Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Antymatrix - Blog Edwina Bendyka Antymatrix - Blog Edwina Bendyka Antymatrix - Blog Edwina Bendyka

4.09.2011
niedziela

Młodzi: oburzeni mutanci, uśpione pacynki – uzupełnienie

4 września 2011, niedziela,

Krótkie uzupełnienie do wczorajszego wpisu o młodych. W najnowszym „The Economist” można przeczytać felieton „Angst for the Educated„. Autora stwierdza, że skończyła się epoka, kiedy uniwersytecki dyplom gwarantował dobrą pracę. Coraz częściej przestaje być w ogóle przepustką do pracy. Przyczyn jest wiele: wzrost liczby absolwentów to jedna z nich. O wiele jednak poważniejsza wynika z restrukturyzacji samego kapitalizmu i „utowarowienia” pracy intelektualnej, która coraz bardziej rutynizuje się i staje przedmiotem automatyzacji:

Thomas Malone of MIT argues that these changes?automation, globalisation and deregulation?may be part of a bigger change: the application of the division of labour to brain-work. Just as Adam Smith?s factory managers broke the production of pins into 18 components, so companies are increasingly breaking the production of brain-work into ever tinier slices. TopCoder chops up IT projects into bite-sized chunks and then serves them up to a worldwide workforce of freelance coders.
These changes will undoubtedly improve the productivity of brain-workers. They will allow consumers to sidestep the professional guilds that have extracted high rents for their services. And they will empower many brain-workers to focus on what they are best at and contract out more tedious tasks to others. But the reconfiguration of brain-work will also make life far less cosy and predictable for the next generation of graduates.

RAport „Młodzi 2011” także zwraca uwagę, że zwrot z inwestycji w wyższe wykształcenie zaczął w Polsce maleć i widać zmniejszenie zainteresowania studiami. To dobrze świadczy o racjonalności młodych, zapowiada wszakże jeszcze szybszą katastrofę szkolnictwa wyższego, które już traci chętnych do nauki ze względów niżu demokratycznego.

W każdym razie, o ile raport „Młodzi 2011” zauważa problem, nie analizuje jego źródeł i mechanizmów w innych kategoriach, niż demokratyczne. Tymczasem zmierzyć się trzeba z wyzwaniami strukturalnymi, zjawiskami takimi jak proletaryzacja pracy intelektualnej i wynikające z nowego podziału pracy zmiany w strukturze społeczeństwa (pisali o tym świetnie Finowie w książce „Knowledge Workes in the Information Society” analizującej sytuację w Finlandii).

Umowy śmieciowe, w ramach których pracuje ok. 60 proc. zatrudnionych to nie przecież nie tylko skutek braku odpowiednich rozwiązań prawnych, lecz głównie skutek struktury polskiego kapitalizmu, w którym akurat jest popyt na pracę wymagającą dość wysokich, lecz zgeneralizowanych kompetencji, które przy dużej podaży ludzi z odpowiednim wykształceniem jest łatwo wymienialna.

Największym jednak problemem jest fakt, że najbrutalniejszym kapitalistą jest państwo, które wyzyskuje pracowników wiedzy. Wystarczy popatrzeć na pensje pracowników nauki. Lekarze zdołali wywalczyć poprawę sytuacji, choć niedawna śmierć z przemęczenia jednego z lekarzy przypomniała, że dobre pensje okupione są morderczą pracą poza jakimikolwiek normami przyzwoitości.

Żeby jednak nie przeciągać, odsyłam do wpisu „Młodzi i bezrobocie, coś nowego?” sprzed kilku miesięcy.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 9

Dodaj komentarz »
  1. Moim zdaniem kluczem (diagnozą) jest to: „?utowarowienia? pracy intelektualnej, która coraz bardziej rutynizuje się i staje przedmiotem automatyzacji”. Kiedyś bułka była z rąk piekarza, but z rąk szewca, … teraz są one z automatu. Daleki jestem od krytyki masowej produkcji, uważam jednak, że „manufaktury” są niszczone przez „masowa produkcję” nie z powodów rynkowych. „Masowa produkcja” czyli korporacje niszczą manufaktury bo te pokazują, że „są produkty wysokiej jakości i nie są to niestety produkty masowe” co chcą nam nie raz wmówić korporacje. Widać jednak, że Korporacje i ich ‚pacynki” zauważyły, że poza hamburgerem są sałatki a poza piwem z koncentratu są małe browary i napoje faktycznie będące dobrym piwem. I to mnie cieszy, nie wiem jednak czy nie jestem jakimś niszowym, ignorowanym jako grupa docelowa, przypadkiem, ale sałatki są McDonaldzie wiec chyba nie 🙂 , oby nie z GMO….

