Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Antymatrix - Blog Edwina Bendyka Antymatrix - Blog Edwina Bendyka Antymatrix - Blog Edwina Bendyka

3.02.2012
piątek

Cena wiedzy, czyli sens i bezsens własności intelektualnej

3 lutego 2012, piątek,

„Gospodarka oparta na wiedzy polega na sprzedaży wiedzy i twórczości za pieniądze, z których to pieniędzy biorą się pensje pracowników i twórców. Podobnie jak w gospodarce opartej na surowcach nie rozdaje się ropy za darmo, tylko każe za nią płacić około 100 dolarów za baryłkę, tak samo w gospodarce opartej na wiedzy nie można oczekiwać rozdawania wiedzy za darmo.” przekonuje na łamach dzisiejszej „Wyborczej” prof. Wojciech Cellary (tekstu nie ma jeszcze w Sieci). Tydzień temu podobny tekst opublikował w „Rzeczpospolitej”. Co ciekawe, ów tekst sprzed tygodnia Profesor publikuje na swoim akademickim profilu za darmo. Dlaczego? Czyżby nie cenił wiedzy, którą się w tym tekście dzieli? Czy też może po prostu ekonomia wiedzy działa trochę inaczej, niż Profesor przekonuje.

Nie chcę w tym tekście w ogóle zajmować się etycznymi kwestiami związanymi z prawem własności, a w szczególności własności intelektualnej. Zajmijmy się samą ekonomią wiedzy. Kiedy jest bardziej produktywna: czy wówczas, gdy chronią ją monopole wynikające  z instytucji praw własności intelektualnej? Czy wówczas, gdy jest jak najszerzej dostępna? Istnieje już dość spora literatura pokazująca, że jednak lepszy skutek przynosi jak najszersze upowszechnianie wiedzy. Pisałem o tym we wpisie „Pszczoły i ekonomia” ( Wartość ekonomiczna pszczoły wcale nie wynika z faktu, że produkuje ona miód, tylko że zbierając surowiec na miód zapyla rośliny, co przynosi wielokrotnie większą wartość gospodarczą). Wystarczy sięgnąć po Paula Romera czy bardzo ciekawe opracowania (dostępne legalnie za darmo:

Against Intellectual Monopoly  Michele Boldrina i Davida K. Livine’a

Against Intellectual Property Stephana N. Kinsella

Access to Knowledge in the Age of Intellectual Property, red.  Gaelle Kirkorian i Amy Kapczynski

Upraszczając cały wywód, im lepszy dostęp do wiedzy, im ludzie mądrzejsi tym z jednej strony większa podaż innowacji, z drugiej strony większy popyt na innowacyjne produkty i usługi. Wszystko proste, tylko jak w takim świecie zarabiać? Czyli jak kreować wartość dodaną? Z punktu widzenia pojedynczych graczy strategia optymalna polega na tworzeniu monopolu, bo ten gwarantuje maksymalną marżę przy minimalnym wysiłku. Monopol, czyli sztucznie wytworzona rzadkość dobra. Taka gra prowadzi jednak do paradoksu. Wysokie marże przyciągają konkurentów, którzy ze względu na monopol mogą jedynie podczepić się w sposób nielegalny. Można ich za to potępiać, tak jak potępia się handlarzy narkotyków. Z ekonomicznego punktu widzenia jednak sprawa jest jasna – handel narkotykami kwitnie dlatego, że delegalizacja tego systemu zadziałała jak monopol, wytworzyła rzadkość tego dobra podnosząc jego wartość. Na tyle, że niektórzy gotowi są nawet ryzykować śmierć. Tak samo było z prohibicją w USA.

