Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Antymatrix - Blog Edwina Bendyka Antymatrix - Blog Edwina Bendyka Antymatrix - Blog Edwina Bendyka

14.11.2011
poniedziałek

Dzień Niepodległości – czas kiboli czy święto ciepłej wody?

14 listopada 2011, poniedziałek,

Tegoroczne warszawskie obchody Święta Niepodległości długo jeszcze będą budzić emocje. Wszyscy mamy do pomyślenia, czy muszą się one sprowadzać do alternatywy z tytułu tego wpisu. Czy rzeczywiście rozwiązaniem problemu z Warszawy byłaby bardziej aktywna rola miasta organizująca „radosne festyny i pikniki”, czyli obchody Dnia Niepodległości jako święta ciepłej wody. Przecież jednak takich imprez nie brakowało, warszawiacy mogli i uczestniczyli w wielu festynowych wydarzeniach, czasami nawet przebijały się one w medialnych doniesieniach. I dobrze. Dzień Niepodległości to jednak także święto polityczne, skłaniające do refleksji nad najważniejszymi pytaniami: o istotę państwa, pojęcie narodu, społeczeństwa i obywatelskiej tożsamości. Czy można o tych kwestiach dyskutować w przestrzeni publicznej, a ulice miasta – polis to przestrzeń publiczna par excellence bez przemocy? Bo emocji uniknąć się nie da i uniknąć nie można, to one pokazują że coś nas jeszcze obchodzi.

Mamy rok bez kilku dni, by znaleźć, lewica i prawica, lepszą formułę ekspresji przywiązania do swoich wartości. Spór, choćby gorący nie jest niczym złym, przeciwnie – pokazuje żywotność społecznej całości, pokazuje że istnieją wspólne pojęcia o których jeszcze warto dyskutować. Ze świadomością jednak, że są takie również interpretacje pewnych pojęć, które historia jednoznacznie skompromitowała i nie ma do nich powrotu, ani też nie ma dla nich miejsca w przestrzeni publicznej. 11 listopada, gdy wróciłem z dziećmi z „Kolorowej Niepodległej” mój syn spotkał się ze swym przyjacielem, który akurat wrócił z „Marszu Niepodległości”. Usiedli razem, żeby obejrzeć mecz Polska-Włochy. Nie pobili się, choć nie ukrywają przed sobą, że mają bardzo odmienne poglądy. Nie na tyle jednak, by nie móc się wspólnie i zgodnie wkurzać na kolejne „sukcesy” narodowej reprezentacji.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 17

Dodaj komentarz »
  1. „gdy wróciłem z dziećmi z „Kolorowej Niepodległej” mój syn spotkał się ze swym przyjacielem, który akurat wrócił z „Marszu Niepodległości”.

    Należy tylko uklęknąć i pomodlic się do Boga (względnie na siedząco do „dobra najwyższego”) i podziekować za możliwość życia w tak dobrych czasach.

    Dobrze pamietam o dwa lata starszego sąsiada mieszkającego dokładnie pod nami, pietro niżej, który dostał powołanie do wojska tuż przed stanem wojennym. Jego brat ze mną strajował na uczelni a ich matka umierała ze strachu, czy syn nie będzie strzelał do syna.
    I całkiem serio upewniała się wyciągając sąsiadkę, czyli moją mamę na rozmowy: „Ale może tak nie będzie, bo czy pani też słyszała, że oni zawsze wojsko i milicje wysyłają do innych niż swoje miasto zamieszkania?”
    Te westchnienia ulgi wojskowego patrolu na sam widok wyciąganej z kurtki okładki książeczki wojskowej, którą legitymowałem się jako student studium wojskowego. Chłopaków w moim wieku, przy SKOTcie i przy palącej się „kozie”, bojących sie chyba bardziej niż ja. Zresztą wszyscy z wyobraźnią robili wtedy w portki.

    Dziękujmy za takie dobre czasy.

