Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Antymatrix - Blog Edwina Bendyka Antymatrix - Blog Edwina Bendyka Antymatrix - Blog Edwina Bendyka

15.09.2011
czwartek

Energetyka jądrowa: zbawienie czy apokalipsa?

15 września 2011, czwartek,

Dziękuję za komentarze pod wpisem „Francja, pomruk atomu”. Czytając je przypomniała mi się anegdota z życia Hermanna Kahna, jednego z architektów amerykańskiego zarządzania i planowania strategicznego w kontekście ewentualnej wojny jądrowej. Kahn nie był wojskowym, więc generałowie nie rozumieli, jak cywil śmie ich pouczać w temacie prowadzenia wojny. On zaś spokojnie odpowiadał pytaniem: panowie, ile wojen termojądrowych wygraliście?

Cóż, podobne pytanie można zadać polskim ekspertom od spraw jądrowych: panowie, ile elektrowni atomowych wybudowaliście? Ponieważ odpowiedź jest dosyć oczywista, z dużą uwagą śledzę francuską dyskusję dotyczącą atomu, bo cokolwiek by  mówić, kraj ten ma największe w temacie doświadczenie (licząc poziomem uzależnienia od jądrowej infrastruktury).

Zacznijmy od samego bezpieczeństwa. Dzisiejszy „Le Monde” analizuje dopiero co przyjęty (13 września) przez władze Międzynarodowej Agencji Atomistyki szkic planu działania mającego zwiększyć bezpieczeństwo instalacji jądrowych. To odpowiedź na lekcję Fukushimy. Co wynika z lektury dokumentu? Praktycznie nie istnieje międzynarodowa kontrola nad infrastrukturą jądrową: jeśli jakichś kraj nie chce wpuścić inspektorów lub poddać się procesowi „peer review”, to mogą go do tego zmusić co najwyżej sankcje polityczne i gospodarcze, jak w przypadku Iranu. To jednak jest możliwe praktycznie wówczas tylko, gdy istnieje podejrzenie rozwijania programu wojskowego. Obligatoryjnym inspekcjom sprzeciwiają się oczywiście kraje posiadające arsenał jądrowy, w których trudno oddzielić kwestie energetyki cywilnej od projektów zbrojeniowych. I tak na przykład Ukraina nie poinformowała w 2009 r. Agencji o awarii (na szczęście niezbyt poważnej) w elektrowni w Równem (bliżej naszej granicy, niż Czarnobyl).

W czym teraz problem. Jeśli zgadzamy się na rozwój energetyki jądrowej w Polsce, Francji czy USA, to musimy także prawo to przyznać Pakistanowi, Chinom, Indiom, Iranowi, Sudanowi (jeśli by się zdecydował) – każdemu suwerennemu państwu. Niestety, nie mamy w ręku skutecznych instrumentów kontroli bezpieczeństwa realizowanych tam projektów. Stworzenie takiego systemu w wielopolarnym świecie wydaje się niemożliwe, skoro nawet Fukushima nie okazała się wystarczającym bodźcem. Drugą opcją jest czekanie z nadzieją, że nic się nie wydarzy. Trzecią, radykalną – rezygnacja z energetyki jądrowej w ogóle. Też mało realna. Skoro więc i tak nic nie da się zrobić, brnijmy w system, którego globalnie nikt nie kontroluje i który w przypadku pokaźnej liczby uczestników służy także realizacji ambicji atomowych w obszarze zbrojeń. To wybór dość logiczny, lecz na pewno nikt mnie nie przekona, że bezpieczny.

W przypadku Polski aspekt bezpieczeństwa jest olbrzymim wyzwaniem, i to nie ze względów technicznych, lecz systemowych. Póki co pokazaliśmy, że  nie potrafiliśmy zbudować bezpiecznego systemu lotnictwa wojskowego, co wydaje się, powinno być stosunkowo prostym zadaniem, a motywacje do jego zrealizowania po jednej tragicznej katastrofie wystarczające. Okazało się jednak, że nie potrafimy uczyć się nawet na błędach. Zawiodło generalnie to, co jak mi tłumaczył prezes Westinghousa, jest najważniejsze w bezpieczeństwie jądrowym: przestrzeganie procedur, które muszą być ważniejsze od woluntaryzmu przełożonych i bezwzględna konieczność przyznawania się do pomyłek. Jako obywatel mam prawo oczekiwać przekonującej dyskusji, w której władza mnie przekona, że w polskiej energetyce jądrowej nie będzie tak, jak w polskim lotnictwie wojskowym. Nie chciałbym, gdy dojdzie do katastrofy słyszeć od odpowiedzialnego ministra, że „energetykom zabrakło szczęścia”.Ktoś może to nazwać panikowaniem, dla mnie to minimum zdrowego rozsądku.

Debata jest także potrzebna, by przeanalizować inne kwestie związane z energetyką jądrową, a nie związane już z bezpieczeństwem technicznym. Wybór takiej ścieżki rozwoju to skazywanie się na zamknięcie technologiczne – skala inwestycji i czas jej amortyzacji powoduje, że na 60 lat (a z programem demontażu na jakieś 100 lat) zmniejszamy szansę rozwoju innych, alternatywnych technologii energetycznych, które w tej chwili są na początku krzywej uczenia i za 15 lat, kiedy teoretycznie odpalimy pierwszy blok, będą atrakcyjniejsze. Konieczność amortyzacji poniesionej inwestycji i brak kasy skutecznie będzie odciągał od rozwoju alternatywnych technologii. Warto przy tym zaznaczyć,  że wybierając opcję jądrową skazujemy się na pełny import technologii, sami tu mamy niewiele do powiedzenia, a szanse na zbudowania własnych kompetencji przemysłowych w tym obszarze są niewielkie (owszem, za 20-30 lat najwcześniej, oczywiście firmy takie, jak Westinghouse obiecują, że coś w Polsce zainwestują, lecz nie będą to raczej core technologies).  Jako obywatel mam prawo oczekiwać pełnej analizy skutków owego zamknięcia technologicznego i opportunity costs wynikających z wyboru opcji atomowej. Czy korzyści będą wystarczająco duże, by przeważyć w rachunku? Póki co takiego rachunku nie widziałem.

Problematycznych, pozatechnicznych kwestii jest znacznie więcej, wszystkie wymagają debaty, z udziałem ekspertów rzecz jasna. Tylko warto zdać sobie sprawę, że o w pełni niezależnych ekspertów jest trudno – większość jest sędziami we własnej sprawie – trudno spodziewać się by fizycy jądrowi i nieliczni w Polsce ludzie wykształceni w energetyce jądrowej mogli mieć inne zdanie, niż popierające program jądrowy. To jakby pytać dziennikarzy, czy należy zlikwidować prasę. Dobrym testem eksperckiej rzetelności jest sposób, w jaki komunikowana jest ekspertyza. Gdy ekspert mówi, że „nie ma alternatywy dla programu jądrowego”, przestaje być ekspertem, staje się lobbystą (podobnie jak ekspert zielonych wyrażający fundamentalny sprzeciw przeciwko jądrowej opcji). Rolą eksperta jest bowiem dostarczyć informacji umożliwiających analizę opcji, która musi być  procesem optymalizacji wieloczynnikowej, odbywającej się w warunkach pełnej transparentności, z udziałem społeczeństwa. Ostateczna decyzja nie należy do ekspertów, tylko do suwerennego społeczeństwa.

Przy okazji zapraszam na debatę „Czego boimy się bardziej: ciemności czy promieniowania?„, która zamknie warszawski Festiwal Nauki, w niedzielę 25 września w audytorium Starej Biblioteki Uniwersyteckiej UW o 18.00 będę miał przyjemność uczestniczyć w dyskusji z prof. Grzegorzem Wrochną (tworzy Narodowe Centrum Badań Jądrowych) i prof. Krzysztofem Meissnerem z Wydziału Fizyki Uniwersytetu Warszawskiego.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 36

Dodaj komentarz »
  1. „alternatywnych technologii energetycznych, które w tej chwili są na początku krzywej uczenia i za 15 lat, kiedy teoretycznie odpalimy pierwszy blok, będą atrakcyjniejsze.”

    Wlasnie, ktore alternatywne technologie energetyczne maoga sie stac atrakcyjne za 15 lat? I w jaki spososb atrakcyjne?

    Pozdrawiam

  2. „Wybór takiej ścieżki rozwoju to skazywanie się na zamknięcie technologiczne ? skala inwestycji i czas jej amortyzacji powoduje, że na 60 lat (a z programem demontażu na jakieś 100 lat) zmniejszamy szansę rozwoju innych, alternatywnych technologii energetycznych,”

    Tak, a rozwój innych alternatywnych technologii energetycznych zmniejsza szanse rozwoju technologii nuklearnej.
    Takie myślenie zakłada, że technologia nuklearna jest zła sama w sobie.
    Że energetyka nuklearna jest alternatywą dla nowych technologii.
    A moim zdaniem nie jest, jest alternatywą dla konwencjonalnego pozyskiwania energii.
    To konwencjonalne pozyskiwanie energii pociąga za sobą ofiary w ludziach które w skali globu można liczyć w setkach jeśli nie w tysiącach rocznie.
    Nikt ze zwolenników rozwoju technologi nuklearnych nie twierdzi, że to zbawienie dla ludzkości.
    Nie ma idealnych rozwiązań, nie ma w stu procentach bezpiecznych technologii.
    Są bardziej i mniej bezpieczne.
    Nie można abstrahować od doświadczenia ludzkości.
    Doświadczenie mówi, że energetyka jądrowa do dziś uratowała tysiące istnień ludzkich w kopalniach, pozytywnie wpłynęła na efekt cieplarniany i na choroby związane z emisja szkodliwych dla zdrowia substancji przez konwencjonalne elektrownie, uratowała przed dewastacją ekologiczną wiele rzek, zapobiegła kilku katastrofom tankowców, czy wierz wiertniczych na morzach.
    Moim zdaniem, bilans korzyści i strat jest jednoznacznie dodatni.