I nie inaczej to działa w obszarze własności intelektualnej. Wysokie marże wynikające z monopolu przyciągają piratów, jak statki pełne złota. Jeśli zdjąć monopol marże szybko zmaleją. I co wtedy? Katastrofa? Nie będzie z czego zarabiać? Niezupełnie. Pytanie, w jaki sposób można wytwarzać wartość dodaną, czyli wyjątkowość-rzadkość? Np. przez usługę – Boldrin i Levine podają m.in. przykład Red Hat Linux. Linux jest dostępny w Sieci bezpłatnie, jednak Red Hat Inc. znalazł sposób, żeby na Linuksie zarabiać. Dodaje usługę w postaci przygotowania oprogramowania do instalacji i serwisu. Psychoterapeuta zarabia nie dlatego, że posługuje się opatentowaną wiedzą, lecz dlatego że dysponuje unikatowymi umiejętnościami, dla których przychodzą klienci. Podobnie z doradcami biznesowymi, etc. Gdyby potraktować dosłownie rekomendacje prof. Cellarego, dopiero byłby problem z robotą dla absolwentów naszych wyższych uczelni. Pozostałby im tylko czarny rynek, bo w świecie gdzie wszystko byłoby opatentowane i chronione, nie stać ich byłoby na zakup licencji, by świadczyć swoje usługi.

Większy i ciekawszy problem dla rozwoju gospodarki niematerialnej stwarza nie piractwo, lecz alternatywny pozarynkowy sposób wytwarzania dóbr – wspomniany Linux, Wikipedia, etc. O zgrozo, wiele osób jest gotowych pracować zgodnie z ekonomią daru, a nie transakcji handlowej i świadczyć swe kreatywne usługi za darmo. Niektórzy z nich robią to z tego samego pewno powodu, dla którego prof. Cellary opublikował swój tekst dla „Rzeczpospolitej” za darmo: jako sygnał innych kompetencji (owej wyjątkowości), którą można spieniężyć, świadcząc np. usługi w postaci doradztwa lub wykładów. Nie zarabiają, lecz gromadzą kapitał.

Problem oczywiście w tym, że podaż dóbr wytworzonych w modelu produkcji społecznej (polecam „Bogactwo sieci” Yochaia Benklera) konkuruje na rynku z dobrami komercyjnymi. Większa podaż oznacza mniejszą marżę. Jak analizował Andre Gorz, jeden z pierwszych badaczy przemian pracy w gospodarce niematerialnej, w kapitalizmie kognitywnym docelowo marże dojdą do zera. I dlatego bardzo intensywnie zajmował się Gorz ideą Powszechnego Dochodu Gwarantowanego. Gdybyśmy jednak poszli tropem logiki prof. Cellarego, to należałoby nie tylko tępić piratów, lecz również „komunistów” pracujących za darmo dla Wikipedii i Linuksa. Jednym ze sposobów na ustrzelenie dwóch ptaków za jednym strzałem jest rozszerzenie zakresu ochrony intelektualnej przez umożliwienie patentowania oprogramowania i pomysłów biznesowych. W takiej sytuacji będzie można przymknąć każdego twórcę open source, bo praktycznie każdy będzie piratem.

Na koniec kilka pytań. Dlaczego MIT zdecydował się dekadę temu na inicjatywę Open Courseware i udostępnienie wykładów swoich profesorów w Sieci? Samobójcy, czy co, że podcinają źródło dochodu? Czy może zarobek jest gdzie indziej, niż w reglamentowaniu dostępu do wiedzy?

Gdzie byśmy byli, gdyby Timothy Berners – Lee i Roger Caillau mogli i wykorzystali możliwość opatentowania koncepcji WWW, lub choćby nie zgodzili się wraz dyrekcją CERN na umieszczenie kodów w domenie publicznej?

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 22

Dodaj komentarz »
  1. Pan profesor przed publikacja skanu chyba nie doczytał w RP:
    „Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniania lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętą digitalizacją, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie – bez pisemnej zgody PRESSPUBLICA Sp. z o.o. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody PRESSPUBLICA Sp. z o.o. lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.”