  2. Moim zdaniem, w tym sezonie zadymy z policją są modne. Mimo, że jesteśmy prowincją Europy, ta moda i nas nie ominęła. Każde ze skrajnych środowisk chce w tym nienowym przecież sposobie ekspresji społecznej wziąć udział. Próbowaliśmy się oburzać, był marsz, ale jakoś to właśnie prowincjonalnie wyszło. Te ostatnie zamieszki pozwalają już poczuć się bardziej w Europie, ale gdzie na do takiego choćby Londynu, Lądek Zdrój można powiedzieć. Lewaków policja załatwiła nieźle, zrobiła im kocioł na bazie i wyeliminowała z zabawy. Wygraliśmy z Niemcami.
    Można było bez zadym zorganizować imprezy, tylko że nikomu na tym nie zależało, wręcz przeciwnie.

  3. Już w 2025 roku w polskim zakładzie chemicznym może zacząć działać pierwszy reaktor jądrowy, który będzie alternatywą dla gazu – mówią ekspert w dziedzinie energetyki jądrowej dr hab. Ludwik Pieńkowski i Marek Tarka z firmy inżynieryjnej Prochem.
    http://wiadomosci.onet.pl/nauka/male-reaktory-jadrowe-ogrzeja-polskie-zaklady,1,4905540,wiadomosc.html
    —————–

    Nareszcie coś sensownego się dzieje……
    Przepraszam że nie na temat, ale zgodne chyba z zainteresowaniem……

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. @parker:
    kornel morawiecki (SolWal) w „rp” stwierdzil, ze wrecz przeciwnie
    i ze od grunwaldu(1410) znajduje sie polska w defensywie,
    a niemcy prowadza(do przerwy?) co najmniej 666 do jednego
    cyt.:”Aby rozbić Marsz Niepodległości, do Warszawy wybrali się niemieccy lewacy i anarchiści. Niemieccy bojówkarze. Do stolicy Polski obróconej w perzynę, do miasta, które miało być wymazane z mapy Europy, któremu Niemcy wymordowali ok. 800 tys. mieszkańców, w tym około 500 tys. polskich Żydów, przyjechali rodacy tamtych faszystowskich nadludzi.”
    „Czy rządzący krajem i miastami zdają sobie sprawę z tego, jak groźna może się okazać ta narastająca spirala przemocy? W przyszłości sił policyjnych może nie wystarczyć.”
    taaak, mgla smolenska wisi juz nad warszawa!!!

  6. „pojęć, które historia jednoznacznie skompromitowała i nie ma do nich powrotu, ani też nie ma dla nich miejsca w przestrzeni publicznej”

    EB, nie sądzę, aby to zdanie było prawdziwe. Może tym razem się uda bez obozów koncentracyjnych, ale nie na pewno. Listy proskrypcyjne jawnie wystawiane przez faszystów już są i za bardzo społeczeństwo się nimi nie interesuje.

    Co do rozwoju wydarzeń w najbliższym czasie – rok temu blokada była spokojnym piknikiem w porównaniu do tej piątkowej (byłem na obu, mam porównanie). Ale w ciągu tego roku politycy podnieśli kiboli do rangi patriotów i MN nie był już marszem a ustawką. Ulice wokół Kolorowej były we władaniu łysej młodzieży – a Kolorowa była tylko samotną wyspą.
    W dodatku propagandowo, mam wrażenie, tym razem wygrali faszyści i za rok naprawdę trzeba będzie dużo odwagi, by pójść na blokadę. I w ogóle znaleźć się w pobliżu nie maszerując w zwartej grupie.