  3. PS. Czy 40 lat demontażu też wpłynie na zahamowanie rozwoju technologii alternatywnych?
    A w jaki sposób?
    Przecież z demontażu energii czerpać nie będziemy.

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. @parker: błagam, proszę czytać co napisane. A piszę wyraźnie, że potrzebna jest wieloczynnikowa analiza, pełne badanie cost-benefits każdej opcji – jeszcze takiego nie widziałem. Jeśli rachunek będzie na korzyść atomu, OK – proszę jednak o rachunek, z kosztami jakie będą musiały zapłacić wnuki za demontaż ustrojstwa po 60 latach od wybudowania włącznie). W polskich warunkach natomiast trzeba zdawać sobie sprawę z realiów finansowych, jak się zafiksujemy w energetyce jądrowej, to po prostu na nic innego nie będzie kasy. W Chinach jest nieco inaczej, bo rozwijają energetykę jądrową (ze sporym niepokojem ze strony obserwatorów, bo majstrują z różnymi technologiami) i są jednocześnie największym na świecie inwestorem w alternatywne technologie energetyczne.

    @vandermerwe: polecam raport Międzynarodowej Agencji Energetyki Energii Outlook 2010 oraz dodatkowy raport o technologiach energetycznych. Przedstawia pełen portfel technologii, stanu ich dojrzałości, etc. Od atomu przez kopalnych z CCS po odnawialne.

  6. Panie Redaktorze, czytam bardzo uważnie, po prostu mamy inny pogląd na te sprawy.
    Nie jestem przeciwnikiem analizy, przytaczam tylko argumenty nie związane z niezbędna analizą, odwołuje się do doświadczeń jakimi dysponujemy, nie my Polacy, tylko wszyscy, łącznie z ZSRR:)
    Koszt demontażu oczywiście trzeba brać pod uwagę w analizie, ale nie zgadzam się, że wpłynie on na zahamowanie rozwoju innych alternatywnych dla atomu technologii, bo do wyłączenia działających elektrowni trzeba się będzie przygotować, czymś je zastąpić.
    Czy innymi nowocześniejszymi jądrowymi, czy jakimiś alternatywnymi, czas pokaże.
    Mamy do rozwiązania problem dziś, uwzględnić musimy to co będzie jutro, ale nie możemy podejmować decyzji jutro.
    Nie są alternatywą dla budowy elektrowni badania, na które nam zabraknie pieniędzy jak je wydamy na elektrownię jądrową, bo nam nie badań tylko prądu zabraknie.
    Jeżeli z analizy wyjdzie, że efektywniej wydamy pieniądze na istniejące dziś technologie, zamiast na budowę elektrowni nuklearnej, będę stał za Panem murem.
    Elektrownia nuklearna jak powstanie, będzie tylko uzupełnieniem niedostatków energii a w dalszym ciągu będziemy ją pozyskiwali z tradycyjnych źródeł, brudnych i w dalszym ciągu będziemy te brudne źródła energii starali się starali się zastąpić czystymi.
    Na jednej czy dwóch elektrowniach jądrowych nasze inwestycje w energetykę się nie skończą.
    Czy kolejnymi nuklearnymi czy rozwój technologii pozwoli na wyeliminowanie atomu, znów czas pokaże.

  7. @parker: problem w tym, że z prądem będziemy mieć problem już ok. 2014-5 roku, pierwszy reaktor blok jądrowy wybudujemy najwcześniej o dekadę później. Energetyka jądrowa nie rozwiązuje tego problemu, niestety.

  8. a jak ktoś boi sie i ciemności i promieniowania to co ma zrobić? Tak na serio to ma Pan rację. Wszystko ostatnio jest takie sobie ..a elektrownia atomowa musiała by mieć 100 procentową gwarancję.

  9. Tego pewnie nie rozwiązuje, ale pomaga rozwiązać te późniejsze.
    Problem roku 2014-5 może nam kryzys rozwiąże, choć oczywiście nam tego nie życzę.
    Co do kwestii środków niezbędnych na elektrownie jądrowe, alternatywne dla atomu rodzaje energii, to pozostawił bym ten problem sektorowi prywatnemu.
    Czego jak czego, ale pieniędzy to akurat na świecie w dzisiejszych czasach nie brakuje.
    Oczywiście, finalnie konsumenci i tak za wszystko zapłacą ale jakoś doświadczenie uczy, że konkurencja wpływa na obniżenie ceny a monopol na jej podwyższenie, niezależnie czy monopol jest prywatny czy państwowy.
    Moim zdaniem państwo powinno inwestować w sieci przesyłowe, w połączenie sieci energetycznych Polski z Europą i wschodem kontynentu aby stworzyć u nas konkurencyjny rynek.
    Zadbać o prawo, które nie pozwoli na porzucenie wyeksploatowanych elektrowni jądrowych za 60 lat, jeżeli się o to martwimy.

  10. @ Gospodarz

    Odsylajac mnie do raportow zacnych instytucji wykonal Pan zgrabny unik. Pragnalem poznac Pana zdanie w tej sprawie – jesli nie „atom” i wegiel” …?
    Pelne badania „cost -benefits” sa robione. Rzeczywiscie wielu Pan nie mogl widziec, gdyz zazwyczaj para sie tym przemysl, ktory z przyczyn komercjalnych wyniki zachowuje dla siebie. W tej sytuacji rzeczywisce mozna sie dalej spierac o koszt 1 zainstalowanego MW .

    „Póki co pokazaliśmy, że nie potrafiliśmy zbudować bezpiecznego systemu lotnictwa wojskowego, co wydaje się, powinno być stosunkowo prostym zadaniem,”

    Coz, rzeczywiscie panstwo polskie momentami funkcjonuje na miare III swiata. Ale nie jest to argument przeciw technologiom. Sadze, ze owe „nowe” ( w polskim przypadku jedynie) technologie winny Polske i Polakow zmobilizowac do poprawy stanu rzeczy. Pan jednak sugeruje dokladnie to, co zrobione z pulkiem lotnictwa – zamiast naprawic, rozwiazano. Tak tez mozna. Wobec tego, ze agendy rzadowe nie radza sobie z duzymi kontraktami, czy nalezaloby wstrzymac wszelkie inwestycje?

    „On zaś spokojnie odpowiadał pytaniem: panowie, ile wojen termojądrowych wygraliście?”
    „Cóż, podobne pytanie można zadać polskim ekspertom od spraw jądrowych: panowie, ile elektrowni atomowych wybudowaliście? ”

    Mozna opowiedziec „i vice versa”. Inaczej mowiac jest to czysta demagogia. Przykladowi przeciwnicy energii jadrowej sa w jeszcze gorszej sytuacji, gdyz nie tylko nie wybudowali ale rowniez nie zamierzaja budowac.

    Pozdrawiam

  11. @vandermerwe: odsyłam do raportów, bo wymienienia całego portfela technologii, które się rozwijają jest dosyć czasochłonne i blog do tego słabo się nadaje. W każdym razie w Polsce na pewno godne rozważenia są technologie spalania z wychwytem CO2 (CCS), fotowoltaiczne z pilnym przyglądaniem się możliwości sztucznej fotosyntezy (choć nie liczę specjalnie na prace prof. Nazimka), geotermia i pompy ciepła, energia wiatrowa, technologie efektywności energetycznej (tu mamy potencjał odpowiadający jakimś 4 elektrowniom atomowym), inteligentne sieci przesyłowe, bioźródła w oparciu o rolnictwo energetyczne.
    Cytując Kahna nie sądzę, że uprawiam demagogię – cytat ten podałem jako uzasadnienie, dlaczego warto wsłuchiwać się w debaty prowadzone w krajach o większym doświadczeniu. Przykład zaś lotniczy – przecież nie oskarżam technologii lotniczych, tak samo jak nie jestem przeciwnikiem technologii jądrowych jako takich. Chcę, żeby nasze państwo się modernizowało, tylko wolałbym żeby nie uczyło się na takim projekcie, jak energetyka jądrowa.

  12. Elektrownia atomowa (EA) jest projektem komercyjnym, w przeciwieństwie lotnictwa wojskowego. Można by ją ewentualnie porównać do lotnictwa komercyjnego, które żadnych wypadków nie generuje (jak na razie). Najbardziej znany wypadek lotniczy sprokurowali politycy (a konkretnie dwóch polityków na literę K.), a nie wojskowi (no może jeden generał się przyczynił). Politycy (ani wojskowi) nie będą zarządzać EA.

    Inwestor EA ponosi wszelkie koszty projektu włącznie z kosztami awarii, likwidacji. Państwo powinno jedynie zmusić inwestora do stworzenia odpowiednich rezerw księgowych na te cele. W razie awarii inwestor poniesie ogromne koszty odszkodowań i dlatego będzie dbał o jej brak. Jeżeli w międzyczasie powstaną technologie tańszego tworzenia prądu z innych źródeł, to również inwestor EA poniesie koszt, bo konkurencja obniży ceny.

    Pytanie, kto ma podejmować decyzje. Brak decyzji nie jest rozwiązaniem i przypomina zachowanie L.K. w samolocie. My jesteśmy w powietrzu w trakcie lotu i musimy wybrać lotnisko zapasowe, a nie liczyć na to, że w międzyczasie coś powstanie, co nam odpowiada. Trwały brak prądu oznacza upadek państwa i uspołecznienie straty.

    W latach 2014-15 będą problemy chyba głównie z przesyłem i padającą siecią. Tu jedynym rozwiązaniem jest podniesienie cen prądu i remonty. Chwilowe braki prądu to jeszcze nie katastrofa. Chociaż ludzie będą wkurzeni.