  2. Ciekawe lekcja z przemysłu „modowego”, który ma bardzo mało ochrony intelektualnej:
    http://www.ted.com/talks/lang/en/johanna_blakley_lessons_from_fashion_s_free_culture.html

  3. Przykład z pszczołami jest dla mnie przeintelektualizowany. Proszę wyjaśnić mi, dlaczego tak trudno rozwiązać jest problem korków na drogach. Takim samym truizmem jak ten o pożytkach z szerokiego i wolnego dostępu do wiedzy, do zrozumienia którego nie trzeba studiować żadnych dzieł jest stwierdzenie o wielkich kosztach, jakie ponosi społeczeństwo na skutek istnienia korków na drogach. Paliwo spalone na darmo, samochody fizycznie zużyte na próżno, ludzki czas stracony, środowisko zanieczyszczone, przyroda zabrana na tę całą niewydajną infrastrukturę drogową,- ogólnie z punktu grupy – idiotyzm. Z punktu widzenia kierowcy – też. Ale już cała masa innych zaangażowanych w gospodarkę podmiotów korzysta: bezyny trzeba więcej wyprodukować, tak samo silników czy katalizatorów, itp., jak ludzie się wściekną to pozabijają nawzajem a więc grabarze skorzystają, jak tylko poranią w wypadkach to medycy zarobią, tak czy siak samo niebezpieczeństwo wypadków napędzi klientów ubezpieczalniom, itd.
    Tylko w idelanym, centralnie kierowanym społeczeństwie możnaby teoretycznie uniknąć takich strat. Czy komuś udało się praktycznie to osiągnąć?

    Inaczej – ja nie podważam tezy Gospodarza tylko nieśmiało popiskuję, że nie wiem jak te teorie przekuć na praktykę.

    Następny teoretyczny model to ten z monopolami. „Jeśli zdjąć monopol marże szybko zmaleją.” Znowu moja biedna głowa bardziej skłania się do hardware aniżeli do software. Linkusy, psychoterapie…Ile osób w Polsce zarobi na życie serwisowaniem Linuksów? Psychoterapią?

    Powiedzmy, ze Intele i IBMy podarowały Polsce wszystkie swoje półprzewodnikowe patenty. Czy Gospodarz ma blade pojęcie, jaka jest potrzebna współcześnie forsa na to, aby postawić jedną fabrykę mikroprocesorów porównywalnych z takim i7?
    Czy skala inwestycji wymuszona była by jakąś złośliwością dostawców? Zapewniam, że nie. Środki techniczne osiągnęły wspólcześnie taki stopień komplikacji, że po prostu kosztują krocie. To nie żadna własność intelektualna, dostęu do której ktoś nam zazdrośnie broni. To fizyka i chemia. Ludzie już gdzieś doszli w pogoni za „zyskiem z hektara krzemu” do takich wydajności, ze aby z nimi konkurować trzeba stosować podobnie skomplikowane i kosztowne technologie. Albo robić rewolucje, ale proszę wybaczyć, p-o takiej rewolucji w Polsce jest raczej bardzo małe.
    Jeżeli o rewolucji mowa, to należałoby raczej zapytać, jaka rewolucja byłaby konieczna aby taka fabryka była w stanie zafunkcjonować w polskiej gospodarce? Przypuszczam, że „na dzisiaj” to po wybudowaniu musiałaby pracować zasilana jak Berlin w czasie blokady – stałym, 24-godzinnym mostem powietrznym łączącym ją z cywilizacją. Samolotami dowożono by wszelkie surowce, w tym wystarczająco stabilny w dostawach prąd elektryczny, wystarczająco czystą wodę i wystarczająco czyste powietrze.
    Kadrę dostarczyła by rodzima edukacja, 900 godzin religii zamiast fizyki niewątpliwie uczyniło by cuda.
    Aby produkować to co 3M czy Boeing trzeba mieć nauki podstawowe na jakimś minimalnym poziomie. Nawet przesuwające się w stronę konsultacji IBM czy HP też muszą mieć gdzieś źródło tych fachowców, którzy będą komuś doradzać. Same szkoły kształcące MBA nie wystarczą.

    Dalej trzymając się gruntu polskiego. „Nie zarabiają, lecz gromadzą kapitał.”