  7. Co prawda wpis ten pierwotnie chciałem umieścić pod innym blogiem, lecz wydaje mi się, że tutaj będzie dla niego najodpowiedniejsze miejsce:
    Kiedyś byłem niezłym zabijaką, wiele lat przepracowałem na bramkach w klubach nocnych, a spora postura i tubalny głos pozwalają mi zazwyczaj zapanować nad rozochoconymi do bitki młodzianami. Tak też było w Warszawie, gdzie wybrałem się z przyjacielem (również kawał chłopa i jeszcze wyjątkowo bandycka aparycja :)), aby ? nie ukrywam ? wspomóc i chronić Antifę. Jak się tam działo i ?kto kogo? nie będę tutaj roztrząsał, ponieważ kto był, ten sam widział i przeżył, innych przekonywać nie muszę. Chcę tylko zwrócić uwagę na jedną sytuację: policja absolutnie bez powodu (po prostu szliśmy ulicą w ekipie około 30-50 osób, nawet nie skandując żadnych haseł) w pewnym momencie próbowała rozgonić naszą grupkę manifestantów i? goniła dziarsko wszystkich oprócz mnie i mojego kumpla ? zostaliśmy przez policyjną bojówkę ominięci szerokim łukiem. W końcu trochę rozbawiony złapałem za ramię jednego z policjantów i grzecznie zapytałem dlaczego próbują gonić i pałować tych małolatów dookoła. Odpowiedź: ?A co mamy k? z nimi robić?!?

  8. „który dostał powołanie do wojska tuż przed stanem wojennym. Jego brat ze mną strajował na uczelni”

    Moj 13-ty grudnia wygladal jak nastepuje. Jak zwykle spalem dluzej, bo dzien byl wolny od pracy w Wyzszej Szkole Oficerskiej Wojsk Lacznosci w Zegrzu, gdzie jako kapral podchorazy odslugiwalem moje 9 miesiecy SPRu w roli asystenta na laboratoriach dla sluchaczy tej uczelni. Mam otworzyla dzrwi i wlaczyla radio. Uslyszalem wiadome przemowienie. Stan wojenny? Gdyby wojna, to jako zolnierz sluzby czynnej (acz niechetnej) mialem sie stawic natychmiast. Ale stan wojenny? Pojecalem czegos siedowiedzic do siedziby Regionu Mazowsze. Kiedy przyjechalem, szyby byly juz wybite i w powietrzu byl gaz. Przed Regionem tlum. Pomagalem wynosic sprzet poligraficzny, ktory Solidarnosc postanowila ukryc. Po paru godzinach tej pracy jednak dotarlo do mnie, ze musze pojechac do Zegrza. Dotarlem tam autostopem juz po ciemku. Wszedlem przez brame uzywajac mojej stalej przepustki. W swoich cywilnych ciuchac (mundur nocowal w jednostce) dotarlem „na kompanie”. Koledzy podchorazowie byli w moro i pod bronia. Sierzant szef kompanii rozdarl sie na mnie „gdzie podchorazy byl”. „Nie moglem dotrzec, nie ma komunikacji”, odpowiedzialem czesciowo zgodnie z prawda. Sierzant nie darl sie wiecej, tylko dal mi moro, kalasznikowa, i trzydziesci ostrych nabojow. I tak sie zaczal moj szlak bojowy w obronie socjalizmu. Prowadzil od bramy jednostki, w dol do jeziora, do kotlowni, i z powrotem. Jakis kilometr, a moze poltora. Wraz z kolegami przedeptalismy go dziesiatki razy w czasie dziennych i nocnych patroli, w czasie ktorych czujnie i z poswieceniem wypatrywalismy nieprzyjaciela. Zwlaszcza w kotlowni, bo tam bylo cieplo, zas mrozy byly siarczyste tego roku.

    Stalismy takze przy koksownikach przy moscie przez Zegrze. Zatrzymywalismy samochody i sprawdzalismy, czy w bagaznikach nie ma Bujaka albo bibuly. Nie udalo mi sie znalezc zadnych nielegalnych drukow, bo rozkaz brzmial „szukac w bagaznikach”, a nie „przywiezc z domu”. Gdyby to drugie, to sam jeden moglbym wypelnic cale zapotrzebowanie jednostki na wydawnictwa drugiego obiegu. Ale najwyrazniej naszego dowodztwa nie obchodzilo, co kto ma w domu, jesli tylko konsumpcja odbywala sie w miejscu zamieszkania.

