europejskiego i byłam przybita widokiem przepięknej architektury – domów których nikt nie zamieszkuje, o oknach nie mytych kilkadziesiąt lat, o drzwiach i ramach okiennych z łuszczącą się farbą. Ach, chyba bym sobie życzyła trochę tej gentryfikacji – ona przecież też nie jest wieczna…

    Proces gentryfikacji przebiegł w niektórych dzielnicach Berlina w ciągu niewielu lat po zjednoczeniu Niemiec. No i dobrze. Klasa średnia lepiej zarabiająca też musi gdzieś mieszkać. W mieście, w którym mieszkam wyremontowane stare kamienice i wielkie wille przeważnie nie znajdują lokatorów – o wiele za drogie! – więc firmy wynajmują wielkie mieszkania na biura. To ja już wolę zamożniejszych lokatorów. Więcej życia, rodziny, dzieci…

  4. Miastom brakuje dochodów podatkowych, bo prawie wszystkie podatki idą do centrali w rządzie (który to wydaje na przedwczesnych emerytów głównie, choć nie tylko). Gdyby miasta i gminy miały udział w podatku VAT i akcyzie, to by nie były tak uzależnione od handlu nieruchomościami.
    Czy by zmieniły politykę, to by od nich zależało, wyborów samorządowych itd. Centralizacja blokuje rozwój i nie tylko. Ja bym nie głosował za zmianą tej polityki (z pewnymi wyjątkami, wysiedlenia przymusowe do kontenerów to skandal i głupota), ale powiny decydować władze lokalne, nie dotacje rządowe.

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.

*

 
css.php