    Mam kolegę, świetnie wykształconego, o ile pamietam cztery fakultety z tego trzy ścisłe, doktorat, różne ważne funkcje akademickie. W Polsce. Posada i tytuły na uczelni płacą, a jakże, z czasem coraz lepiej, ale też dodają splendoru na wizytówce. Dosyć znaczne zastrzyki tego „kapitału” o którym wspomina Gospodarz stanowią konsultacje dla przemysłu w ramach prywatnego przedsiębiorstwa. Zastrzyki podnoszą standard życia, ale mają bliski zeru wkład w rozwój naukowy. Techniczna, ale jednak chałtura. Przynajmniej w porównaniu do możliwości intelektualnych chałturnika.

    Pytanie – taki sposób zarabiania rekomenduje Gospodarz jako receptę na przyszłość w polskiej nauce? Bo dla kolegi się ta recepta sprawdza, tu nie ma wątpliwości.

    „Dlaczego MIT zdecydował się dekadę temu na inicjatywę Open Courseware”
    Czyżby Gospodarz nie wiedział, że można zupełnie łatwo kupić podręczniki zawierające tę samą wiedzę, a nawet dużo więcej, aniżeli to, co jest zawarte w wykładach MITu? Czyżby Godpodarz nie wiedział, że tak było zawsze? Że inicjatywa MITu niczego nie zmieniała w sensie „podcinania źródła dochodu”? O ile sobie przypominam, to niewielu jest współczesnych Feynmanów, którzy napisali ostatnio lepsze wykłady z fizyki. Stary podręcznik Horowitza i Hilla już przestał być zalecany w MIT? To w Collegium Civitas całą wartością studiowania są notatki z wykładów? Współczuję studentom…
    No ale skoro nie macie tam żadnych laboratoriów, (humanistom zalecałbym Laboratorium z Introligatorstwa), nie macie żadnych seminariów lub ćwiczeń na których dyskutujecie ze sobą, rozwiązujecie zadania, ogólnie komunikujecie się dwustronnie a nie tylko jednokierunkowo, to rzeczywiście można tak rozumować jak Gospodarz.

    „Gdzie byśmy byli, gdyby Timothy Berners ? Lee i Roger Caillau mogli i wykorzystali możliwość opatentowania koncepcji WWW,”

    Siedzi mrówka na słoniu i krzyczy: „Ale wielkie drzewa potrafimy wyrwać z korzeniami!”
    Gdzie byliby naukowcy z CERNu tam byliby. Gdzie „byśmy” byli? To zupełnie inne pytanie, proszę mrówki.

    I żeby nie było, że sam się puszę nie swoimi osiągnięciami. Absolutnie tego nie robię. Nie zatraciłem tylko jeszcze zdolności dostrzegania kto mrówka a kto słoń i dostrzegam smieszność „byśmy byli”.

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. Czy można bez zgody autora i wydawcy kopiować w dowolnym miejscu felietony Edwina Bendyka, np. w innej gazecie? Czy można wypuścić na rynek pirackie kopie jego książek albo piracką wersję Polityki, która różniłaby się tylko osobami, do których trafia kasa? Czy wydawcy takiej pirackiej niby-Polityki byliby bojownikami o wolność i demokrację, w obronie których w sądzie wystąpiłby red. Bendyk?

  6. Artykuł wskazuje ważne kwestie ale mam wrażenie, że autor nie ustrzegł się albo demagogii albo szkodliwych uproszczeń. Po kolei:

    Profesor Cellary w moich oczach ma rację: samo się nie napisze (ta wiedza).

    Świadome pominięcie kwestii etycznych i prawa własności jest uproszczeniem (demagogią?) z powodu jak powyżej.

    Kochane pszczółki, owszem zapytają itp. są to systemowe korzyści pośrednie ale one COŚ JEDNAK JEDZĄ, dzięki czemu żyją, pszczelarze karmią swoje pszczoły!

    Co do Linuxa: ma monopol bo jest to jedyne takie środowisko (wariantów wiele ale jako platforma jest JEDNA), świadczenie usług owszem, Torwalds stworzył platformę, zaraniają na nie i inni ale autor takze, model biznesowy jak najbardziej spotykany i pochwalany, ale mamy dwa monopolistyczne środowiska: Windfows i Linux, monopolistyczne bo programów dostępnych jednocześnie na obie platformy jest bardzo mało, trzecim jest McOS. Demagogia bo udział kosztu systemu operacyjnego w komputerze to mniej niż 20%….