  13. Innowacje technologiczne są wprowadzane przez niewielkie grupy bogatych inwestorów, którzy w ten sposób chronią społeczeństwo przed ewentualnymi stratami z tytułu błędnych inwestycji. W przypadku energii ekologicznej powinno być tak samo. Nie można kosztami eksperymentów obciążać społeczeństwa, które takiego eksperymentu może nie przeżyć.

  14. W przypadku budowy EA w Żarnowcu 20 lat temu zwolennikami budowy byli okoliczni mieszkańcy, którzy teoretycznie powinni najbardziej protestować, jako osoby zagrożone wypadkiem. Jeżeli mieszkańcy jakieś terenu będą chcieli elektrowni, to dlaczego pozostali mieliby im tego odmawiać?

  15. „Cóż, podobne pytanie można zadać polskim ekspertom od spraw jądrowych: panowie, ile elektrowni atomowych wybudowaliście?”

    Może nie całą elektrownię, ale zawsze już cosik się nauczyli i nawet atomową płytę betonową umieli skićkać 😉
    No ale może skutkiem tego już tej polskiej atomowej płyty betonowej nie skićkaja? 😉

    ————————————————————————————————————

    Polacy budują atomówkę w Finlandii

    Tomasz Elżbieciak – 2011-03-02

    Budowa trzeciego bloku w Elektrowni Jądrowej Olkiluoto jest wyjątkowa pod wieloma względami: rozmiarów, kosztów czy technologii. W niektórych momentach trzy czwarte pracujących tam osób to Polacy.
    Nim do odbiorców popłynie prąd z pierwszego bloku planowanej polskiej elektrowni atomowej, upłynie jeszcze co najmniej – w optymistycznym wariancie – około 10 lat. Natomiast sama budowa ruszy mniej więcej za 6 lat. Jednak już teraz nasze rodzime firmy i polscy pracownicy zatrudniani przez zagraniczne koncerny zdobywają doświadczenie na budowach elektrowni atomowych. Największą z nich jest trwająca od 2005 r. inwestycja na fińskiej wyspie Olkiluoto, gdzie obok dwóch istniejących bloków powstaje trzeci, a zarazem pierwszy na świecie reaktor tzw. trzeciej generacji. Przez tę budowę przewinęło się i przewija nadal tysiące polskich budowlańców. W sumie zaangażowano w nią 700 podwykonawców i pracowników z 60 krajów. Wynika to po części ze skali przedsięwzięcia i poszukiwania optymalnych kosztów, ale także ze standardów współczesnego budownictwa, dla którego granice narodowe nie są tak ważne jak kiedyś. Przez 2,5 roku kierownikiem budowy był Polak.

    Jak do tego doszło?

    Z Łagiszy na Olkiluoto

    Zbigniew Wiegner (obecnie pracuje w dyrekcji budownictwa specjalistycznego Warbudu) z branżą budowlaną jest związany od ponad 30 lat. W tym czasie pracował m.in. przy budowie hut w Afryce i drapaczy chmur w Moskwie.

    W drugiej połowie ubiegłej dekady był też kierownikiem budowy – z ramienia firmy Alstom – nowego bloku Elektrowni Łagisza w Będzinie. W tym samym czasie trwały już prace w Finlandii, prowadzone przez konsorcjum Arevy i Siemensa.

    – Bardzo pomógł mi przypadek. Gdy skończyłem pracować w Łagiszy, okazało się, że zachorował kierownik budowy na Olkiluoto 3. Zaczęło się dość paniczne poszukiwanie jego następcy. W tym czasie szukałem już przez Alstom kolejnej budowy w energetyce. Francuzi z Arevy i Alstomu ściśle ze sobą współpracują, dzięki czemu trafiłem na spotkanie dotyczące pracy w Finlandii – wspomina Wiegner. – Zapytano mnie, czy lubię wyzwania i czy budowałem kiedyś elektrownię.

    Potwierdziłem w obu przypadkach.

    Wtedy padło pytanie, czy chciałbym budować elektrownię jądrową. Rozmowa była krótka. Alstom zgodził się na mój wyjazd i zostałem zatrudniony przez Arevę jako kierownik budowy części jądrowej na Olkiluoto 3.

    Wdrożenie się w trwającą inwestycję zajęło Wiegnerowi trzy miesiące. – Wiele zawdzięczam wyjątkowej selekcji, jaką zastosowano, gdy szukano ludzi do pracy na budowie. Dzięki temu mogłem im zaufać. Zajmowałem się głównie administracją.

    Z techniką budowania miałem do czynienia w szczególnych przypadkach jako osoba odpowiedzialna za projekt.

    Wtedy mogłem decydować o sposobie prowadzenia prac – mówi Wiegner.

    Praca na budowie Olkiluoto 3 to nie tylko wyzwanie z powodu ogromnej liczby pracujących tam nacji i podwykonawców oraz wyśrubowanych do granic możliwości wymogów jakościowych (o czym później). Do tego też dochodzą różne kultury techniczne.

    – Niemiecka i polska są do siebie podobne, dlatego w tym przypadku współpracowało się doskonale. Natomiast system francuski jest już diametralnie inny.

    Francuzi nie znają pojęcia kierownika budowy, którym tam de facto zostałem.

    Początkowo kolegom z Francji trudno było też zaakceptować to, że człowiek wyłowiony z Polski nagle zaczyna odpowiadać za całość inwestycji – wskazuje Wiegner, który na Olkiluoto 3 pracował do końca marca ubiegłego roku. Po zakończeniu 90 proc. robót budowlanych oddał inwestycje w ręce mechaników i elektryków.

    Betonują, zbroją, montują, spawają…

    W jaki sposób polskie firmy znalazły się na Olkiluoto? Fińska przygoda Polbau Opole rozpoczęła się wiosną 2005 roku, gdy spółka otrzymała zlecenie na prace budowlane w maszynowni od niemieckiego holdingu Heitkamp.

    – Potem nasze zlecenie zostało poszerzone o pompownię, a jeszcze później m.in. o kolejne prace związane z budową obiektów towarzyszących wokół reaktora, także dla kolejnego zleceniodawcy, francuskiej firmy Bouygues – mówi Piotr Skupień, szef Polbau w Finlandii.

    – Wartość naszego wyjściowego zlecenia w Finlandii wynosiła 5 mln euro, a na koniec grudnia ubiegłego roku łączna wartość kontraktów sięgała już 65 mln euro. Wyjeżdżając do Finlandii, zakładaliśmy, że będziemy pracować tam w setkę.

    Tymczasem przez ponad 1,5 roku mieliśmy tam ponad 500 ludzi – podkreśla Skupień.

    Kontrakt na budowie w Finlandii to strategiczne zlecenie dla katowickiej Elektrobudowy. Spółka od ponad dwóch lat wykonuje tam prace związane m.in. z montażem instalacji elektrycznej i aparatury kontrolno-pomiarowej. Łączna wartość zadań zleconych firmie przez Arevę sięga już blisko 46 mln euro.

    – Pierwsze kontakty z Arevą nawiązaliśmy około 5 lat temu, gdy Francuzi zaczęli budowę Olkiluoto 3. Przeszliśmy skomplikowany proces certyfikacji i po mniej więcej dwóch latach wzajemnego „obwąchiwania się” podpisaliśmy pierwszy kontrakt – mówi Jacek Faltynowicz, prezes Elektrobudowy.

    Obecnie na budowie w Finlandii pracuje około 300 osób z katowickiej spółki, a w szczycie robót możliwe, że będzie ich ponad 400. Spółka będzie obecna na Olkiluoto 3 do końca budowy. Potrwa to jeszcze mniej więcej trzy lata.

    Prawdopodobnie na przełomie marca i kwietnia swoją obecność w Finlandii zakończy warszawska firma Format, która zajmuje się pracami zbrojarskimi. – Kończymy kopułę przykrywającą cały reaktor.

    To już ostatni element – tłumaczy Marian Zydek, przedstawiciel firmy. – Zdobyliśmy doświadczenie na rynku niemieckim w realizowaniu skomplikowanych projektów inżynieryjnych: od tuneli, przez mosty, po wieżowce. To chyba zadecydowało, że wzięto nas poważnie pod uwagę przy tej budowie.

    W szczycie robót Format miał na Olkiluoto 3 około 300 pracowników.

    Natomiast konstrukcję stalową osłony reaktora przygotował Energomontaż- Północ Gdynia.

    – Wykonywaliśmy ją w kilkusettonowych elementach i wysyłaliśmy drogą morską do Finlandii. Przy zleceniu pracowało około 50 osób – mówi Piotr Lejman, prezes Energomontażu-Północ Gdynia.

    Największym elementem było zwieńczenie osłony, czyli kopuła o średnicy 46 i wysokości 13 metrów, którą transportowano w całości do Finlandii. Do montażu ważącej 160 ton konstrukcji użyto na budowie dźwigu o nośności tysiąca ton.

    A po pracy…

    Polbau zorganizował dla swoich pracowników „wioskę” w miejscowości Eurajoki, około 17 km od budowy, w której może zamieszkać 400 osób. Obecnie zakwaterowanych jest tam mniej więcej 80 pracowników opolskiej spółki, a dużą cześć lokali wynajmuje katowicka Elektrobudowa.

    – Mamy pięciu kucharzy, którzy serwują polskie menu – opisuje Skupień. – Własne zaplecze kuchenne jest niezbędne, bo w przeciwnym wypadku pracownicy po całym dniu na budowie spożyliby jeszcze tylko „zupę chmielową” i poszli spać. Na dłuższą metę trudno byłoby wytrzymać w ten sposób więcej niż 1-2 miesiące.