    Do dzis pamietam cicha noc na korytarzu hotelowca, w ktorym przez pierwszych kilka tygodni bylismy zakwaterowani my podchorazowie oraz zawodowi wojskowi, od plutonowego do pulkownika. Szedlem ciemnym korytarzem, zas spod kazdych drzwi dobiegal cichy szmer. Podchorazowie raczej sluchali Wolnej Europy, zas kadra zawodowa raczej BBC albo Glosu Ameryki. Nikt nie widzial i nie slyszal tego, czego sluchaja inni. Ale kazdy najwyrazniej chcial wiedziec troche wiecej, niz donosil obowiazkowy pan redaktor Tumanowicz z Dziennika Telewizyjnego.

    W sumie, moj stan wojenny wygladal troche inaczej, niz to teraz przedstawia zwycieski oboz solidarnosciowy. A juz zwlaszcza ci, ktorzy swoje bohaterstwo odkryli po roku 1989 i teraz sie z nim obnosza po telewizorniach.

  9. narciarz2 pisze:
    2011-11-15 o godz. 17:47

    Producenci mitów to mitomani……
    A sporo ich obecnie w polityce….

  10. „Już w 2025 roku w polskim zakładzie chemicznym może zacząć działać pierwszy reaktor jądrowy, który będzie alternatywą dla gazu ? mówią ekspert w dziedzinie energetyki jądrowej dr hab. Ludwik Pieńkowski i Marek Tarka z firmy inżynieryjnej Prochem.”

    Ludwik jest moim dobrym kolegą i bardzo go cenie, ale mimo wieliej sympatii i szacunku nie nazywalbym go „ekspertem w dziedzinie energetyki jądrowej”. Ekspertem w jakiejs dziedzinie mozna sie stac tylko aktywnie w niej pracujac, co w tym przypadku nie ma miejsca, bo Ludwik pracowal w zupelne innej branzy. Zreszta z wielkim sukcesem, ktorego mu zazdroszcze i gratuluje.

    Tak sie sklada, ze osobiscie znam kilku „ekspertow w dziedzinie energetyki jądrowej”, ktorzy pracuja w kanadyjskich elektrowniach jadrowych w Toronto. Mysle, ze oni mieliby sporo ciekawego do powiedzenia. Natomiast Ludwik cale zycie pracowal jako badacz reakcji jadrowych z uzyciem akceleratorow. Nie slyszalem, aby osobiscie pracowal w elektrowni jadrowej. Jest on znakomitym badaczem z duzym dorobkiem, ale nie w tej dziedzinie. Tak wiec po wiedze w tej sprawie zwracalbym sie raczej do moich kanadyjskich znajomych, a nie do niego. Pomimo calej sympatii i wielkiego szacunku.

    Wyrazajac sie inaczej, z tego, ze ja sam osobiscie wielokrotnie przeplynalem Sniardwy, nie wynika, ze wiem, jak przeplynac Atlantyk. To sa dwie rozne dziedziny, pomimo licznych podobienstw. Zadna nie jest gorsza od drugiej. Po prostu wymagaja innej wiedzy, innego ekwipunku, i innego doswiadczenia.

  11. narciarz2 pisze: 2011-11-15 o godz. 17:47
    „W sumie, moj stan wojenny wygladal troche inaczej”
    Miałeś szczęście.

    Moje obrazki, jako zupełnej płotki:

    -oglądanie wypadku drogowego, a właściwie zbiegowiska, jako powstało zaraz po wpadnięciu chłopaka pod milicyjna polewaczkę w czasie rozpędzania protestów ulicznych. Chłopak zmarł i był pierwszą ofiarą demonstracji w moim mieście. Ja nie mówię czyja była wina, kto co zrobił. Ja tylko mówię co i jak budowało atmosferę tych dni.

    -po zatrzymaniu, już w sali jakiegoś budynku o kilka metrów ode mnie zomowiec chwycił za pasek u spodni i za kołnierz u koszuli nastolatka, tak ze czternaśie lat, podniósł do góry na rękach i rzucił o posadzkę. Pomagałem chłopakowi w łazience zmywac krew z rozbitej twarzy.