  2. Czytając ostatnie blogi, wywiad z Bonim, artykuły wokół raportu, odnosi się wrażenie, że podział na starych i młodych jest czymś danym z góry.
    Jakby nie było ciągłości na tym świecie, dzieci się rodziły w jakiś cyklach.
    Starzy się zastanawiają, jak młodym pomóc, co zrobić z bezrobociem wśród młodych, z mieszkaniami, z zaangażowaniem ich w politykę, jak wykorzystać ich wysokie wykształcenie itd.
    A może po prostu zlikwidować ten sztuczny podział?
    Czy to nie jest tak jak z socjalizmem, który rozwiązywał fantastycznie problemy które sam tworzył?
    Może zamiast zastanawiać się co zrobić śmieciowymi umowami o pracę które w znacznej mierze dotyczą młodych, zliberalizować kodeks pracy tak, żeby nie było śmieciowych, nie śmieciowych tylko jedne, takie same dla wszystkich, młodych i starych?
    Czy to nie byłoby wyrównywanie szans w dostępie do rynku pracy dla młodych i starych?
    Młodzi są dla pracodawcy mniej warci niż starzy bo mniej potrafią to oczywiste, więc czemu nie pozwolić działać rynkowi, niech zarabiają mniej, ale niech zarabiają i pracują. Niech się starzy za kodeksem pracy przed konkurencją młodych nie chowają i tak mają przewagę, niech się posuną.
    Niech młodzi o to walczą a nie próbują wejść metodami administracyjnymi w buty starych, nie da się.
    Kiedyś starzy pracowali, żeby się młodym żyło lepiej, młodzi po nich dziedziczyli.
    Co dziedziczą dziś?
    Długi którzy starzy im w spadku zostawiają.
    Czemu państwo ma dbać o to, żeby ten kto przez całe życie dobrze zarabia miał na emeryturze wysokie świadczenia?
    Przecież to młodzi będą je musieli mu zapewnić.
    Jak dobrze zarabia, niech sobie odkłada na starość.
    Nie na tym przecież polega solidaryzm między pokoleniowy.
    Państwo ma zadbać o byt na emeryturze tych,co przez całe życie mało zarabiali i nie mogli sobie nic odłożyć, bo wychowywali i kształcili dzieci.
    Trzeba przywrócić odpowiedzialność ludzi za swój los.
    Czemu państwo ma gwarantować oszczędności ludzi w bankach?
    Przecież to powoduje ryzykowne i nieodpowiedzialne zachowania banków.
    Prywatyzowanie zysków, a uspołecznianie ryzyka.
    Gdyby nie to, nie mielibyśmy dzisiejszego kryzysu.
    Nikt by nie zaniósł pieniędzy do banku, który nieodpowiedzialnie pożyczał Grecji.
    Pomogło by to Grecji przy okazji.
    A gdyby ktoś chciał ponieść takie ryzyko, w zamian za wysokie odsetki, to ponosiłby je sam. Chciwość gubi.
    Że to pogłębiłoby nierówności społeczne?
    W dzisiejszy systemie tak, kiedy mamy do czynienia z uspołecznieniem ryzyka.
    Ale gdybyśmy je znieśli?
    Co bogaty może zrobić z pieniędzmi?
    Wydać, czyli podzielić się nimi z biedniejszymi albo zainwestować, czyli też wydać i się podzielić, tworząc miejsca pracy ponosząc przy tym ryzyko ich utraty. Może jeszcze umrzeć, zostawiając je młodym w spadku.
    Gdyby fundusz Madoffa miał gwarancje publiczne, wszyscy ponieślibyśmy koszty jego nieodpowiedzialności.
    A tak , to największy filantrop w historii.
    Zabrał bogatym i przetracił, czyli rozdał biednym:)
    Mój komentarz to oczywiście prowokacja, wiem że świat tak prosty nie jest.
    Ale czy wobec niemożności ogarnięcia skomplikowanej natury współczesnego świata, kiedy lekarstwo na jedna chorobę wywołuje drugą, często groźniejszą, nie należy się zastanowić nad powrotem do odpowiedzialności za swoje życie zamiast polegać na zawodowych uzdrawiaczach?
    Bo tak czy siak wszystko się w końcu do ekonomii sprowadza a nasze życie społeczne jest jej funkcją.
    Kiedyś człowiekowi wydawało się, że siłą swojego umysłu jest w stanie zapanować nad przyrodą i jej ekosystemem.
    Ekonomia mi bardzo ekosystem przypomina, zapanować nad nią nie sposób, trzeba się jej poddać.
    Dbać o tych którzy sobie w tym ekosystemie nie radzą, ale poza ekonomią.