    Standardem jest dostęp do internetu i polskiej telewizji. Oprócz tego można liczyć na dobry kontakt z lokalnymi władzami w Eurajoki. – Możemy nieodpłatnie korzystać z hal sportowych przy szkołach. Często odbywają się m.in. mecze k o s z y – kówki, gdzie gramy z Finami. Tamtejsze władze bardzo pozytywnie nas odbierają i trzeba przyznać, że o takim przyjęciu jak w Finlandii przykładowo w Niemczech można tylko pomarzyć – podkreśla Skupień.

    Jacek Faltynowicz wskazuje, że lokalne władze dają m.in. szansę na bezpłatną naukę języków obcych. – Nasi pracownicy mogą też chociażby legalnie wędkować.

    Nawet już wiedzą, że nie można szukać robaków na przynętę, rozkopując przy tym brzeg jeziora, bo miejscowe prawo na to nie pozwala – żartuje Faltynowicz.

    Jednak nie wszyscy są w stanie wytrzymać presję psychiczną związaną z pracą na Olkiluoto oraz odległości od domu.

    – Niektórzy rezygnowali nawet po kilku dniach. Z drugiej strony nie brakuje osób pracujących tak długo, jak pozwala na to ubezpieczenie, czyli dwa lata – zaznacza Skupień. – Problemem może być położenie budowy. Jest to już daleka północ kontynentu, gdzie przez większość czasu panuje ciemność lub szarość – to dosyć depresyjne miejsce zarówno do pracy, jak i życia – dodaje Faltynowicz.

    Spóźniony atom

    Pierwotnie rozruch Olkiluoto 3 planowano na 2009 rok. Obecnie jego uruchomienie jest zakładane w 2013 roku. Co złożyło się na opóźnienie, którego efektami są przekroczenie budżetu projektu (3 mld euro) o 50 proc. i spór Areva i TVO – inwestora obiektu – przed sądem arbitrażowym? Najczęściej jako przyczyny podaje się kłopoty z organizacją i komunikowaniem na placu budowy, na którym są obecni pracownicy wielu narodowości.

    Do tego dochodzą niezwykle restrykcyjne przepisy i wymogi jakościowe.

    – Kłopoty w komunikacji były i nadal występują. Wynika to nie tylko z problemów językowych. Przykładowo naszą pracę nadzorują inżynierowie z Filipin, znakomicie wykształceni i dobrze przygotowani do swojej roli. Początkowo budziło to duże zdziwienie u pracowników, że ktoś z egzotycznego kraju, posługujący się do tego obcym językiem, będzie ich nadzorował – mówi Faltynowicz.

    Zdaniem Zbigniewa Wiegnera, przyczyną opóźnień nie był chaos komunikacyjny na budowie.

    – Po pierwsze była roczna wpadka. Po wybetonowaniu dużej płyty zakwestionowano jakość betonu. Okazało się, że betoniarnia, która została stworzona dla tej inwestycji, przeholowała z jednym ze składników. Dopiero po roku badań, protestów ekologów i debat udało się wznowić prace – wskazuje Wiegner. – Po drugie to pierwsza budowa z tej serii. Do tego dochodzi działalność fińskiego Urzędu Nadzoru Radiologicznego i Nuklearnego. System bezpieczeństwa jądrowego pozwala kontrolerom jakości na wstrzymanie każdej roboty.

    Nie tylko wtedy, gdy coś jest widoczne, ale gdy istnieją choćby przypuszczenia.

    Potencjał do wykorzystania

    Doświadczenia z Olkiluoto stają się wyjątkowo cenne w perspektywie budowy pierwszej polskiej „atomówki”. – To potencjał, który mógłby być spożytkowany w Polsce – ocenia Piotr Skupień.

    Katowicka Elektrobudowa widzi również swoją szansę w planach budowy czwartego bloku na Olkiluoto oraz elektrowni na północy Finlandii.

    – Będziemy się starać o prace nie tylko w Finlandii. Może uda się pozyskać zlecenie w Temelinie; niewykluczone, że Wielka Brytania zdecyduje się na budowę „atomówki”. Chcielibyśmy być jednym z głównych europejskich dostawców części elektrycznych reaktorów atomowych. Zrobimy wszystko, żeby taką pozycję osiągnąć – podkreśla Jacek Faltynowicz.

    – Gdyby w tym momencie przyszło nam budować elektrownię atomową w Polsce, to trudno byłoby na miejscu znaleźć ludzi, którzy znają się na technologii jądrowej.

    Politechniki i uniwersytety muszą ich wykształcić. Natomiast w budowlance nie mamy się czego obawiać – podsumowuje Zbigniew Wiegner.
    ———————————————————————————————————–

    Niektóre komentarze:

    Kopiemy pod fundamenta to jest jedyna nasza specjalizacja. Pracujemy na wypożyczonym sprzęcie. Wynajmuje nas prywatna firma do wykopów

    Nie tylko Olkiluoto 3
    Polacy budują nie tylko elektrownię jądrową w Olkiluoto 3. Próbuję to głosić przy prawie każdej okazji. Polskie firmy wytwarzają materiały, komponenty i urządzenia stosowane w budowie lub modernizacji wielu elektrowni w tym jądrowych na świecie. Wytwarzają to wszystko na terenie Polski w oparciu o swoje technologie i z reguły unikalne umiejętności załóg. Często poziom technicznego przetworzenia a więc i zaawansowania tej oferty odpowiada najwyższym światowym standardom. To jeszcze nie są dostawy dla pierwszego obiegu, ale już blisko i ze spełnieniem najwyższych wymagań jakościowych. O tym wie jednak mało kto, bo nie jest to tak medialny temat i tak ministerialnie rozpoznany, jak Olkiluoto. Warto tylko dodać, że efektywność ekonomiczna wspomnianych dostaw jest ze względu na wysoki stopień przetworzenia i zaawansowania technologicznego znacząco wyższa, niż dostaw usług budowlanych, czy montażowych. To oczywiście w niczym nie umniejsza znaczenia tych usług w rozwoju technologii budowy obiektów o stopniu komplikacji EJ. To tylko pokazuje mało, albo i w ogóle nierozpoznany, a istniejący na szczęście potencjał krajowego przemysłu. Nierozpoznany, przez nieco dętą – zapatrzoną w siebie krajową naukę oraz nierozpoznany przez inwestora, trzech potencjalnych dostawców technologii i urzędy.

    „Daleka północ kontynentu”? Sprawdź na mapie, gdzie pracujesz. Pracuję tu już ponad 3.5 roku (znacznie dłużej niż pozwala „ubezpieczenie”) i jakoś depresji się nie nabawiłem. A Ci co zjeżdżają po kilku dniach z powodu „presji”, to zwykle tacy, którzy ze względu na „zmęczenie podróżą” nie mogli się rano stawić do pracy.

  16. „Cóż, podobne pytanie można zadać polskim ekspertom od spraw jądrowych: panowie, ile elektrowni atomowych wybudowaliście?”

    No i jeszcze żeby z tymi doświadczeniami żywi wracali 🙁

    ———————————————————————————————————–

    Polski atom: Ameryka kontratakuje
    Grzegorz Cydejko, Forbes, ostatnia aktualizacja 25 listopada 2010 20:06

    Mimo demonstrowanej przyjaźni Tusk ? Sarkozy, wcale nie jest przesądzone, że to Francuzi dostarczą technologię do polskiej elektrowni atomowej. Amerykańsko-japońskie firmy zyskują przewagę w wyścigu o kontrakt na budowę pierwszych reaktorów

    Rok temu wyglądało na to, że polityczna decyzja zapadła i pierwsze elektrownie atomowe będzie w Polsce budowała francuska Areva. ?Uważamy francuską współpracę pod tym względem za cenną, ponieważ liczymy, i ja wiem, że się nie przeliczymy, że Francja będzie dla nas ważnym partnerem? ? mówił polski premier Donald Tusk po rozmowach z prezydentem Nicolasem Sarkozym.

    Komiwojażer elektrowni atomowych, jak nazywa się we Francji jej prezydenta, nie ma jeszcze w ręku kontraktu z Polską, a już zlekceważył interesy Tuska, umiz­gując się do Putina. Dwa kontrolowane przez Sarko­zy?ego koncerny ? GdF i EDF, przystąpiły do rosyjskich projektów gazociągowych Nord Stream i South Stream. Francja zabiega też o kontrakt na dostawę do Rosji nowoczes­nych okrętów desantowych. Tymczasem z kontraktu na budowę elektrowni atomowej w Finlandii wywiązać się nie potrafi. Przekłada też termin oddania pierwszego reaktora III generacji w jednej ze swoich siłowni ? Flamanville. Już wiadomo, że nie ruszy on w zakładanym 2012 roku.

    Na dodatek sami Francuzi stracili wiarę w zwycięstwo. Po przegranej walce o kontrakt w Zjednoczonych Emiratach Arabskich doszli do wniosku, że muszą przeorganizować atomowy przemysł i sprzedawać za granicę nie tylko wielkie reaktory, których nie umieją zbudować, ale też ich mniejszą wersję. To wszystko spowodowało, że szanse francuskich koncernów na gładkie przyjęcie polskich kontraktów o wartości 100 mld zł w ostatnim roku bardzo stopniały.
    ? Nie jest przesądzone, że Francuzi bę­dą nam budować elektro­w­nię ? mówi To­masz Zadro­ga, prezes Polskiej Grupy Energetycznej, którą przed rokiem rząd wyznaczył do roli lidera programu atomowego.