    Osobiście jestem, a jakże, wrogiem patentowania wiedzy w jakiejkolwiek postaci ale patenty a prawa autorskie to zupełnie inne rzeczy i mieszanie ich to kolejna demagogia.

    Jednego jestem pewien: każdy kto tworzy coś ma prawo to chronić i żądać za to honorarium. Modele biznesowe to zupełnie inna kwestia.

    To z czym się zgadzam w 100% to walka z korporacjami dążącymi do monopolizacji „wiedzy”, narzucającymi niewyobrażalne marże na prace twórców, swoich pracowników.

    Wikipedia, hm… tu widać wartość pracy darmowej: nikt poważny nie powołuje się na WIKI jako źródło rzetelnej wiedzy…. wydawnictwa mające autorów, recenzowane nie są za darmo….

    Na pytanie „Dlaczego MIT zdecydował się dekadę temu na inicjatywę Open Courseware i udostępnienie wykładów swoich profesorów w Sieci?” nie znam odpowiedzi ale jestem przekonany, że Panowi Profesorowe na chleb zarabiają w MIT.

  7. Do argumentów ekonomicznych dodałbym też argument prostszego prawa.

  8. strasznie jestesmy prymitywni, skoro zawsze gdy poruszany jest temat wartosci „x”, za jedyna forme waloryzacji przyjmujemy cene wyrazona w $ ;] ps Pan Profesor Cellary chyba przespal ostatnie 25 lat na rynkach surowcowych a propos przykladu z ropa ;] cena ustalana jest przeciez nie ze wzgledu na „wartosc” ropy samej w sobie, lecz w oparciu o kontrakty terminowe…

  9. Odpowiadając panu zza kałuży:
    „Następny teoretyczny model to ten z monopolami. ?Jeśli zdjąć monopol marże szybko zmaleją.? Znowu moja biedna głowa bardziej skłania się do hardware aniżeli do software. Linkusy, psychoterapie?Ile osób w Polsce zarobi na życie serwisowaniem Linuksów? Psychoterapią?”

    Okazuje się, że właśnie całkiem sporo – bo software sprzedawany jako ‚commodity’ stanowi niewielką część rynku. Nie mogę teraz znaleźć cyctatu – ale zdaje się, że poniżej 20% – dla 80% rynku w USA (nie mówiąc już o Polsce) sprawa copyright nie ma znaczenia. I to jest właśnie to o czym pisze autor – już teraz, pomimo wspierania przez monopole biznes oprogramowania sprzedawanego jako commodity jest małą częścią rynku. Jeśli się te monopole zlikwiduje to po prostu programiści będą zarabiać w inny sposób. Pracy dla programistów nie zabraknie – jestem tego pewien.

  10. Zbigniew Lukasiak 3 lutego o godz. 18:13
    Chyba nie rozumiemy się. Zanim przejdę do podawania przykładów, prosiłbym o wyjaśnienie, co pan rozumie pod pojęciem „commodity software”. Definicji jest bardzo dużo i w zależności od wybranej opcji podam przykłady z mojego życia zawodowego wykazujące jak bardzo moje i pańskie doświadczenia się różnią. Przypuszczam, że spowodowane może to być różną skalą przedsiębiorstw i różnym rodzajem przemysłu, z którym zetknęliśmy się, ale oczywiście przed uściśleniem pojęcia to tylko z mojej strony takie gdybanie.