    -innego razu, zupełnie nieoczekiwanie, spokojny dzień, idąc przez osiedle, kilkadziesiąt metrów ode mnie ktoś z dachu budynku rzucił butelką z benzyną (i trafił, butelka się rozbiła i zapaliła samochód) w dach milicyjnej polewaczki. ZOMO było zaparkowane tuż pod budynkiem. Przeażeni i wściekli wyskoczyli z palącej się polewaczki i jeden z nich, prawie nie celując „z biodra” strzelił granatem łzawiącym (jako nasadkowym a kałacha) prosto w krawędź dachu owego budynku. Eksplozja, sypiące się cegły, smród skoncentrowanego gazu, ten z dachu ledwo uciekł, ale mógł czymś tam oberwać, bo granat walnął bardzo blisko.
    Co się działo na dole, nie musze opisywać.

    -demonstracja uliczna. ZOMO wleciało w podwórko goniąc ludzi. Ludzie poznikali w bramach i uciekli do swoich mieszkań. ZOMOwcy kilka razy strzelili granatami, tłukąc kuchenne szyby, prosto do mieszkań. W jednym zapaliły sie zdaje się firanki, w każdym razie straż przyjeżdżała gasić pożar. Byłeś kiedys w mieszkaniu, w którym kręci się zapalony granat z gazem łzawiącym?

    -grupa kilkudziesięciu osób, w tym ja, pcha duży, stalowy kontener na śmieci po bruku ulicy. Aż nie do uwierzenia, do jakiej prędkości taki kontener daje się rozpędzić przez wkurzonych ludzi. I wepchnąć w szpaler milicji przegradzającej ulicę. Czy któryś z nich został ranny? Nie wiem, mam nadzieję, że nie, ale kontener pchałem wtedy z całych sił.

    -oglądanie dziur w ceglanym płocie okalającym fabrykę. Dziury wybiły czołgi pacyfikujące strajk.

    -składanie kwiatów pod pomnikiem i bycie gonionym za to przez kilku milicjantów z pałkami

    -zrywanie tablic oznaczających położenie lokalu komisji wyborczej i bycie gonionym przez milicjanta, który oddał kilka ostrzegawczych strzałów w powietrze. Oczywiście złapał mnie, bo mało nie narobiłem w portki ze strachu po tych strzałach.

    -zwyczaj rzucania kamieniami w okna tramwajów. W mieście trwał strajk generalny i każda forma korzystania z komunikacji była „zdradą”. Kamienie leciały wobec tego w co drugi tramwaj.

    -przesłuchania na SB z propozycjami wręczenia 5 tysięcy złotych „bo przecież ci się nie przelewa z małymi dziećmi” w zamian za pozwolenie paru panom na obserwację domu na przeciwko z okien mojego mieszkania

    Jeszcze raz, ja byłem „nikim”, żadnym wielkim opozycjonistą nie byłem. Nikogo takiego nie chcę udawać. Ale czasy były bardzo nerwowe. Mam wrażenie, że bardziej niż teraz.

    „niz to teraz przedstawia zwycieski oboz solidarnosciowy. A juz zwlaszcza ci, ktorzy swoje bohaterstwo odkryli po roku 1989 i teraz sie z nim obnosza po telewizorniach.”
    Tu pełna zgoda. Zgrywanie kombatanta jest bardzo irytujące.

  12. Zza kaluzy:
    napisalem „moj”. Nie napisalem „twoj”. Wiem, ze byli tacy, ktorych ktos katowal a nawet zakatowal. Ich stan wygladal inaczej niz moj a takze twoj. Kazdy ma swoje wspomnienia, do ktorych ma prawo. Te wspomnienia to sa okulary, przez ktore widzimy i oceniamy swiat. Tak mi sie ulozylo, ze moje okulary przypominaly okulary Slawomira Mrozka. Wielokrotnie pisalem, jak w Wigilie stanu wojennego przemykalem sie z Zegrza do Warszawy w cywilnych ciuchach z torba pelna karpi, za zgoda mojego dowodcy, ktory puscil mnie w droge wbrew wszelkim przepisom i na odchodnym rzucil mi „podchorazy, tylko nie dajcie sie zlapac”. To byla historia jak ze Szwejka. Najzupelniej prawdziwa. Takie sa moje wspomnienia i takie sa moje okulary.