    Jeszcze tylko polskie Ministerstwo Gospodarki nie rezygnuje z Francuzów. Poszło im na rękę, dając w przyjętym harmonogramie czas na budowę pierwszej elektrowni dłuższy o dwa lata w stosunku do pierwszych przymiarek. Skwapliwie wypunktowali ten gest amerykańsko-japońscy konkurenci: GE Hitachi Nuclear Energy Americas oraz Westinghouse Electric Company (spółka z Toshibą), deklarując, że jeśli ich oferta zostanie przyjęta, budowa zakończy się we wcześniej przyjętym terminie 2020 roku.

    Kiedy ministerstwo ogłosiło, że ok. 10?15 proc. wartoś­ci inwestycji w atomowe siłownie będą mogli przejąć polscy poddostawcy, Ame­rykanie natychmiast przypomnieli, że w związku z modułową technologią i biznesowym modelem przyjętym przez Wes­tinghouse i GE Hitachi ten procent jest znacznie wyższy.
    ? Standardowa inwestycja, niezależnie od tego, kto ją buduje, realizowana jest w ok. 50 proc. lub więcej z udziałem lokalnego biznesu. Zlecenia otrzymują np. stocznie, oczyszczalnie ścieków, centra treningowe i usług administracyjnych ? wylicza Danny Roderick, wiceprezes GE Hitachi.

    Słabość Francuzów dopinguje Amery­kanów. Westinghouse w październiku zorganizował w Warszawie konferencję dla 70 firm zainteresowanych budową i dostawami dla nowych elektrowni, a GE Hitachi podobne spotkanie w Gdańsku. Amerykanie zachwalają w polskich kręgach przemysłowych i uniwersyteckich swoje reaktory III generacji nie tylko jako łatwe w budowie, bo mające konstrukcję modułową, ale też jako mniej zawodne i bezpieczniejsze. Szukają też bardziej konkretnych sojuszy biznesowych z polskimi firmami budowlanymi i elektrotechnicznymi.

    Amerykańska strategia jest wzorowana na niezbyt udanej operacji offsetowej zorganizowanej w ramach kontraktu na dostawę amerykańskich samolotów wielozadaniowych F-16 dla polskich sił zbrojnych. Wówczas to (w 1996 r.) General Electric zdecydował o pierwszej inwestycji w Polsce. Jako producent m.in. silników samolotowych podjął współpracę z bliskim upadku warszawskim Instytutem Lot­nictwa. Powołał GE Engineering Design Center, który zatrudnia dziś ponad 800 inżynierów. Do teraz zainwestował ponad 400 mln dolarów i ma już w Pol­sce kilkanaście spółek, w tym trzy fabryki i jeden średniej wielkości bank (BPH).
    GE lansuje koncepcję, wedle której elektrownie atomowe nie będą amerykańskimi elektrowniami w Polsce, ale polskimi elektrowniami zbudowanymi przy użyciu amerykańskiej technologii.
    ? Tylko mając tę inwestycję pod pełną polską kontrolą, można zapewnić, że będzie ona funkcjonowała zgodnie z założonymi celami polityki energetycznej. Chcemy włączyć polskie firmy do grupy tych, które obsługują inne nasze kontrakty eksportowe w tym rejonie świata ? kusi Roderick.

    Jego zdaniem wielkie elementy konstrukcyjne mogą powstawać w jednym z doków po upadłej Stoczni Gdynia i przez Morze Bałtyckie płynąć do miejsc lokalizacji inwestycji. Koniunkturę wyczuł Konrad Jaskóła, szef Polimexu-Mos­tostalu. Spółka z tej grupy, Ener­gomontaż Północ, wykupiła od Agen­cji Rozwoju Przemysłu jeden z suchych doków i przygotowuje się do atomowych kontraktów.

    Emocje rosną, ponieważ wybór technologii, jaka będzie wykorzystana w pierw­szych elektrowniach, ma nastąpić w najbliższych miesiącach. Konkurenci nie szczędzą więc sobie razów. Francuzi wskazują, że reaktor ESBWR zaprojektowany i oferowany przez GE Hitachi nie ma jeszcze certyfikatu odpowiednich władz USA i Unii Europejskiej. Tezę tę przyswoili sobie niektórzy Polacy zaangażowani w atomowy projekt.
    ? Żaden ESBWR nie dostał od razu atestu. Polskie państwo będzie ponosić ryzyko polityczne inwestycji, dlatego nie może sobie pozwolić na technologię niesprawdzoną. Stąd przewagę mają reaktory Arevy i Westinghouse?a ? mówi Mirosław Lewiński, dyrektor departamentu energii jądrowej Ministerstwa Gos­podarki.

    Upowszechnienie przekonania o niedojrzałości technologii GE Hitachi to celny cios, który dopiero od końca października Amerykanie mogą sparować.
    ?Projekt reaktora ESBWR jest solidny i istnieją racjonalne podstawy do potwierdzenia, że może być budowany i eksploatowany bez większych zagrożeń dla zdrowia i bezpieczeństwa publicznego? ? napisał w oświadczeniu Said Abdel-Khalik, prezes Niezależnego Komitetu Doradczego ds. Zabezpieczeń Reaktorów ACRS. Od tego momentu procedura przyznania certyfikatu bezpieczeństwa może się zakończyć w ciągu roku.
    ? ESBWR jest reaktorem trzeciej generacji (III+) bazującym na sprawdzonej serii reaktorów. GEH jest na najlepszej drodze, aby uzyskać dla niego cer­tyfikat amerykańskich organów nadzoru we wrześniu 2011 roku ? mówi Danny Roderick.

    Amerykanie nie są świętoszkami. Dwo­rowanie sobie z pękających reaktorów francuskich jest ich specjalnością. Fran­cuskie budowy elektrowni atomowych dostarczają samych złych wieści, a w fińskim Olkiluoto rzeczywiście pękają fundamenty wylane pod reaktor. Jak twierdzą zatrudnieni tam Polacy, na budowie panuje ogromny bałagan.
    ? Dwóch z wysłanych przeze mnie pracowników na budowę elektrowni atomowej w Finlandii wróciło w trumnach ? przyznaje Stefan Hnatiuk, szef gdańskiej firmy Procesy Inwestycyjne.

    Poważny cios we francuską atomistykę wyprowadził jeden z jej twórców ? François Roussely, honorowy prezes EDF, były szef tego koncernu, a obecnie wiceprezes Credit Suisse. Na zlecenie rządu Sarkozy?ego napisał raport o przyszłości francuskiego programu jądrowego. Zasugerował ścisłą współpracę Arevy z EDF, gdzie ten drugi koncern powinien być narodowym czempionem zarówno w kraju, jak i w eksporcie technologii atomowej jako lider ?Team France?. Jednocześnie jednak stwierdził, że trzeba ją optymalizować, czyli poprawiać na podstawie wniosków płynących z budów reaktorów EPR. Jak uważa Roussely, Francja powinna wstrzymać się z planowaną budową nowego reaktora EPR w Penly do momentu pełnego rozpoznania opóźnień i przekroczenia budżetów we Flamanville, Olkiluoto i chińskim Taishan. Zasugerował, że oprócz EPR Francja powinna oferować inny, mniejszy reaktor ? ATMEA 1.

    Z raportu Roussely?ego wynika też, że rząd francuski musi poprawić konkurencyjność sektora jądrowego poprzez opodatkowanie emisji dwutlenku węgla i doprowadzenie dzięki temu do wzrostu cen energii elektrycznej ze źródeł konwencjonalnych. Wte­dy odnowienie reaktorów i bu­dowa nowych stałyby się bardziej opłacalne. Tym bardziej że Francja miałaby dążyć również do subsydiowania energetyki jądrowej poprzez włączenie jej w programy dotacji dla energetyki opartej na źródłach odnawialnych.

    Raport byłego szefa EDF jest dyskutowany w kręgach zajmujących się nuklearnym biznesem. Pojawiły się spekulacje, że to właśnie ze względu na interesy francuskich koncernów Komisja Eu­ropejska nie decyduje się na wsparcie finansowe badań nad wykorzystaniem w energetyce jądrowej radioaktywnego toru.
    Naukowcy od dawna proszą o fundusze na rozwój tej technologii. Tor jest łatwo dostępny i ? zdaniem Carla Rubbii, noblisty w dziedzinie fizyki ? o wiele przyjaźniejszy dla środowiska naturalnego, a także znacznie bardziej efektywny energetycznie od uranu. Tor ma tylko jedną wadę: nie da się z niego produkować broni jądrowej. I drugą ? upowszechnienie technologii opartej na tym pierwiastku podałoby w wątpliwość ekonomiczną opłacalność wielu kosztownych, a wciąż działających reaktorów wykorzystujących uran. W tym ? nie tylko francuskich.

    Kulminacja w wojnie o kontrakt na polskie elektrownie atomowe może nastąpić lada moment. PGE już zakończyła prace grup roboczych, które wraz z występującymi w konsorcjum EDF i Arevą, a także z Westinghouse?em i GE Hitachi analizowały wady i zalety ich technologii. Wyboru dokona PGE, ale zatwierdzi go rząd, a jego decyzja nie musi być tylko merytoryczna. Panie Sarkozy, pora znowu wkroczyć do akcji?

  17. @Krzysztof Mazur: elektrownia atomowa jest przedsięwzięciem komercyjnym (tyle że subwencjonowanym ze środków publicznych przez choćby gwarancje ubezpieczeniowe na wypadek awarii, warto także pamiętać o kosztach zewnętrznych), energetyka jądrowa to przedsięwzięcie znacznie szersze wymagające budowy systemu dozoru, bezpieczeństwa, kształcenia, etc.
    Zdolność prywatnych podmiotów do zarządzania takimi projektami kończy się w sytuacji kryzysu – pokazała to Fukushima, gdzie rząd japoński musiał de facto przejąc kontrolę nad firmą, bo jej zarząd stracił zdolność zarządzania kryzysem. Podobnie stało się w Zatoce Meksykańskiej po awarii BP.