  11. Ja rozumiem i doceniam pracę naukowców, badaczy, wynalazców, których efekty pracy przyczyniają się do postępu cywilizacji, podnoszenia jakości życia ludzi .Należy ich sowicie wynagradzać, by mogli wieść życie beztroskie, by mogli się wyłącznie poświęcić temu, w czym są naprawdę dobrzy.
    Czy chronić wyniki ich pracy ? A po co ? przecież mają one służyć ludziom ! Rozumiem aspekt ekonomiczny ? poniesione na badania nakłady powinny się zwrócić. Nie byłoby problemu, gdyby finansowano je ze środków publicznych. Ale niech tak będzie.
    Czy można jednak stawiać znak równości między szeroko pojętymi nauką i kulturą. Czy wypociny każdego grafomana, jarmarcznego grajka czy szansonistki chronić na równo z wynikami pracy naukowca, który wynalazł lekarstwo na nieuleczalną dotychczas chorobę. Na pewno nie jest to tak ważne, by dla ochrony jednostkowego interesu wścibiać każdemu nos do jego sypialni i jeszcze zaglądać pod kołdrę. Jeżeli ktoś nie chce, by inni korzystali z efektów jego pracy to niech ich nie publikuje albo niech je zabezpiecza tak, by trudno było je skraść.

  12. Korporacje tworzą prawo chroniące ich interesy , a wasalni urzędnicy krajów kolonizowanych przez korporacje ponadnarodowe nakładają kaganiec prawny
    na naiwnych obywateli tych podbijanych krajów.
    Paradoksem tego prawnego reżimu jest również „niewola” prawna w krajach najbardziej rozwiniętych.
    Regułą jest zjawisko, że ci nuworysze , co się załapali na sukces biznesowy wchodząc do elitarnego grona krezusów finansowych natychmiast przyłączają się do gorona „okupantów” wolnej inicjatywy.
    Czasy mamy internetowe , a mentalność XIX wieczną.
    Zmiana modelu biznesowego w świecie inowacyjności jest powszechnie zauważaną koniecznością.

  13. Trochę pisałem na ten temat, ale kilka zdań dorzucę.

    W skrócie.

    To z czym mamy teraz do czynienia nazywamy gospodarką rynkową. Nie będę się powtarzał ,ale powiem w skrócie:

    Wolny rynek to jak dla mnie kaszanka i zacierki na mleku. Czyli niezbyt apetyczne danie, chociaż są tacy ,że dołożą do tego placki kartoflane i kisiel wiśniowy na deser.

    Próbą pozbycia się tego zestawu obiadowego jest gospodarka sieciowa, gdzie w miejsce fascynujących zasad antagonistycznego rynku i jego uczestników z rozbieganymi oczętami szczura alternatywą jest sieć powiązań, interakcji ,a przede wszystkim zaufania osób tworzących sieć. Tam gdzie każdy co 5 minut mierzy sobie ciśnienie, czy stopa zysku jest wystarczająca i wyższa niż u konkurencji w sieci liczy tylko uczestnictwo i dostęp.
    Tutaj oczywiście jest również właściciel ,a jest nim producent, autor, wykonawca i zamiast szukać jeleni do wciśnięcia swojej rzeczy ,usługi istotą sieci jest wzajemne uczestnictwo i dostęp.

    A uczestnictwo i dostęp to subskrypcje, karty członkowskie, wynajem, licencje, leasing, udziały czasowe.

    Jest mi coś niezbędne ,to wchodzę w chwilowo w posiadanie (oczywiście za jakąś gratyfikacją),Kończy się moje zainteresowanie to oddaję to coś z powrotem i przy okazji grzecznie dziękuje.

    Tym samym podstawowe dla rynku kupno i sprzedaż oczywiście istnieje ,ale nie są już taką świętą krową jak dotychczas.

    .

  14. Wojciech K.Borkowski
    4 lutego o godz. 15:16

    Dziedziczenie i koneksje będą petryfikować układ prawie feudalny.
    Jedynie nieliczni będą w stanie przeniknąć do wyższej klasy średniej.
    Prawa autorskie na trzy pokolenia, brak podatku spadkowego, to prawie jak nobilitacja za zasługi przodków. Feudalizm……