    Byl takze stan wojenny tych z drugiej strony. W stolowce w Zegrzu przy sasiednich stolikach swoje posilki jedli ROMOwcy, na ogol starsi, czesto z brodami. Wzieto ich w kamasze. Podczas gdy my dzielnie bronilismy kotlowni, ich wozono na akcje do warszawskich fabryk. Oni tez maja swoje wspomnienia. Ale nie slyszalem, zeby ich pytano, albo zeby byly publikowane ich wspomnienia. A to moglyby byc ciekawe wspomnienia. Albo wspomnienia milicjantow, ktorych posylano na patrole. Oni mogliby Ci opowiedziec, jak jacys gowniarze rozpedzali smietniki i ktorys z milicjantow omal nie zginal. Albo jak ktos rzucil z dachu butelke z benzyna i milicjant omal nie stracil oczu. W szoku i strachu strzelil w kierunku gowniarza, bo mial nadzieje, ze mu nabije guza. To tez sa wspomnienia, ale nikt o nie nie pyta.

    Dlaczego w Polsce publikuje sie wspomnienia tylko jednej strony? Dlaczego na „naukowej” rocznicowej sesji na Uniwersytecie byl Bartoszewski i cala smietanka opozycji, a nie bylo Kiszczaka? Co to za „nauka” i co to za Uniwersytet, gdzie mowi tylko jedna strona? I co z tego, ze Kiszczak i milicjanci byli wtedy po drugiej stronie? Czy nauka polega na udowadnianiu, ze moneta ma tylko jedna strone, a druga strona po prostu nie istnieje?

    Ja mam swoje okreslenie na taka nauke: naukowa prostytucja. Sprzedajnosc nie skonczyla sie z komunizmem. Ona ma sie tak samo swietnie teraz, jak miala sie kiedys.

    Moja historia jest taka, ze rano pomagalem ukrywac sprzet Solidarnosci, a wieczorem mialem w reku nabitego kalasznikowa. I dlatego ja wiem, ze moneta ma dwie strony. Zaden pseudonaukowiec ani pseudopatriota mi nie wmowi, ze istnieja monety jednostronne. Nawet, jesli jedna strona jest blyszczaca, a druga zardzewiala, to mimo to obie strony istnieja i jedna nie istnieje bez drugiej.

  13. Jeszcze jedna uwaga. Udowadnianie, ze moneta ma tylko jedna „naszą” strone, to jest polityka wykluczania drugiej strony ze wspolnoty. Kiedys „nasza” strona wykluczala bylych komunistow. Bo komunisci to straszne swintuchy. Powstal nawet zaklad przemyslowy o nazwie IPN, ktory mial pomoc w wykluczaniu. Potem ten zaklad przerzucil sie na bardziej rentowną produkcje, na ktora bylo i ciagle jest wieksze zapotrzebowanie.

    Polityka wykluczania jest kontynuowana. Teraz to sie nazywa „blokowanie”. Bo ONR to straszne swintuchy. Jakos nie zauwazono, ze swintuchy oczywiscie tak, ale poza tym przede wszystkim blazny. A traktowanie blazna na powaznie to nie jest dobra polityka. Sprawdzila sie stara zasada „nie kloc sie z idiotą, bo cie sprowadzi do swego poziomu i pokona doswiadczeniem”. I tak sie niestety stalo z blokujacą lewicą. U podstaw tego bledu lezy przekonanie, zaszczepione zyciu publicznemu dwadziescia lat temu, ze wykluczanie ze wspolnoty to jest dobra rzecz.

    Wykluczac sie bedzie takze kiboli. A to jest droga donikad. Kibole to straszne swintuchy, ale latwo wygrac sie z nimi nie da. To jest nowy i duzy problem. Tak samo, jak duzym problemem byli komunisci, zomowcy, i esbecy. Wykluczanie i odmawianie im prawa do wspolnoty to bylo rozwiazanie glupie, ktorego Mazowiecki staral sie uniknac, a Kaczynski staral sie je przeforsowac. Zatrute owoce takiej postawy wlasnie widzielismy i bedziemy je widziec jeszcze dlugo.