  18. „z dużą uwagą śledzę francuską dyskusję dotyczącą atomu, bo cokolwiek by mówić, kraj ten ma największe w temacie doświadczenie (licząc poziomem uzależnienia od jądrowej infrastruktury).”

    Bo ja wiem czy to jest najlepsze kryterium…szczególnie dla Polski? Jeszcze do niedawna np. Litwa miała podobne do Francji procenty energii z atomu posiadając tylko jedną elektrownię jądrową a w niej ogromne, ale tylko dwa reaktory…Ogólnie myślę, ze należy od każdego brać to w czym może pomóc. Francuzi mogą mieć DUŻO doświadczeń ale np. Litwini czy Bułgarzy mogą dostarczyć nam wiedzę bardziej przystającą zarówno do polskiego poziomu cywilizacji technicznej jak i mentalności, o czym pisała Vera. Nie żebym szczególnie coś wiedział na temat współczesnej kastowości w Japonii, ale ogólnie myślę, że coś może być na rzeczy z tą mentalnością jako czynnikiem, który trzeba rozważyć.
    Od naszych budowlańców ich bardzo świeże doświadczenia z Finlandii.

    Od Amerykanów np. procedury kontroli jakości i testowania.
    Budowa najmłodszego z aktualnie działajacych w amerykańskich cywilnych elektrowniach jadrowych 104 reaktorów rozpoczęła się w 1974 roku. To ilu z jego budowniczych, nie mówiąc już o projektantach jeszcze nie przeszło na emeryturę? Gdzie jest tzw. „industry know-how”? W podręcznikach? W zachowanych i nie wysłanych na makulaturę archiwach firm? Wolne żarty. Tę praktyczną wiedzę w dużej części szlag trafił.
    A zatem na jakieś wielkie i w miarę nowoczesne doświadczenie bym tu nie liczył.

    Już bardziej można liczyć na kadrę zarówno projektantów jak i budowniczych reaktorów używanych przez amerykańską Marynarkę. Nie jestem specjalistą aby ocenić jak bardzo tamte reaktory są podobne do cywilnych ale z pewnością wszelkie doświadczenie zebrane przy ich testowaniu i kontroli jakości jest relatywnie nowe/bieżące (okręty atomowe nie miały takich czterdziestoletnich przerw w ich budowie) i w dużym stopniu transferowalne.

  19. parker pisze: 2011-09-15 o godz. 21:38
    Co do kwestii środków niezbędnych na elektrownie jądrowe, alternatywne dla atomu rodzaje energii, to pozostawił bym ten problem sektorowi prywatnemu.

    Krzysztof Mazur pisze: 2011-09-16 o godz. 06:33
    elektrownia atomowa jest przedsięwzięciem komercyjnym (tyle że subwencjonowanym ze środków publicznych przez choćby gwarancje ubezpieczeniowe na wypadek awarii

    Edwin Bendyk pisze: 2011-09-16 o godz. 07:57
    Zdolność prywatnych podmiotów do zarządzania takimi projektami kończy się w sytuacji kryzysu

    Oczywiscie Gospodarz ma rację, awaria zawsze pokazuje fikcyjność zdolności prywaciarza do poradzenia sobie z TAKIM RODZAJEM awarii.
    Pragnę jeszcze dodać, że z dostęnych mi wiadomości ŻADEN PRYWATNY INWESTOR NIE DOTKNIE SIĘ DZISIAJ DO ELEKTROWNI JĄDROWEJ BEZ PAŃSTWOWYCH GWARANCJI FINASOWYCH. Czyli de facto chce być tylko zarządcą folwarku a kłopoty z chłopami, krowami oraz dbanie o przeciekajacy dach i walące się płoty będą zmartwieniem pana dziedzica. Gwarantowany zysk (jak dla banków) a całe ryzyko przejmuje państwo (=podatnicy) czyli znowu jak dla banków.

  20. „Jeśli zgadzamy się na rozwój energetyki jądrowej w Polsce, Francji czy USA, to musimy także prawo to przyznać Pakistanowi, Chinom, Indiom, Iranowi, Sudanowi (jeśli by się zdecydował) ? każdemu suwerennemu państwu. ”

    Gospodarz postanowił sobie pożartować z czytelnikami…;-)
    Czyba, że była to wypowiedź polskiej muchy siedzącej na głowie słonia podnoszącego trąbą wielki pień drzewa i wołającej: „Ale jesteśmy silni!”

    Polska to może sobie pogwizdać. Od morza do morza.
    Pozwalać będą ci, którzy chodzili na siłownię i maja krótkie karki.
    I zapewniam Gospodarza, że kryterium suwerenności bywa baaardzo płynne. Pakistan może sobie opluwać się nawzajem z Indiami, a Indie wywalać jęzor Chinom ale tylko los Iraku był przesądzony a (bardzo niestety być to może) taki sam spotka Iran. I dokładnie wiadomo dlaczego. Nie były wystarczająco suwerenne.

  21. „Praktycznie nie istnieje międzynarodowa kontrola nad infrastrukturą jądrową: jeśli jakichś kraj nie chce wpuścić inspektorów lub poddać się procesowi ?peer review?, to mogą go do tego zmusić co najwyżej sankcje polityczne i gospodarcze, jak w przypadku Iranu.”

    A jakie sankcje zmuszą „do tego samego” Izrael?

    Israel braces for Arab offensive at IAEA assembly
    By YAAKOV KATZ
    09/09/2011 02:41
    „Two anti-Israel proposals expected to be raised during meeting set to take place later this month in Vienna.”

    Anty-izraelskie jest samo zapytanie się Izraela czy ma atomówki czy nie, już nie mówiąc o tym, że nakazanie mu wpuszczenia inspektorów byłoby czystym antysemityzmem.

  22. Ta wiadomość powinna wstrząsnąć nami, a właściwie nawet całym gatunkiem ludzkim. Ale w Polsce na razie nie przebiła się przez informacje z kampanii wyborczej, które u mnie wywołują wyłącznie odruch ziewania

    Więcej… http://wyborcza.pl/1,109333,10291478,Komputer_przeszedl_Test_Turinga.html#ixzz1Y6JNBFbf

    Nie na temat, ale ciekawe mogą być implikacje……

  23. „Zawiodło generalnie to, co jak mi tłumaczył prezes Westinghousa, jest najważniejsze w bezpieczeństwie jądrowym: przestrzeganie procedur, które muszą być ważniejsze od woluntaryzmu przełożonych i bezwzględna konieczność przyznawania się do pomyłek.”

    Być moze Westinghouse jest inną aniżeli znane mi firmą, ale po 20 latach w amerykańskim przemyśle półprzewodnikowym i samochodowym mogę się tylko zaśmiać na te „bezwzględne przyznawanie się do pomyłek”. Wszystkie moje doświadczenia wskazują, że takie tezy wygłaszają tylko i wyłącznie kierownicy na użytek niższego od siebie szczebla. Ale nigdy, przenigdy nie przyznają się na ochotnika do żadnego swojego błędu i nie zawiadomią o nim swojego przełożonego. A jeszcze często – gęsto, już po wciśnięciu psu pyska w kałużę jego własnych sików na podłodze będą rżnąć głupa i wypierać się. Kilku wysokiego szczebla preziów dało skutkiem takiej polityki głowę i wyleciało z firmy („aby rozwijać inne zainteresowania”) a nie wykrztusiło z siebie żadnej samokrytyki.

  24. „Problematycznych, pozatechnicznych kwestii jest znacznie więcej, wszystkie wymagają debaty, z udziałem ekspertów rzecz jasna. Tylko warto zdać sobie sprawę, że o w pełni niezależnych ekspertów jest trudno”

    „Czego boimy się bardziej: ciemności czy promieniowania?”

    Otóż to. Problem nie w niezależnych i kompetentnych ekspertach. Problem w strachu. A to już jest polityka. Równie a może i bardziej ważna niż obróbka metali. Przykłady z niedalekiej przeszłości.

    Z powodu ataku terrorystycznego z 11 wrzesnia 2001 roku i od tego czasu USA rozpętało dwie wojny, rozwaliło najbardziej cywilizowany z krajów arabskich i zabiło (umyślnie i nieumyślnie,- przez stworzenie warunków dla wojny domowej) niewiadomo ile, z pogardą nigdy niepoliczonych ?podludzi?. Liczbę zabitych szacuje się na grube setki tysięcy, kalekami uczyniono następne setki tysiecy i wypędzono z domów na poniewierkę miliony ludzi.
    Kilka tysięcy amerykańskich najemników zabitych, (więcej aniżeli ofiar ataku terrorystycznego) oraz kilkadziesiąt tysięcy rannych. Wydatki liczone są w amerykanskich trylionach dolarów i końca zarówno cierpieniom jak i wydatkom wojennym nie widać.

    W atakach z 11 wrzesnia zginęło około 3000 osób.
    W tym samym czasie, czyli od września 2001 do wrzesnia 2011 w USA w wypadkach drogowych zginęło około 390 tysięcy ludzi a rannych zostało ponad 25 milionów osób.
    Licząc tylko ofiary śmiertelne wypadków drogowych było to więcej aniżeli ekwiwalent jednego ataku terrorystycznego z 11 września miesięcznie.

    Sto dwadzieścia razy pod rząd.

    Ile tysięcy zabitych w wypadkach drogowych w USA można by zaoszczędzić wpompowując te tryliony dolarów w infrastructurę drogową i w bezpieczniejsze samochody?

    Ale liczba ofiar nie była wcale problemem w USA. Nie te plus minus czterdziesci czy trzydzieści kilka tysiecy trupów zabitych samochodami rocznie. Nawet nie te trzy tysiace w Nowym Jorku. Problemem była zła intencja. Terroryści byli źli, bo nie zabili a zamordowali z premedytacją i na złość. Współobywatele wprawdzie zabijaja się od dziesięciu lat z dziesięciokrotnie wiekszą efektywnością od złych terrorystów ale my ich ciągle lubimy, bo zabijając nasze dziecko czy rodzica nie życzyli im źle.