  3. Problem szkolnictwa i edukacji w USA pokazuje jedno – jest wiele słabych i średnich ośrodków, które nie potrafią albo nie umieją dostosować się do bardzo zmieniających się warunków na rynku pracy. Stany nie są tak innowacyjne, jakby można było się po nich spodziewać. Co ciekawe, o wiele lepiej sytuacja wygląda w stanach południowych, aniżeli północnych. Wracając jednak do raportu Boniego, to moim zdaniem obrazuje on jedno: w przeciągu tych 20 lat nie udało się stworzyć progresywnego, kreatywnego pomostu pomiędzy biznesem a nauką. To że tyle młodych ludzi pracuje na śmieciowych umowach wynika także z tego, iż wielu z nich nie reprezentuje nie wiadomo jak wysokiego poziomu intelektualnego. Sorry, ale taka jest brutalna prawda. Z 90% absolwentów studiów nie ma tego czegoś, co obecnie modnie określa się „personal branding”. Ponadto w dalszym ciągu szuka się „pomocy” w Państwie, a nie zaczynając od siebie. Być aktywnym, działając w NGO’sach, a nawet starając się rozkręcić swój biznes, podjąć ryzyko. Bo etyki biznesowej to jeszcze nie nie dorobiliśmy, ale warto ją kształcić. I jak mawia pewien Amerykanin o białoruskim pochodzeniu: stop cryin’, keep hustlin’ 😉

    Nie że nie ma w tym wszystkim winy rządu. Ale więcej samokrytyki powinno się nam przydać – Polakom. Co nie jest zbyt popularną tezą 😉

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. W raporcie ministranta Boniego M. nie zauważyłem ani śladu informacji, czego młodzi chcą od państwa. Jest kupa, a raczej kupa kup statystyk, które służą zilustrowaniu banalnych opisów na poziomie rutynowych felietonów gazetowych. Na zakończenie są tzw. rekomendacje, co państwo chciałoby dać młodym, gdyby potrafiło i miało pieniądze. Ale nie ma i nie potrafi. Rekomendacje pokazują mentalność autorów raportu i nic więcej. Chcieliby oni wszystkich zatrudnić w urzędach i w ten sposób zlikwidować bezrobocie. Kto za to zapłaci, nie jest tu istotne. Państwo jest dobrym wujkiem z Ameryki, który rozdaje pieniądze, nie wiadomo skąd je biorąc. Minister Boni nie jest strategiem, tylko elokwentnym propagandystą, który tworzy propagandową makulaturę, na szczęście w formie elektronicznej.

    Sytuacja młodych jest trudna z powodu kuriozalnie wysokiego opodatkowania pracy (ZUS plus PIT), przez co nie mogą zebrać pieniędzy na założenie rodzin. Ulgi prorodzinne oczywiście tego nie zmienią, bo trafiają wyłącznie do tych, którzy rodziny już mają, czyli wsparcia nie potrzebują. Jedyną szansą jest ucieczka w niżej opodatkowane umowy tzw. śmieciowe, praca na czarno lub emigracja. Emigranci mają znacznie większą dzietność (2,64) od osób pozostających w kraju, co pokazuje, że nie jest to problem kulturowy tylko finansowy. Pokazuje też, że emigracja będzie rosnąć. Jedyną szansą na odwrócenie tego trendu byłaby radykalna obniżka wydatków emerytalnych i opodatkowania pracy, co jest politycznie niemożliwe. Morał jest prosty: naród przetrwa na emigracji.

    Jeśli praca biurowa jest rutynowa, to nie jest intelektualna. Jako księgowy ja bym w tą automatyzację za bardzo nie wierzył. Problemem jest brak konkurencyjności gospodarki wywołany brakiem infrastruktury i podatkami od wynagrodzeń.

    Niskie wynagrodzenia lekarzy i naukowców wynikają z przerostów zatrudnienia w innych miejscach. Państwo zatrudnia za dużo urzędników i tworzy zbyt dużo urzędów, co minister Boni chciałby jeszcze powiększyć. Suma wynagrodzeń w samorządach w latach 2003-2009 wzrosła o 55 %, w latach 2007-2009 wzrost wynosił 10 % rocznie, podejrzewam, że w urzędach rządowych jest tak samo. Jak się zwiększa zatrudnienie bez zwiększania efektywności, to musi zabraknąć pieniędzy dla najbardziej efektywnych pracowników. Rząd woli dać podwyżki nauczycielom w szkołach i urzędnikom niż naukowcom, bo naukowców jest mniej i nie stanowią siły wyborczej. Gdyby rząd podniósł wynagrodzenia naukowcom i lekarzom, byłby to wzrost nierówności społecznych, który zaciekle Pan zwalcza, więc nie powinien się Pan obruszać na politykę rządu w tej kwestii.