  14. W pełni zgadzam się z Narciarzem2. Lewica sama sobie strzeliła gola.
    Wszyscy doskonale wiedzieli, co się wydarzy i co następnie powie Prezes PiSu i co napiszą dziennikarze większości gazet. O planowanej ustawce zagranicznych antyfaszystów z zagranicznymi antykomunistami w centrum Warszawy informowało publiczne radio. Blokująca lewica świadomie wybrała miejsce demonstracji i świadomie wybrała sobie hasło blokowania i ?stop faszyzmowi?. Świadomym i zaplanowanym celem było i jest wołanie ?oni nas biją?. Gazety prawicowe i lewicowe żyją w symbiozie. Jedni i drudzy piszą to samo: to nie my to oni, nie myśmy tego chcieli, to oni zaczęli.

  15. narciarz2 pisze: 2011-11-16 o godz. 01:04
    „Czy nauka polega na udowadnianiu, ze moneta ma tylko jedna strone, a druga strona po prostu nie istnieje?”
    Czasami wymagając normalności wymaga się od ludzi świętości. Nie chciałbym spotkać dzisiaj tego, który dzieciakiem o podłogę cisnął. Nie interesuje mnie jego opinia.
    Z naukowego czy z nienaukowego punktu widzenia.
    Reakcja tego, który po trafieniu jego auta buleką strzelał to zupełnie inna sprawa. Była jakaś proporcjonalność zagrożenia i reakcji.

    Moje pierwsze kolegium musiało mnie wypuscić po tym, jak ROMOwiec, który mnie złapał, oświadczył, że „on niczego nie pamieta, była zdyma, gaz, dym, chaos, twarzy sprawcy nie rozpoznaje”. A potem, w korytarzu ten ROMOwiec podszedł do mnie i do mojego adwokata i powiedział nam z usmiechem, że „jak te ch..owe kolegium zwróciło się do mnie per „funkcjonariusz ZOMO” to sobie postanowiłem, że nic nie pamiętam”.

    Tak oto dowiedziałem się o napięciach na linii ROMO – ZOMO 😉

  16. Zza kaluzy:
    ludzie, ktorzy ciskali dziecmi o podloge, to przestepcy i powinni stanac przed sadem. Swietnie o tym wiesz. Ja nie pisalem, zeby zapraszac zbirow na sesje naukowa. Ja napisalem „Kiszczak”, zawierajac w tym nazwisku te druga strone, ktorej po wszystkim jeszcze mozna bylo podac reke. Nie tylko mozna bylo. Te reke podawano. Potem sie okazalo, ze niektorzy podawali szczerze, a niektorzy tylko taktycznie i koninkturalnie. Mi przeszkadza, ze ci „niektorzy” potem przypisywali sobie cala zasluge nie tylko przeciwko Kiszczakowi, ale takze przeciwko swoim wlasnym kolegom. Za latwo zaakceptowalismy koniunkturalne swinstwo wyrosle po naszej wlasnej stronie. Zbyt duzo tzw. porzadnych ludzi przeobrazilo sie w etatowych kombatantow.

  17. Waldemar Kuczynski opisal taka historie. Otrzymal od wydawnictwa dziesiec egzemplarzy autorskich swojej podziemnej ksiazki. Poszedl z nimi do znajomych i wpadl w kociol. Esbecy zabrali mu „bibule” i powiedzieli „idz pan”. Kuczynski powiedzial „dajcie mi jeden egzemplarz”. Esbek oddal mu egzemplarz i podsunal papier do podpisania. Na papierze stalo napisane „zarekwirowano siedem egzemplarzy”. „Dlaczego siedem?”, zapytal Kuczynski. „Jak to, dlaczego?”, z politowaniem zapytal esbek. „Jeden dla pana, jeden dla mnie, i jeden dla drugiego kolegi.”

    Ten papier pewnie do dzis spoczywa w archiwach IPN. W stosownym czasie pan Arkadiusz Mularczyk pewnie wyciagnie go z archiwow jako dowod, ze Waldemar Kuczynski podpisywal i wspolpracowal z SB.

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.

*

 
css.php