    10 kwietnia 2010 pod Smoleńskiem zginęło 96 osób.
    Przez rok od tego czasu w Polsce w wypadkach drogowych zginęło około 5500 osób a rannych zostało ponad 60 tysięcy osób.

    Licząc tylko zabitych było to prawie 5 ?smoleńsków? miesięcznie.
    Albo ponad 57 smoleńsków w całym roku.

    Polskie życie polityczne w całym zeszłym roku przebiegało w cieniu dzikich i bezrozumnych sporów na temat ?prawdy i kłamstawa smoleńskiego?, w którym to cyrku objawiła się zarówno porażajaca niekompetencja struktur państwowych jak i mechanizmów tzw. ?życia politycznego? po obu stronach barykady partyjnej. Ilość energii zmarnowanej na spory wokół tej katastrofy, środki materialne wydane na wszystkie z nią związane sprawy, od wypłaty odszkodowań rodzinom do rozwiązania pułku i praktycznego wyrzucenia świeżo wyremontowanego sprzetu, jest zupełnie niewyobrażalna jeśli ją porównać ze stratami spowodowanymi z powodu statystycznej ofiary wypadku drogowego. Jeżeli PiS wygra nadchodzące wybory to doda do listy strat gwałtowne pogorszenie stosunków z Rosją.

    Cała sytuacja jest łudząco podobna do tej z USA. W Polsce też PiS podsyca konflikt używając argumentów zdrady, spiskowania, oszustwa, ogólnie ZŁYCH INTENCJI ?nieszczerego i mataczącego? rządu i sąsiada.
    Nikt nie piśnie o 57 smoleńskach, które wydarzyły się na polskich drogach w ostatnich 12 miesiącach. Bo ci, co zabili nie mieli ZŁYCH INTENCJI. Nawet jak wypili. Oni chcieli dobrze, a nie źle.

    Czy nie są obie sytuacje dowodem na to, jak łatwo zarówno przestraszyć ludzi jak i wsączyć im żądzę zemsty na podstawie czy to realnych, aczkolwiek obiektywnie niewielkich zagrożeń (terroryści) czy to zupełnie wyimaginowanych (rusko-tuski zamach)?
    Wpojenie ludziom przekonania, że eksperci, decydenci, projektanci i budowniczowie elekrowni atomowej są nieszczerzy i mają złe intencje może być końcem tego pomysłu.

    Ale wróćmy do mniej-więcej racjonalnego rachunku zagrożeń i przywołajmy jeszcze jeden argument, który niedawno wpadł mi w ręce.
    Martwimy się następstwami PRZYSZŁEJ awarii elektrowni jądrowej. Jakże łatwo zapominając np. o skutkach JUŻ DOKONANYCH 2053 eksplozji testujących ładunki jądrowe. Tylko dwa tysiace razy jakże mądra ludzkość łupnęła sobie bombkę taką czy inną mając nadzieję, że co? Że ?brudki? powstałe przy okazji kolejnego ?bum? nie spadną na obrus w pokoju jadalnym? Na jabłuszka, umyte i ładnie ułożone na talerzyku?
    http://www.youtube.com/watch?v=9U8CZAKSsNA
    Ja wiem, że dużo było prób podziemnych, ale czy one też były takie nieszkodliwe?
    Dla mnie były i byc może dopiero w przyszłości dowiemy się, jak bardzo. Ale ponieważ strach przed przeciwnikiem w czasach zimnej wojny (ale i potem) był większy ludzkość nie zawracała sobie głowy drobiazgami i rozwalała bombkę za bombką.

    Jestem zdania, że wszelkie aspekty techniczne są o kilka rzędów wielkości mniej istotne od technik hodowania strachu i przekonania o czyichś ?złych intencjach? aby dyskusja na temat przyszłej elektrowni atomowej w Polsce mogła ograniczyc się tylko do uczciwej edukacji technicznej społeczeństwa.

  25. Pytanie…..
    Czy jakieś gremium jest w stanie obiektywnie policzyć koszty produkcji poszczególnych rodzajów energii, z uwzględnieniem wszystkich znanych obecnie czynników?
    Odnoszę wrażenie że zafałszowywuje się statystyki, poprzez nieuwzględnianie wielu czynników.
    Dotacje, koszty ekologiczne pozyskiwania surowców do produkcji, ilość wypadków śmiertelnych, przekształcanie stosunków wodnych, produkcja gazów cieplarnianych, koszty przesyłu……
    Czynniki można mnożyć, ale ktoś to policzył?

    Wydobywanie metali ziem rzadkich w Chinach na przykład, nie powoduje szkód w Europie, ale żyjemy na jednej planecie…….
    Kopalnia w Koninie stworzyła lej depresyjny w promieniu 100 km uniemozliwiający produkcję rolną bez nawadniania.
    Szkody górnicze na Śląsku i w okolicach Lubina, zmiana stosunków wodnych wokół Tarnobrzegu po produkcji siarki…..

    Nazywało się to chyba rachunek ciągniony?
    Tylko czy znajdzie się takie obiektywne i apolityczne gremium pozbawione lobbystów i żarliwych wyznawców?

  26. zza kałuży pisze:
    2011-09-16 o godz. 11:40

    Chylę czoła, świetne teksty!!!

    Pomiędzy ideologią, polityką, a ekonomią inżynierią i praktyką, jest przepaść.
    Gdyby tylko świat pozostawić inżynierom- praktykom, żylibyśmy lepiej i w większej ilości……

    Dodam, że Amerykanie cichutko sprzedali Wietnamowi 8 elektrowni atomowych…..
    I nie boją się u dawnego wroga o niestabilność, produkcję bomb…..
    To nic osobistego to tylko biznes z krajem z którym mają niekonfliktowe ostatnio interesy….
    O wyrzuty sumienia za orange 4 ich nie podejrzewam.
    Zaczęliśmy od ekonomii, skończyło się na uwarunkowaniach politycznych.
    Symptomatyczne….

  27. Jeżeli tzw. eksperci są nieobiektywni, to po co domagać się raportu, skoro z góry wiadomo, że zostanie odrzucony jako nieobiektywny?
    Co będzie dalej łatwo przewidzieć. Rząd podjął decyzję (moim zdaniem słuszną). Przed jej ogłoszeniem minister ds raportów Boni M. zamówi jakiś raport od ekspertów i ogłosi, że rząd ma zawsze rację. Wtedy E.Bendyk napisze, że rząd uległ lobbystom i nieobiektywnym ekspertom (bo innych nie ma). To się Pan zawiedzie na ulubionym ministrze. Mogę już Panu notkę zredagować, żeby nie musiał Pan strzępić klawiatury w przyszłości.

  28. E.B. pisze: „Zdolność prywatnych podmiotów do zarządzania takimi projektami kończy się w sytuacji kryzysu ? pokazała to Fukushima, gdzie rząd japoński musiał de facto przejąc kontrolę nad firmą, bo jej zarząd stracił zdolność zarządzania kryzysem. Podobnie stało się w Zatoce Meksykańskiej po awarii BP.”

    Zdolność podmiotów prywatnych do zarządzania takimi projektami zawsze kończy się w sytuacji kryzysu. Każdymi projektami jak dochodzi do takiego kryzysu jak niespotykane w historii trzęsienie ziemi, jak niespotykany w historii wyciek z platformy wiertniczej, jak niespotykana w historii awaria w fabryce chemicznej, czy elektrowni wodnej zarządzają służby państwowe.
    Bo rolą państwa a nie firm komercyjnych jest zapewnienie bezpieczeństwa obywatelom i ratowania ich w momencie katastrofy.
    Energetyka jądrowa nie jest tu żadnym wyjątkiem.
    Próbuje się traktować ją jako coś wyjątkowego przez rozsiewanie strachu.
    Strachu irracjonalnego, bo 60 lat doświadczeń z tym sposobem pozyskiwania energii nie potwierdza zasadności tych obaw.

    „energetyka jądrowa to przedsięwzięcie znacznie szersze wymagające budowy systemu dozoru, bezpieczeństwa, kształcenia, etc.”

    Tak i powołania nowych zastępów straży pożarnej które będą czekały na awarię:)
    System dozoru istnieje, utrzymujemy odpowiednie służby, potrzebne są odpowiednie procedury i kontrolowanie ich przestrzegania.
    Tak samo jak w kopalniach, budowach hut, elektrowni wodnych, fabryk chemicznych etc.
    Elektrownia jądrowa nie jest żadnym eksperymentem.
    Mamy kupić technologie sprawdzoną, z odpowiednimi procedurami.
    Nasze służby kontrolne maja gdzie się przeszkolić.
    Możemy wymagać pokrycia kosztów tego szkolenia, to nie są istotne koszty przy całej inwestycji.

  29. Z tym uzależnieniem od jednego rodzaju źródeł energii to nie jest takie proste. W tej chwili większość prądu mamy z węgla i właściwie to też jesteśmy od niego uzależnieni. Jako bonus mamy gigantyczną emisję CO2 i paskudną degradację środowiska(zwłaszcza jeśli rozpatrywać elektrownie na węgiel brunatny). Nie zwraca się za bardzo uwagi, że popiół z elektrowni węglowych też jest odpadem niebezpiecznym i kłopotliwym, i w zasadzie powinien podlegać unieszkodliwieniu.
    Z drugiej strony tajemniczości i grozy energii atomowej dodaje fakt, że po katastrofie w Czarnobylu ZSRR nie informował o awarii, póki nie został do tego zmuszony i wiele rzeczy władze krajów, których mogły dotyczyć skutki wypadku, musiały robić na wyrost opierając się na niepełnych danych i domysłach*.