  15. Drobny problem w tym, że nie każdy twórca może zarabiać na usługach dodanych do „darmowego” produktu podstawowego. Choćby pisarz, który nie ma innego wyjścia, jak zarabiać na książce, bo przecież nie na „wieczorkach autorskich”…
    Dodatkowo, uczestnicy tego ruchu open source przeważnie poświęcają mu tylko część swojego czasu, a na chleb z masłem jednak zarabiają w korporacjach.
    Pokpiwania z Cellarego, że jego artykuł można czytać za free, też nie są celne, bo przecież model prezentowania części twórczości właśnie za darmo, a części tylko za kasę jest już od dawna znany i stosowany. Nie każdą twórczość monetyzujemy bezpośrednio, ale też udostępnianie za darmo całości nie jest takie powszechne. MIT może sobie upowszechniać zasoby, bo i tak oferuje usługi komplementarne, oczywiście płatne. Odnoszę też wrażenie, że nie każde dzieło pracownika naukowego MIT trafia do domeny otwartej, ale może się mylę…
    W ogóle to chyba za bardzo uogólniamy w tych dyskusjach o ochronie wartości intelektualnej, tak jakby każdą działalność twórczą dało się podciągnąć pod jeden schemat i zaproponować jeden model biznesowy.

  16. zza kaluzy: „Kadrę dostarczyła by rodzima edukacja, 900 godzin religii zamiast fizyki niewątpliwie uczyniło by cuda.
    Aby produkować to co 3M czy Boeing trzeba mieć nauki podstawowe na jakimś minimalnym poziomie. Nawet przesuwające się w stronę konsultacji IBM czy HP też muszą mieć gdzieś źródło tych fachowców, którzy będą komuś doradzać. Same szkoły kształcące MBA nie wystarczą’

    DOSKONALE! DOSKONALE! To powyzej i cala reszta

  17. Gospodarz: „Dlaczego MIT zdecydował się dekadę temu na inicjatywę Open Courseware i udostępnienie wykładów swoich profesorów w Sieci? Samobójcy, czy co, że podcinają źródło dochodu? ”

    Odpowiedz:

    „OCW is not a degree-granting or credit-bearing initiative, but a large-scale, web-based publication of MIT course materials”

    http://web.mit.edu/facts/ocw.html

    Czyli, bracie, jak chcesz miec dyplom z MIT, to musisz postudiowac na MIT a nei zadnym Courseware. Postudiowac za 60 tysiecy dolcow rocznie. A Courseware to sprytna reklama MIT. Profesorowie za swoje materialy szmal biora wystarczajacy. Od tych co placa

  18. Gospodarz: „. Jednym ze sposobów na ustrzelenie dwóch ptaków za jednym strzałem jest rozszerzenie zakresu ochrony intelektualnej przez umożliwienie patentowania oprogramowania i pomysłów biznesowych. W takiej sytuacji będzie można przymknąć każdego twórcę open source, bo praktycznie każdy będzie piratem.”

    Ale pzreciez mozna dzisiaj (i to od dawna) patentowac pomyzly biznesowe. Wiec nei bardzo rozumiem o co chodzi.

    Nei bardzo tez rozumiem o co chodzi w zdaniu, cytuje: „będzie można przymknąć każdego twórcę open source, bo praktycznie każdy będzie piratem”. Owszem, bedzie mozna jezeli bedzie piracil. Prosze wziac pod uwage ze open source tez jest licencjonowany – podstawowa licencja jest GPL, sa warianty – LGPL, BSD, Apache i tak dalej. Nawet osobnik produkujacy open source nei ma wolnej reki jezeli chce swoj software produkowac i UDOSTEPNIC. Musi przestzregac owych licencji. Wolnosci w rodzaju: „robta co chceta” od dawna nie ma nigdzie

  19. A.L.
    6 lutego o godz. 4:36

    Tak, są też licencje typu BEER-WARE lub as-is, w których określa się „rób co chcesz, tylko nie zarabiaj na mojej pracy. A jak lubisz moje dzieło, to możesz kupić mi piwo” . To autor decyduje o tym na jakiej licencji wydaje oprogramowanie, więc nie jest tak, że nie ma wolnej ręki.