    Młodzi nie mogą stworzyć siły politycznej zdolnej coś zmienić z trzech powodów. Po pierwsze nie identyfikują się jako grupa społeczna, po drugie i najważniejsze nie mają wspólnych poglądów na to, czego oczekują od państwa, po trzecie nawet jakby mieli wspólne poglądy i tak stanowili by mniejszość i zostaliby przegłosowani. Mogą jedynie oczekiwać na reformy wywołane kryzysem finansów państwa, ale to czekanie na Godota, bo kryzys będzie, ale pełzający a nie gwałtowny. Państwo będzie go rozwiązywać realizując minimalne reformy i przesuwając problem w czasie, aż większość młodych znajdzie się za granicą i nie będzie zależeć od polskiego rządu. Polska ludność, jak pokazuje mapa wydrukowana w GW jakiś czas temu, przemieszcza się także w Polsce (wbrew tezie o rzekomym braku mobilności) i jest to ruch generalnie ze wschodu na zachód, a także z mniejszych miejscowości do większych. Migracja wewnętrzna i zewnętrzna stanowi zatem jeden proces i znaczna część ludności może niepostrzeżenie się znaleźć za zachodnią granicą.

  6. Upadek edukacji dotknie głównie pseudoszkoły oferujące pseudowiedzę. To akurat może być pozytywne.

  7. Uwaga ogólna. Opowieści o walce paradygmatów są nieświadomym przejściem na pozycje irracjonalnej filozofii późnego Wittgensteina i Feyerabenda. Paradygmat to inna nazwa dla średniowiecznego dogmatu. Wojna dogmatów to irracjonalna wizja wiedzy, w której nie ma miejsce na racjonalne argumenty, bo każdy zostanie odrzucony pod pretekstem błędnego paradygmatu. Jest to traktowanie sporu, jako retorycznej zabawy językowej (stąd taka koncentracja na języku debaty, a nie argumentach). Wittgenstein i Feyerabend byli tego świadomi i wprost odrzucali racjonalizm, ich nieświadomi zwolennicy wierzą w swój racjonalizm.

  8. Czy przypadkiem nie rozmawiamy o cieniach w jaskinii? Krzysztof Mazur całkiem trafnie wyjaśnia źródła problemów młodych (umowy smieciowe nie biorą się ani z inwalidztwa umysłowego młodych ani z chciwosci starych tylko z fikcji jaką jest umowa o pracę, która stała się kagańcem nie do udzwignięcia dla coraz większej liczby firm i ich pracowników).
    Ale skąd się bierze tak absurdalne obciążenie wynagrodzenia?
    (ZUS itp 40% który państwo sprytnie każe płacić w połowie pracodawcy udając że pracownik płaci tylko 20%, PIT 20%, a potem z tego co zostanie VAT ok 20%, nie licząc innych opłat i nie biorąc do średniej korporacji i milionerów średnio państwo zabiera nam 60% naszej pensji)

    Ten odsetek rośnie stale od wojny, a mimo tego ogromnego wzrostu dochodów państwa jednocześnie stale wzrasta zadłużenie budżetu, samorządów i państwowych instytucji, emerytury nie leżą na kontach inwestycyjnych tylko także stanowią księgowy zapis długu w zusie.

    Skąd się bierze ten problem i jak go rozwiązać moim zdaniem jest kluczem do najbliższych dziesięcioleci naszej europejskiej cywilizacji.

    1. Czy za te ogromne pieniądze dostajemy od naszych państw coś czego
    wcześniej nie dostawalismy?
    2. Czy pojawiły się jakieś nowe kosztowne zagrożenia z którymi
    Może walczyć tylko państwo i dużo kasy?
    3. Czy to problem starzenia się społeczeństw?
    4. A może to populizacja naszej demokracji?
    5. Czy to efekt globalizacji?
    6. Albo nadmiernego korporacjonizmu?

    Ach jak korci aby wybrać sobie jedną z tych odpowiedzi.
    Można w ten sposób zrobić niezła karierę polityczna,
    Choć czasem tylko na krótko…

    Niestety wszystkie złożyły się w różnym stopniu na dzisiejsze
    Problemy a tez jest wiele innych…
    I niestety nie jest to popularna odpowiedź i pewnie pan
    Wildstein ma racje pokladając nadzieję w prymitywnym nacjonalizmie,
    Gorszy pieniądz zawsze wypiera lepszy, bo jest tańszy,
    Poza tym zawsze się sprawdzał, a że równie często prowadzi do
    Katastrofy, cóż może to jedyny sposób na starzenie się społeczeństw?