    Z tym naszym olewaniem systemu i procedur to jest tak: boimy się elektrowni jądrowej, bo występuje w niej zjawisko promieniowania, które wg. obiegowej opinii jest zdolne przeniknąć i zabić wszystko, kiedy tylko wydostanie się z reaktora, na skutek awarii spowodowanej nieprzestrzeganiem zasad bezpieczeństwa. Nie przeszkadza nam za to zupełnie dymiąca i pyląca i produkująca masę toksycznych odpadów elektrownia węglowa, którą (zwłaszcza jeśli ktoś lekceważy tam procedury dot. ochrony środowiska) w zasadzie można by porównać do katastrofy elektrowni jądrowej rozłożonej na raty. W elektrowniach węglowych nie występują natomiast spektakularne katastrofy, o których pisano i rozmawiano by w mediach na całym świecie.

    Popatrzmy na zjawisko problemu systemowego z innej strony: mamy bardzo kiepskie drogi i często zachowujemy się na nich skandalicznie. W wypadkach ginie mnóstwo ludzi, proporcjonalnie więcej, niż w innych krajach. System kontroli stanu technicznego pojazdów też w zasadzie nie działa, bo dopuszczane są do ruchu zupełne graty, rozpadające się na drodze i stanowiące zagrożenie dla reszty podróżujących. Co roku mamy ponad 4000 zabitych, to jest sporo więcej ludzi niż zginęło w elektrowni czarnobylskiej i umarło potem, jakoby również na skutek tej awarii. Jakoś nikt nie mówi o zakazie używania samochodów.

    Jeśli mamy ogólny problem systemowy dotyczący traktowania procedur, to może
    powinniśmy się nim zająć, bo inaczej nie będziemy w stanie wprowadzić żadnej zaawansowanej technologii, gdyż nie będziemy umieli się nauczyć nią posługiwać i zostaniemy skansenem świata.

    *Wywiad ze Zbigniewem Jaworowskim, człowiekiem który koordynował akcję przeciwdziałania skutkom awarii w Czarnobylu: http://www.polityka.pl/nauka/ekologia/1514110,1,zabojczy-mit-czarnobyla.read

    @wiesiek59

    nie mam namiarów na żadne gremium, ale dotarłem w Sieci do paru analiz, które rzucają światło na pewne aspekty energetyki:
    O elektrowniach wiatrowych
    http://www.iea.cyf.gov.pl/pytaj/artykuly_energetyka/12_czy_w_polsce_wiatr_wystarczy_final.pdf

    o wyłączaniu elektrowni atomowych:
    http://cmos.blox.pl/2011/03/Pomyslmy-Wylaczyc-reaktory-i-co-dalej.html#axzz1Y9OnWElK

  30. @Krzysztof Mazur: ironię lubię, argumentów ad bsurdum nie za bardzo. Wymienialiśmy się korespondencją na temat metodologii nauki i paradygmatów, to pewno Pan zdaje sobie sprawę, że kwestia ustalania prawdziwości teorii oraz hipotez jest kluczowym problemem w nauce, który ta nauczyła się rozstrzygać używać metod koroboracji, jak choćby peer review. To samo dotyczy analiz bezpieczeństwa i cost benefits: grupa ekspertów przygotowuje raport, inni recenzują, etc., normalna procedura. Wystarczy ją zastosować. Dlaczego wdrażanie programu atomowego ma być pozbawione stosowania reguł metodologii naukowej? A jeśli ma Pan taką zdolność predykcji moich tekstów, to po co Pan się jeszcze męczy, czytając ten blog?

  31. Prezes pisze: 2011-09-13 o godz. 19:06
    Każda ludzka działalność wiąże się z jakimś ryzykiem.
    W tych obliczeniach należałoby uwzględnić jak duże są koszty związane ze skutkami ewentualnej awarii reaktora (koszty akcji ratunkowej, sprzątania po wycieku + utrata życia i zdrowia ludzi). Wtedy dopiero można podjąć racjonalną decyzję na temat rozwijania bądź zwijania energetyki jądrowej, jeśli zdecydujemy jakie koszty jesteśmy w stanie ponieść.
    Jak wszyscy dobrze wiedzą każdy wariant produkcji energii wiąże się z ryzykiem i kosztami, w tym z wieloma ofiarami ludzkimi (przemysł wydobywczy, transport paliwa, choroby będące skutkiem zanieczyszczenia powietrza, wody itp. itd.)
    Produkcja energii jądrowej jest rzeczywiście dość skomplikowana, ale z drugiej strony jest to dziedzina rozwijana od 60 lat, więc mamy tu dość duże doświadczenie namyte także dzięki różnego rodzaju awariom. Uważam, że nie należy energetyki jądrowej traktować w sposób specjalny, tylko racjonalnie zastanowić się, czy jej rozwój jest opłacalny i jeśłi tak, to jak zminimalizować koszty ewentualnych awarii.

    Edwin Bendyk pisze: 2011-09-17 o godz. 05:27
    (…) w nauce, który ta nauczyła się rozstrzygać używać metod koroboracji, jak choćby peer review. To samo dotyczy analiz bezpieczeństwa i cost benefits: grupa ekspertów przygotowuje raport, inni recenzują, etc., normalna procedura. Wystarczy ją zastosować. Dlaczego wdrażanie programu atomowego ma być pozbawione stosowania reguł metodologii naukowej?

    Postulowane szacunki mogą być bardzo gorące politycznie. Proszę przeprowadzić publiczną dyskusję na ten temat, używając szacunkowych kosztów utraty życia pojedynczego człowieka, jakie można już teraz znaleźć w oficjalnych dokumentach najwiekszych światowych organizacji zajmujących się ochrona zdrowia lub bezpieczeństwem jądrowym. Ja natknąłem się na liczby z przedziału od 2 milionów dolarów do 60 tysięcy. W dokumencie wyraźnie „stało”, że pierwsza kwota ma być używana dla krajów wysoko rozwiniętych a druga dla nierozwiniętych (któryś tam świat).

    Jaką sumę proponują panowie przedstawić polskiej opinii na początek dyskusji o kosztach awarii i zabezpieczeń?

    Szacując koszta awarii elektrowni jądrowej liczymy nie tylko już widoczne trupy ale także szacujemy przyszłe nadmiarowe zgony, które najprawdopodobniej wystąpią pod wpływem promieniotwórczego skażenia środowiska a także już otrzymanej dawki promieniowania. W równaniach pojawiają się różne współczynniki, od których zależy czy długoterminowe szacunki dla katastrofy czarnobylskiej bliższe są 40 tysiącom ofiar czy tylko kilku tysiącom. W dokumentach światowych organizacji podaje się także liczby bliskie jednego miliona osób.
    Teoretycznie dane zebrane po takich katastrofach jak ta w Czarnobylu powinny pomóc nie tylko oszacować ale i pomierzyc niektóre z tych współczynników. Niestety, trudno o tego dowody.
    Wątpię więc aby do dzisiaj znikły przyczyny, dla których tak dużo osób uważa, że całe te wyliczenia są niczym więcej jak tylko sporami politycznymi, mającymi własnie na celu uratowanie energetyki jądrowej przed przytłaczającymi wynikami = kosztami wszelkich przyszłych analiz ryzyka.

  32. divak2 pisze:
    2011-09-17 o godz. 00:05

    Dzięki za ciekawą analizę energii z wiatru.
    Mówiąc krótko znowu do ekonomii dołączono ideologię.
    Jak się takie mieszanie kończy- wiadomo…..spektakularną klapą.

    Z rachunków kosztów przedstawionych w opracowaniu wynika jednoznacznie
    że jedynie atomowa jest sensownym źródłem.
    A najpiękniejsze jest zestawienie kosztów materiałowych i w podsumowaniu, kto na tym zarobi w rzeczywistości….

  33. Pełna zgoda z PARKER-em. Pozdrawiam, jpet

    PS
    Nie wątpię, że władze (zarówno państwowe jak i samorządowe) muszą podejmować decyzje, których skutki dla obywateli jak i samej władzy są (z licznych, także obiektywnych powodów) w coraz większej mierze i w coraz krótszej perspektywie czasowej nieprzewidywalne.
    Jednak gdy ważne decyzje są uzależniane od fantazji polityków i wyników różnego rodzaju plebiscytów ludowych jeżą mi się włosy na głowie.
    Zamiast dyskusji ekspertów – bełkot polityków i nieomal in gremio dziennikarzy.
    W podejmowaniu trudnych decyzji władzę wyręcz lud. Cóż, vox populi vox dei.
    Szkoda.

  34. Z uporem zwracam uwagę na konieczność propagowania OSZCZĘDNOŚCI energii. Jest jeszcze u nas na pewno dużo do zrobienia. Ciekawy byłby raport POLITYKI na ten temat. Racjonalizacja sieci przesyłowych (straty w nich) będzie kosztować, ale można to robić już jutro. Wymiana urządzeń na sprawniejsze. Nacelowane na oszczedność energetyczną procedury w przemyśle i infrastrukturze, gospodarstwach domowych.

    Nieszczęsne eco-świetlówki powinny odejść do lamusa (drogi recycling). LEDy chyba wreszcie zaczną kiedyś dawać przyjemniejsze dla oka światło.

  35. Przepraszam za komentarz.
    Przyznaję, że był fatalny.

  36. @Krzysztof Mazur: z komentarzami jak z wpisami, raz są lepsze, raz gorsze. Nie wyobrażam sobie blogowania bez dyskusji z Panem. Pozdrawiam serdecznie.

  37. Sie pan nie przejmuje, moglo byc gorzej – mogl pan zostac wypielony z tego ogrodka.

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.

*

 
css.php