  20. cla: „Tak, są też licencje typu BEER-WARE lub as-is, w których określa się ?rób co chcesz, tylko nie zarabiaj na mojej pracy. A jak lubisz moje dzieło, to możesz kupić mi piwo? . To autor decyduje o tym na jakiej licencji wydaje oprogramowanie, więc nie jest tak, że nie ma wolnej ręki”

    To nic nowego. Od co najmniej 30 lat istnieje koncepcja „shareware” – udostepniam soft, a ty jak uwazasz ze jest uzyteczny placisz mi nieduza oplate. Prawie nie ma juz produktow opartych o licencje „shareware”. Dlaczego? NIKT NIE PLACIL. Znam goscia ktory napisal na peceta kompilator pewnego jezyka. Shareware. Regula byla taka ze dystrybuje tylko binaria, jezeli ktos zaplaci oplate, dostaje kod zrodlowy. Gosc dostal 75 tysiecy natarczywych zadan aby udostepnic kod zrodlowy. Ile osob zaplacilo? Cos 125. Facio doszedl do wniosku ze glowy sobie zawracac nei bedzie i przestal rozwijac kompilator. Co spotkalo sie z pelnymi oburzenia glosami na grupach usenetowych

    Drogi „cla”, te koncepcje sa rownei utopijne jak koncepcja komunizmu. Komunizm nei wyszedl nie dlatego ze koncepcja byla zla. Komunizm nei wyszedl dlatego ze zakladal iz kazdy obywatel bedzie uczciwy. Niestety, przecietny obywatel jest nieuczciwy. I shareware, beer-ware i tak dalej to szlachetne koncepcje, tylko rodem z ksiazki „Ania z Zielonego Wzgorza”

  21. ?RAT: „Pan profesor przed publikacja skanu chyba nie doczytał w RP:
    ?Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniania lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji”

    Gratuluje dobrego zwroku ktort umozliwia czytanie tego co napisano drobnym drukiem, ale jaka ma Pan pewnosc ze to nie Polityka przepisala od Autora ktory opublikowal tekst wczesniej? Skad Pan wie jak wygladala umowa o dzielo i prawa autorskie meidzy Autorem a Polityka?

  22. cla: „Tak, są też licencje typu BEER-WARE lub as-is, w których określa się ?rób co chcesz, tylko nie zarabiaj na mojej pracy. A jak lubisz moje dzieło, to możesz kupić mi piwo? . To autor decyduje o tym na jakiej licencji wydaje oprogramowanie, więc nie jest tak, że nie ma wolnej ręki”

    Nie wiem, cla, czy pamietasz te czasy gdy Borland wypuscil Turbo Pascala. Licencja byla bardzo prosta: jezeli kupisz Turbo Pascala, mozesz go skopiowac w tylu egzemplarzach ilu chcesz. Pod warunkiem ze w danym momemncie tylko jedna osoba posiadajaca kopie korzysta z software. To sie nazywalo „book license” i bylo analogia do sposobu korzystania z fizycznej ksiazki: tylko jedna oaoba moze czytac ksiazke.

    Niestety, Borland szybko to zarzucil – okazalo sie za kazdy kopiowal, natomiast wszyscy rowno olewali licencje. Niestety, pzrecietny uzytkownik JEST zlodziejem, stad wielki i lukratywny biznes narzedzi do zabezpieczania softu przed piraceniem.

  23. Do p. A.L.

    „Czyli, bracie, jak chcesz miec dyplom z MIT, to musisz postudiowac na MIT a nei zadnym Courseware. Postudiowac za 60 tysiecy dolcow rocznie. A Courseware to sprytna reklama MIT. Profesorowie za swoje materialy szmal biora wystarczajacy. Od tych co placa”

    No właśnie – czyli MIT, jedna z najlepszych uczelni technicznych na świecie, jakoś nie potrzebuje ochrony copyright żeby dobrze zarabiać – to jest właśnie sedno argumentu przeciwko copyright.

    Mam wrażenie, że Pan wyobraża sobie, że ktoś tutaj chciałby, żeby wszystko było za darmo – ale nikt takiej argumentacji nie podnosi.

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.

*

 
css.php