  9. @Krzysztof Mazur: wrzucenie Wittgensteina i Feyerabenda do jednego worka to ciekawy zabieg. O ile kiedyś zrozumiałem, to Wittgenstein po przygodzie z pozytywizmem logicznym odkrył, że coś w nim nie gra – podobnie, jak inni krytycy, choćby Popper. Nie była to ucieczka na grunt irracjonalizmu, tylko stwierdzenie, że problem jest z kryterium racjonalności wobec sytuacji, kiedy wszystkie zdania o rzeczywistości są nie tylko zanurzone w języku, lecz także „theory soaked”, jak mawiał Popper. To, czy posługujemy się pojęciem paradygmatu, czy pola dyskursywnego to sprawa wtórna. Istotą jest sam racjonalizm i ramy racjonalności, lecz właśnie są to pojęcia problematyczne.

  10. Dziękuję za odpowiedź. Tutaj się zgodzę.
    Irracjonalizm nie jest najlepszym słowem, może lepszy byłby pozaracjonalny behawioryzm.
    Racjonalność jest pojęciem problematycznym, z tym się zgadzam. Pytanie czy jest potrzebne. Moim zdaniem tak, bo w przeciwnym wypadku pozostaje jedynie pozaracjonalny wybór między arbitralnie wybranymi autorytetami (I. Lakatos Problem oceniania teorii naukowych). Jest to tym bardziej istotne moim zdaniem w naukach społecznych, gdyż poza próbą zrozumienia działających jednostek, nie istnieje żadna inna możliwość rozwiązywania problemów, a skutkiem pozaracjonalnego podejścia jest nieusuwalny konflikt poglądów (w naukach ścisłych taki konflikt jest mniej szkodliwy). Uważam, że racjonalny sposób życia jest dla ludzi lepszy (jest to pozaracjonalne uzasadnienie racjonalizmu).
    W takiej sytuacji nie widzę innego rozwiązania niż poszukiwanie racjonalności.

    Racjonalne stanowisko przyjęli Popper i Lakatos, w przeciwieństwie do Feyerabenda i moim zdaniem Wittgensteina. T.Kuhn chyba nie mógł lub nie chciał dokonywać wyboru (jego twórczość wydaje mi się eklektyczna i niezrozumiała, więc nie będę się bardzo upierać). Feyerabend uważał, że należy odrzucić racjonalność i poszukiwać właściwego stylu życia społecznego. Pytanie, kto miałby dokonywać wyboru i na jakim poziomie. Ten spór może nie jest jakoś specjalnie istotny, jednakże terminologia, argumenty i strategia retoryczna do złudzenia przypomina konflikt polityczny między tzw. neoliberałami i wspólnotowcami (tak bym wspólnie określił lewicę i konserwatystów). Ostatnia książka Wittgensteina nazywa się O pewności, i mówi: Wiem = znam jako pewne. Pewność to główne hasło lewicy i konserwatystów. Feyerabend zarzuca racjonalistom narzucanie społeczeństwom niewłaściwego stylu życia, a racjonaliści mu odpowiadają, że prawda nie jest przekonaniem i nie można jej przegłosować, ani dowolnie wybierać, a językowe analizy nie zastąpią badania rzeczywistości. Feyerabend (Zabijanie czasu, Przeciw metodzie) zwalcza Poppera , Popper (Społeczeństwo otwarte) zwalcza Wittgensteina, Wittgenstein zwalcza Russela. Popper się jawnie powołuje na Russela, Feyerabend na Wittgensteina. Widać tu ostry konflikt osobisty. W anegdotycznej książeczce Pogrzebacz Wittgensteina autorzy opisują jedyne spotkanie Poppera i Wittgensteina (i Russela przy okazji). Popper zaproszony do Cambridge zaczął wygłaszać antywittgensteinowski wykład o istnieniu problemów filozoficznych, a nie tylko zagadek intelektualnych, z czym Wittgenstein się nie zgodził i wyszedł z sali, co z pozaracjonalnego punktu widzenia jest logiczne. O Wittgensteinie negatywnie się wypowiadali racjonalista J.M Bocheński i Hayek. Pozytywnie Keynes.
    Podobny konflikt istniał chyba wcześniej między racjonalnym Piercem i pozaracjonalnym Jamesem.

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.

*

 
css.php